ksiega gosci

2012
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień




stat4u


Investigation?!

"The Girl with the Dragon Tatoo" Davida Finchera, czyli amerykańska adaptacja szwedzkiego bestselleru "Millenium. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet", rozpoczyna się świetną i wyjątkowo intrygującą sekwencją napisów początkowych. W takt "Imigration Song", w aranżacji Trenta Reznora i wykonaniu Karen O., oglądamy porywającą wizualizację. Klimat, który posiada czołówka, jest wyjątkowo mroczny, drapieżny, "chory" i szaleńczo wciągający. Dokładnie taki, jaki powinien być cały film. Niestety, obietnica złożona w ciągu pierwszych minut, nie zostaje nigdy spełniona. 

Temat nierozwiązanej zagadki z przed lat, w połączeniu z tropem serii brutalnych morderstw, wydawał się idealnym tematem dla amerykańskiego reżysera. Fincher lubuje się przecież w thrillerach, opowiadających o mrocznej stronie ludzkiej natury. Historiach, które ściskają człowieka za gardło i wciągają go bezgranicznie do swojego świata. 

Niestety, jego wersja szwedzkiej opowieści, nie niesie ze sobą tak wielkich emocji, na jakie zasługuje. Można wręcz powiedzieć, że jest zbyt stonowana, zbyt wyciszona. Za mało tu momentów przyspieszających bicie serca. Za mało gęstej atmosfery i umiejętnego budowania napięcia, tak charakterystycznego dla wcześniejszych obrazów reżysera. Jego najnowszy film mie porwał mnie w stopniu, jakiego oczekiwałem. Nie sprawił, że siedziałem na krawędzi siedzenia, czy obgryzałem paznokcie. 
Jest to dla mnie ogromnie zaskakujące, gdyż oglądając szwedzką adaptację, często myślałem sobie, jak to Fincherowi uda się wycisnąć dużo więcej z oglądanych przeze mnie scen. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że w "Dziewczynie z Tatuażem", momenty, na które najbardziej czekałem, zostały przedstawione pobieżnie (w formie zdjęć), lub zwyczajnie pominięte. Moje nadzieje o podkręceniu emocji do granic możliwości, okazały się więc (zaskakująco) zbyt wygórowane. 

Momentami miałem wrażenie, że historia u Finchera jest za mało "skupiona". Zbyt rozwlekła, rozczłonkowana. Za dużo w niej pobocznych wątków. Nie wiem, jak było w książce, ale u Opleva obyło się na przykład bez wątku córki. Jej obecność w filmie jest zresztą ważna tylko z jednego powodu – przez jej wkład w naprowadzenie Mikaela na właściwy trop śledztwa. Jednak jej uwaga, rzucona mimochodem, jest zdecydowanie mniej ciekawym rozwiązaniem, niż Lisbeth, która konktaktuje się z Mikaelem, by przekazać mu informacje. (A właśnie takie rozwiązanie zastosowali Szwedzi). Być może te elementy zbliżyły fincherowską wizję do oryginału, jednak nie mogę przestać myśleć o tym, że Szwedzi sobie bez nich poradzili. (Przynajmniej w wersji filmowej). Niestety, przez te dodatkowe elementy, momentami gubi się gdzieś główny wątek tej historii – zagadka do rozwiązania.* 

"Dziewczynie z Tatuażem" nie można zarzucić jednak jednej rzeczy – poziomu aktorstwa. To jest naprawdę dobre.
Daniel Craig wypadł wyjątkowo ciekawie w swojej roli. Nawet lepiej niż jego szwedzki "odpowiednik", w osobie Michaela Nyqusta. Bo choć obaj panowie stworzyli podobną postać, Daniel wydaje się bardziej empatyczny. Z jego roli mocniej wypływa też postawa: nie mam nic do stracenia. 
Rooney Mara również zaprezentowała się z bardzo dobrej strony. Jej Lisbeth nie jest jednoznaczna, składa się z przeciwieństw. Z jednej strony jest zadziorna, nieco wycofana, nie słucha innych i nie cenzuruje swoich myśli. Z drugiej - poszukuje bliskości, akceptacji, normalnego konktaktu z drugim człowiekiem. Choć jej kreacja "broni się" od strony aktorskiej, nie przykuwa uwagi, jak ta, którą uraczyła nas Noomi Rapace. Lisbeth w szwedzkiej adaptacji, choć bardziej jednoznaczna, była bardziej "drapieżna", waleczna, chłodna i stawiająca na swoim, niezależnie od sytuacji. Była przez to również bardziej nieobliczalna. 
Reszta obsady radzi sobie zwyczajnie przyzwoicie. Dzięki temu nie odciąga naszej uwagi od głównych bohaterów opowieści, czyli Lisbeth i Mikaela. 

Zaskoczyła mnie muzyka*. Niestety nie pozytywnie. Poza pojedynczymi utworami, ścieżka dźwiękowa jest zwyczajnie za spokojna. Nie podbudowuje napięcia. Nie podkręca go do granic możlwości, tak jak powinna. Po prostu 'jest'. Po tym, jak Trent Reznor i Atticus Ross uraczyli nas świetnym soundtrackiem do "Social Network", nie spodziewałem się zwyczajnej "muzyki ilustracyjnej", tylko czegoś, co sprawi, że emocje aż ugrzęzną mi w gardle. Że zachłysnę się doskonałymi dźwiękami, płynącymi z ekranu. Niestety tym razem duet kompozytorski nie spisał się na medal. I choć muzyka jest lepsza niż w szwedzkiej adaptacji, (gdzie utwory były w ogóle niezauważalne), to liczyłem na dużo więcej. 

Mimo wszystko, "The Girl with the Dragon Tatoo" nie jest filmem złym. Jest jednak filmem niewykorzystanych możliwości. Po skończonym seansie, nie mogłem się opędzić od wrażenia, że ten obraz mógłby być o wiele, wiele lepszy. W zaprezentowanej formie "Dziewczyna z Tatuażem" jest zwyczajnie dobra. Ostatecznie przyznaję więc ocenę 7,5/10. Tę samą, którą otrzymała szwedzka adaptacja. Fincherowska wizja nie jest bowiem lepsza od szwedzkiej. Wielka szkoda, bo szczerze na to liczyłem. 


PS. * Możliwe jednak, że taki jest właśnie styl skandynawskich kryminałów. Pamiętam, jak czytając "Pancerne Serce" Jo Nesbo, byłem zaskoczony, że tyle czasu poświęca się tam pobocznym wątkom, dotyczącym życia bohaterów. Dodajmy - wątkom nie mającym żadnego związku z rozwiązaniem sprawy. Tu było podobnie.

Tagi: movie guide, david fincher
Kaczy 2012-02-07 22:22:22 skomentuj (5)
"Armed with a stick"

"Rzeź" Romana Polańskiego to film, którego plakat mówi o nim wszystko. Cała idea opowieści została w prosty sposób zaprezentowana, w przykuwającej wzrok formie graficznej. Zmiany wyrazów twarzy, uchwycone na zdjęciach, idealnie oddają zmiany, które zajdą bohaterach, podczas ponad godzinnej rozmowy, jaką ze sobą przeprowadzą.

Oto poznajemy dwa małżeństwa – Michaela i Penelope oraz Alana i Nancy.
Obie pary spotkały się, by porozmawiać o incydencie, do którego doszło między ich dziećmi. Początkowa miła atmosfera i ogólna zgoda, szybko przerodzą się jednak w festiwal "wylewania żali" i dzielenia się wszystkim, co każdemu "leży na sercu". Z każdą sceną, zachowanie bohaterów zacznie coraz bardziej kontrastować z ich pierwotną, spokojną i pełną kultury manierą. Jak gdyby z każdą upływającą minutą, zaczynali coraz bardziej odsłaniać swoją prawdziwą naturę. Swoje prawdziwe myśli.

Film pokazuje, jak w ferworze "walki" wzrasta poziom frustracji, a człowiek traci dobre maniery, całą powściągliwość i ugodowość, na rzecz bitwy na gesty, słowa i wzajemne docinki. Ukazuje, jak niewiele potrzeba do zrodzenia się sporu i coraz mocniejszego podkręcania go. Jak gdyby reżyser chciał pokazać, że probując rozwiązać czyjeś problemy w jego imieniu, możemy dodatkowo sami skazać się na zrodzenie się nowych, własnych. I zamiast zaradzić i poprawić "zepsutą" sytuację, jedynie namnożyć dodatkowych konfliktów.*
Mimo tej pesymistycznej wizji, obraz ogląda się raczej z uśmiechem na ustach. Oglądanie dekonstrukcji wizerunku 'cywilizowanego człowieka Zachodu' wypada bowiem wyjątkowo interesująco.

Film Polańskiego jest bardzo teatralny. (Scenariusz powstał na podstawie sztuki teatralnej). Cała akcja "Rzezi" rozgrywa się w jednym nowojorskim mieszkaniu, między czterema postaciami, (nie licząc rozmów telefonicznych). Mimo tej kameralności, nie sposób się na tym fimie nudzić. 
Wszystko dzięki dobremu aktorstwu. Prym wiedzie Christoph Waltz. Aktor, który objawił się szerokiej publiczności w doskonałych "Bękartach Wojny", po raz kolejny jest zwyczajnie urzekająco rozbrajający w swojej roli. Potrafi tak umiejętnie operować słowem, że niesie ono skarbnicę treści niewypowiedzianych wprost. Dzięki temu niemal każde jego zdanie posiada interesujące drugie dno.
Równie dobrze prezentuje się Kate Winslet. Jej przemiana z opanowanej "kobiety sukcesu" w rozgoryczoną i niedocenianą żonę i matkę, jest chyba najciekawszą, jaką możemy oglądać na ekranie.
Słabiej wypadła pozostała dwójka: Jodie Foster i John C.Reily. W moim odczuciu Penelope była nieco zbyt przerysowana, a Michael za mało wyrazisty. Czułem przez to, że oboje 'grają' swoje postaci, a nie są nimi naprawdę. Na szczęście nie było to odczucie psujące ogólne pozytywne wrażenie. Mogę więc przymknąć oko na to "niedociągnięcie".

Muszę przyznać, że wciagnąłem się w ten film. Na tyle, że byłem zaskoczony, gdy już się skończył. Zaskoczony, że nie czekają mnie kolejne chwile z tymi bohaterami, ich ciętymi uwagami oraz sporem, narastającym z każdą, nawet najdrobniejszą, uwagą.
Zaskoczony także dlatego, że zabrako mi puenty, bardziej konkretnego zakończenia. Jakiegoś upuszczenia wszystkich zrodzonych emocji, dopowiedzenia w sprawie losów dwóch małżeństw. Niby dostajemy epilog, ukazujący, że "życie toczy się dalej", jednak czegoś mi zwyczajnie zabrakło. Mimo wszystko oglądanie "Rzezi" było dla mnie bardzo ciekawym doświadczeniem. Z seansu wyniosłem tak dobre odczucia, że z chęcią wystawiam filmowi notę 7/10.

PS. * Wyszło jakoś straszliwie pesymistycznie i górnolotnie. Zastanawiam sie czy taka była intencja scenarzystów, czy może ja wczytuję się w ten obraz 'zbyt mocno', nadinterpetując pewne rzeczy. Z chęcią poznam Waszą opinię.


Tagi: movie guide
Kaczy 2012-01-28 18:05:33 skomentuj (2)
"This is our block!"

"Attack the block" Joe Cornisha to nietypowy film o inwazji Obcych. 
Historia opowiedziana jest na mniejszą skalę niż w innych obrazach o podobnej treści. Akcja rozgrywa się w obrębie jednego blokowiska na West Endzie. Wydarzenia widziane są oczami młodocianego londyńskiego gangu. 

Napad Ekipy Mosesa na bezbronną kobietę zostaje przerwany przez spadający meteoryt i pojawienie się dziwnego "zwierzęcia". Grupa pogna za stworem, by rozprawić się z nieproszonym gościem. Szybko okaże się, że "some kind of alien-gorilla-wolf-motherfucker", którego udaje im się zabić, ma swoich pobratymców, którzy chętnie będą atakować ludzi. Rozpocznie się 'inwazja'. 
Taki jest punkt wyjściowy produkcji. Najciekawsze jest natomiast, że o nietypowym pozaziemskim zagrożeniu, wydają się wiedzieć jedynie mieszkańcy jednej londyńskiej dzielnicy. W zasadzie - jednego konkretnego bloku. 
Czemu Kosmici wybrali akurat to miejsce? Nikt nie będzie miał czasu zastanawiać się nad motywacją stworów. Ważne, by jak najszybciej wybić wszystkie "dem things", żeby móc wreszcie "wrócić do domu, by pograć w Fifę". 

Choć atak Potworów z Kosmosu stanowi główną oś fabuły, równie ciekawie wypada oglądanie relacji, rodzącej się między chłopakami z gangu, a kobietą, którą tego wieczora napadli. Dramatyczna sytuacja wymaga od nich, by połączyli siły. Budzi to oczywiście wiele emocji ze strony samych zainteresowanych. Ten pomysł jest wyjątkowo udany, a reakcje kobiety i członków gangu, niezmiernie interesujące. 

Aktorzy wypadli przyzwoicie, racząc nas specyficznym brytyjskim slangiem i nietypowym sposobem bycia. Dzięki temu łatwo jest uwierzyć w ich wzajemne relacje oraz "luźne" podejście do życia. 

Warto wspomnieć, że "opiekę artystyczną" nad projektem, sprawował reżyser Edgar Wright. Brytyjczyk potrafi tworzyć wyjątkowo udane filmy, będące mieszanką akcji, suspensu i komedii. Jego obecność jest wyczuwalna także w tym obrazie, gdyż widać tu elementy, charakterystyczne dla jego stylu. 

Dzięki temu "Attack the block" dobrze się ogląda. Akcja toczy się w żwawym tempie. Kilka scen wywołuje szczery uśmiech. Twórcy umiejętnie grają ze schematami, znanymi z produkcji o inwazjach z kosmosu. Poziom jest zwyczajnie przyzwoity.
Film stanowi tak przyzwoitą rozrywkę, że z czystym sumieniem przyznaję mu notę (lekko naciągniętego) 7/10. W wolnej chwili spokojnie możecie obejrzeć! :)

Tagi: movie guide
Kaczy 2012-01-28 13:15:29 skomentuj (0)
After These Messages, We're Be Right Back! #2

Drodzy Czytelnicy!

Drugi etap konkursu na Blog Roku dobiegł końca.

Chciałem w tym miejscu bardzo serdecznie podziękować wszystkim głosującym. Dzięki Waszemu poparciu udało mi się zająć 11-ste miejsce w rankingu kategorii Kultura, w której startowałem. (Miejsce znane także, jako: "Tak blisko, a tak daleko", gdyż do dalszego etapu przechodziła pierwsza dziesiątka).

Dzięki Waszej pomocy i przeprowadzonej 'batalii na głosy' przez cały tydzień udało mi się utrzymać wysoką pozycją w pierwszej dziesiątce. Ostatnie godziny okazały się jednak najbardziej znaczące. (To chyba dobra lekcja na przyszłość).

Jest mi niezmiernie miło i jestem przeogromnie wdzięczny za Waszą pomoc i Wsparcie. Gdyby nie Wy, nie miałbym tak wysokiej pozycji. Także jeszcze raz – serdeczne, serdeczne dzięki! :) No i zapraszam do częstych odwiedzin! :)

W ramach podziękowań oraz serdecznego przywitania tłumu Facebookowiczów, którzy 'polubili' moją stronę (bardzo mi z tego powodu miło), dorzucam "wyniki" projektu "My Top 25 Most Played", którym motywowałem Was do działania przez ostatnich kilka dni. Teraz wszystkie umieszczone piosenki możecie znaleźć w jednym miejscu. :)
Enjoy!

 
 

[Tym razem w kolejności rosnącej, dla odmiany od budującej napięcie kolejności malejącej, zastosowanej przy The Best of 2011. ;) ]

#1 "The Dynamo of Volition" by 
Jason Mraz
Mega pozytywna energia płynąca z tego kawałka zawsze dobrze nastraja mnie do rzeczywistości! :)
Zresztą swego czasu tekst z niej, (mianowicie: "I'm only a boy in a story, just a halucynatory") był nawet tytułem tego bloga! ;)
[+Bonus: Wersja live]

#2 "Brianstorm" by Arctic Monkeys 
Mój ulubiony utwór Małp, co tu dużo mówić! :)

#3 "Electric Feel" by MGMT
Świetnie się słucha. Po prostu! ;)

#4 "Ruby Blue" by Róisín Murphy
Energia! :)

#5 "Lisztomania" by Phoenix
Zespół i piosenka poznana dzięki serialom (namely "Cougar Town" i "Gossip Girl"), także rodowód jak najlepszy! :)

#14 "Take It With a Kiss" by The Pistolas
Super klimat i niezły teledysk. Kiedy mój brat cioteczny pokazał mi ten utwór po raz pierwszy, tego pierwszego dnia słuchaliśmy go na constant-repeat'cie. I wciąż mi się nie znudziło! :)

#17 "Love 2012" by 3OH!3 
Zupełnie inny klimat niż większość piosenek zespołu leży chyba u podstaw tak wysokiej pozycji tego kawałka. No i co tu dużo nie mówić - moment na jej słuchanie jest wręcz idealny! :)

#23 "I'm Yours" by Jason Mraz
Piosenka, od której zaczęła się Mrazowa miłość i poznanie wszelkich dokonań artysty. :)

To chyba tyle!
Jeszcze raz - wielkie dzięki! :)

Tagi: music
Kaczy 2012-01-20 15:05:28 skomentuj (5)
After These Messages, We’re Be Right Back!

Witam Was serdecznie!
W tym wpisie chciałem omówić kilka spraw 'organizacyjnych'. 

Po pierwsze - po raz drugi postanowiłem wziąć udział w konkursie na BlogRoku.



Chciałem w tym miejscu serdecznie podziękować wszystkim, którzy oddali na mnie głos, jednocześnie prosząc o więcej! Głosowanie wciąż trwa. Działajmy dalej! Namawiajcie znajomych, (jako i ja czynię). Utrzymajmy dobrą pozycję! :)

Po drugie – dowiedziałem się wczoraj, że zostałem przyjęty do Organizacji Blogów Filmowych. (Timing is everything!)
OBF przyznaje coroczne nagrody dla najlepszych filmów, dlatego fajnie będzie mieć wpływ na tegoroczny wynik głosowania! :) Więcej szczegółów pojawi się wkrótce, bo na razie sam zapoznaję się ze wszystkimi procedurami. ;)

Po trzecie – na Facebookowym FanPage'u realizuję projekt "My Top 25 Most Played", gdzie wrzucam moje ulubione utwory, które posiadają największa liczbę odsłuchań na moim oddtwarzaczu. Dotychczas umieściłem utwory numer: #23 "I'm Yours", #17 "Love 2012", #10 "Take It With A Kiss" i #3 "Electric Feel", a kolejne nadejdą wkrótce. :) Także, jeśli chcecie poznać moją ulubioną piosenkę ostatnich lat, zapraszam do polubienia mojej strony na FB. :)

Po czwarte – jak zapewne wiecie, dzisiejszej nocy przyznawane są Złote Globy! Podobnie, jak w latach poprzednich planuję komentować Galę na żywo na blogu Filmówka, gdyż stało się to już swoistą tradycją. Taką na zasadzie: Be There or Be Square! ;)

Po piąte – jak już pisałem w komentarzach, na wyczekiwaną "Dziewczynę z Tatuażem" wybiorę się dopiero po skończeniu sesji, (czyli (hopefully) pod koniec stycznia), jako zwieńczenie wszelkich trudów, jakie będę przeżywał w najbliższych tygodniach. Także nowy film Finchera będzie dla mnie niczym Święty Graal, na którego zdobycie będę czekać. ;)

Tyle! Dzięki za głosy! Dzięki za odwiedzanie! W ogóle dzięki!
Dziękuję za uwagę! ;)


Kaczy 2012-01-16 01:50:55 skomentuj (2)
Waste of Time!

"Czas to pieniądz". Tę znaną maksymę twórcy "In Time" wzięli sobie mocno do serca, czyniąc z niej centralną koncepcję swojego filmu. 

Obraz Andrew Niccola prezentuje nam świat przyszłości, w którym pieniądze zostały zastąpione przez zegar czasu, znajdujący się na ręku każdego człowieka. Czasomierz pozwala ludziom żyć przez okres wyświetlony na czytniku oraz umożliwia dokonywanie transakcji 'pieniężnych'. Zegar uruchamiany jest w dniu 25 urodzin i obfituje w 365 dni. Większość populacji szybko wydaje tę 'sumę' i musi zadowalać się jedynie dzienną dawką czasu, przyznawaną jako wynagrodzenie za pracę. Musi więc dosłownie 'żyć z dnia na dzień'. Istnieje jednak grupa wybrańców, którzy posiadają tej waluty w nadmiarze, co czyni ich 'nieśmiertelnymi', bo przecież "szczęśliwi czasu nie liczą". 

Głównym bohaterem jest oczywiście 'człowiek z ludu', który musi znosić ciężki los, w ciągłym strachu przed 'upływem czasu'. Kiedy jednak karta się odwróci i mężczyzna znajdzie się w posiadaniu dużej ilości cennego 'surowca', postanowi zawalczyć z systemem i znieść nierówne prawa, które umożliwiają jednostkom żyć wieczne, kosztem milionów ginących każdego dnia na ulicach z 'braku czasu'. 
Trzeba powiedzieć, że ta historia posiadała swój potencjał, a trailery zapowiadały całkiem zgrabne kino akcji. Szkoda jednak, że zupełnie niewykorzystano inwencji, w związku z czym film niczym nas nie zaskakuje. 

Polski tytuł produkcji brzmi "Wyścig z czasem". Niestety w filmie owego ścigania się z nieubłagalnie upływającym czasem trudno uświadczyć. Niby jest tu parę scen pościgów samochodowych, czy biegania bohaterów, jednak tym scenom nie towarzyszą żadne emocje. Ciśnienie nam nie skacze, nie drżymy o los bohaterów. Wynika to z nieumiejętnego poprowadzenia akcji i słabego budowania napięcia. Tempo wydarzeń nie jest bowiem rozpędzone. Momentami nawet niemiłosiernie się wlecze, a na ekranie nie dzieje się nic ciekawego. 
Jest to o tyle zaskakujące, że film Niccola możnaby nazwać miksem różnych motywów i opowieści znanych z (pop)kultury: jest tu trochę z Robin Hooda, Bonnie i Clyde, popularnego ostatnio motywu wampiryzmu, czy ciekawej koncepcji zabawy z czasem. A jednak z tej mieszaniny pomysłów i inspiracji, nie wyszło nic szczególnie interesującego. "In Time" to ten typ filmu, o którym zapominamy nawet nie po wyjściu z kina, ale już w trakcie napisów końcowych. 

Aktorzy nie wypadli najlepiej. Głównie dlatego, że nie mieli nic ciekawego do zagrania. Charakterystyka postaci jest znikoma i ogranicza się do paru ogólników. Trudno przejąć się losem któregokolwiek z bohaterów, gdyż zachowują się oni tak, jakby sami niczym się nie przejmowali. 
Aż szkoda przyzwoitej obsady. W szczególności szkoda mi muzycznej smykałki Justina Timberlake'a, żeby grywał w takich przeciętniakach, na jakie ostatnio trafia. Po świetnym "Social Network" zagrał bowiem w takich 'średniakach', jak "Bad Teacher", czy "Friends with benefits". Uważam, że wyszedłby zdecydowanie lepiej, gdyby po prostu wrócił do tworzenia muzyki. 
Szkoda też Cilliana Murphy'ego, który mógłby swój czas poświęcić na bardziej wymagające projekty. No, ale z czegoś w końcu trzeba żyć. ;) 
(Amanda Seyfried i Alex Pettyfer też nie mają szczęścia do dobrych produkcji. W zeszłym roku wystąpili przecież w tak przeciętnych filmach, jak "Red Riding Hood", czy "I am number four"). 

Co tu dużo mówić - film Andrew Niccola jest po prostu niedopracowany. Za dużo tu dziur scenariuszowych i nie do końca przemyślanych pomysłów. Także zwyczajnie szkoda naszego czasu na "Wyścig z czasem". To produkcja na słabe 3,5/10. Odradzam. Ja się zawiodłem.

Tagi: movie guide
Kaczy 2012-01-15 12:15:08 skomentuj (4)
Investigation.

"Millenium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" Nielsa Ardena Opleva, czyli adaptacja szwedzkiego bestselleru autorstwa Stiega Larssona, to interesujący thriller i pełnokrwista opowieść detektywistyczna.

W tym filmie dostajemy dokładnie to, czego zabrakło najnowszemu "Sherlockowi" – intrygujące, wciągające i żmudne śledztwo. Dziennikarz Mikael Blumqvist zostaje wynajęty przez starego potentata przemysłowego, członka dużej wpływowej rodziny, by rozwikłał historię zaginięcia/morderstwa swojej bratanicy. Sprawa ma już kilkadziesiąt lat, jednak nadal spędza sen z powiek wiekowego mężczyzny. Mikael podejmuje się zadania, choć wie, że nie będzie ono proste. Rozpoczyna się dokładne śledztwo. Kiedy sprawa stanie w martwym punkcie, Blumqvistowi przyjdzie z pomocą 'dziewczyna po przejściach', hakerka Lisbeth Salander.
Więcej nie zdradzam, gdyż intryga jest bardzo interesująca i warto zapoznać się z nią samemu. Nie czytałem trylogii Larssona przed seansem, także zupełnie nie znałem fabuły. Z tego powodu historia mocno mnie wciągnęła i niezmiernie zaciekawiła. To właśnie scenariusz stanowi o sile tego obrazu.

Film kusi intrygującym tematem, ale nie formą. Ta jest dobra, jednak nie porywająca. Pod tym względem "Millenium" stanowi przeciwieństwo obrazu "Across the hall", które z typowego tematu wyciągnęło wiele emocji, właśnie przez skąpanie całości intrygującym klimatem i bardzo szczegółowe skupienie się na formie oraz stronie technicznej. Tamten film pokazał, że dopracowana forma jest w stanie wywindować przeciętny obraz do poziomu obrazu dobrego. "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" stanowi natomiast przykład filmu, który uświadamia, (a raczej przypomina), że dobry temat jest w stanie ponieść cały obraz, mimo że nie jest on 'dopięty na ostatni guzik' i nie wykorzystuje pełni potencjału opowiadanej historii.

Aktorstwo jest dobre. Michael Nyqust i Noomi Rapace w ciekawy sposób portretują swoich bohaterów. Są wiarygodni. Reszta obsady wypada przyzwoicie. Tylko tyle i aż tyle. W zupełności to jednak wystarcza.

Muzyka przez większość seansu jest niezauważalna i to nie ona buduje napięcie, które panuje w tym obrazie. Miałem wręcz wrażenie, że momentami twórcy zupełnie z niej zrezygnowali, gdyż momentów, gdy słychać ją w tle, jest naprawdę niewiele. Kiedy zaś już się pojawia, są to ograne do bólu melodie, które nie stanowią żadnej 'nowej jakości', która zostałaby w głowie choć na chwilę dłużej. Na szczęście takie potraktowanie ścieżki dźwiękowej zupełnie nie przeszkadza i nie odbiera przyjemności z oglądania. Sam temat jest tak intrygujący, że wystarcza, by przyciągnąć naszą uwagę.

Dzisiaj na ekrany polskich kin wchodzi amerykańska adaptacja powieści Larssona, w reżyserii Davida Finchera*. Ten amerykański reżyser jest mistrzem w doskonałym operowaniu formą, dlatego wiążę ogromne nadzieje z jego adaptacją szwedzkiego bestselleru. Seans obrazu Opleva stanowił dla mnie bowiem ogromnie ciekawe doświadczenie, gdyż z każdą kolejną scenę myślałem sobie, jak możnaby podkręcić w nich emocje, wycisnąć z nich jeszcze więcej.
Szwedzka adaptacja jest zwyczajnie dobra, dlatego dostaje ode mnie ocenę 7,5/10. Podczas seansu przez głowę przechodziła mi natomiast jedna myśl – skoro ten film jest dobry, momentami nawet bardzo, to wersja amerykańska będzie świetna. Czuję, że Fincher wyciągnie z tej histori 110%. Już nie mogę się doczekać! :)

Tagi: movie guide
Kaczy 2012-01-13 00:13:13 skomentuj (4)
Where's the Mystery?

"Sherlock Holmes: A Game of Shadows" to druga część opowieści o najsłynniejszym detektywie, widziana oczami Guy'a Ritchiego. Pierwsza niezmiernie mi się podobała, dlatego mocno czekałem na jej kontynuację.

Będąc już po seansie mogę powiedzieć, że nie jestem zawiedziony, choć bawiłem się nieco słabiej niż na świetnej części pierwszej.
Nowa odsłona jest już bowiem mniej klimatyczna i zagadkowa, stawiając więcej akcentów na wątki 'akcyjne'. Jest tu więc nieco mniej błyskotliwej dedukcji, a więcej pościgów, wybuchów i bijatyk. Zmiana ogólnej atmosfery obrazu może zaś wynikać z faktu, że akcja z dość ponurego Londynu przeniosła się do wielu miast Europy, które posiadają jednak nieco inną energię. Zresztą taka zmiana klimatu jest całkiem zaskakująca, biorąc pod uwagę podtytuł filmu. Na moje oko 'cienia' było tu zdecydowanie mniej niż poprzednio, co nieco nadgryzło urok obrazu. To właśnie ów półmrok Londynu był jednym z dużych atutów części pierwszej.

Sama intryga też poprowadzona jest w sposób, który słabiej przyciągająca uwagę. Pracy stricte detektywistycznej jest tu mniej. A przynajmniej nie skupiono na niej tak dużej uwagi, jak poprzednio. Tym razem dostajemy więcej scen 'siłowych' niż takich, w których oglądamy, jak Sherlock łączy ze sobą kolejne części łamigłówki, próbując nadać im sens. Rozwiązanie przychodzi więc 'za łatwo'. Za szybko dowiadujemy się w jaki sposób działa główny przeciwinik Sherlocka, by obawiać się jego następnych, 'nieprzewidywalnych' ruchów. Być może wynika to z faktu, że na początku filmu możemy oglądać scenę, rozgrywającą się w pokoju, obwieszonym wycinkami prasowymi i sznurkami wiążącymi wszelkie dziwne światowe wydarzenia z osobą Profesora Moriarty'ego. Szczerze mówiąc nie obraziłbym się, gdyby choć kawałek filmu poświęcono temu, jak Sherlock zbierał informacje, by dojść do swoich wniosków. Nie pokazując nam tego procesu, twórcy za szybko dają nam gotową odpowiedź. Tym samym zmniejszając dawkę emocji, które mogliby nam dostarczyć.

Mimo wszystko – części drugiej nie ogląda się źle, choć brak tu niewymuszonego uroku, lekkości oraz pewnego 'powiewu świeżości', które charakteryzowały "jedynkę". Jak gdyby twórcy, skupiając się na warstwie akcyjnej, zapomnieli czemu pierwszy obraz miał taką siłę oddziaływania. (A było to spowodowane właśnie świetnym zarysowaniem fabuły i samej detektywistycznej intrygi). Dali nam więc obraz zwyczajnie dobry, ale nie wciągający do swojego świata tak mocno, jak poprzednik.

Na szczęście aktorstwo znów stoi na wysokim poziomie.
Oglądanie Roberta Downey'a Juniora jako Sherlocka przypomina oglądanie Johnny'ego Deppa jako Jacka Sparrowa. Obaj czują się jak ryba w wodzie, gdy przychodzi do grania swoich charakterystycznych postaci. Obaj skupiają na sobie całą uwagę. Potrafią bawić się rolą i wyciągać z niej wszystkie możliwe emocje. Sprawiają, że widz chciałby jak najdłużej obcować z ich bohaterami. Są tak interesująco spostretowani, że nie sposób nie chłonąć każdego z ich zachowań. I choć kolejne obrazy z ich udziałem są nieco słabsze od poprzednich, ich gra niezmiennie trwa na bardzo wysokim poziomie. Brawa należą się więc w stu procentach.

Niezmiernie ucieszył mnie fakt, że w części drugiej powróciła cała obsada znana z pierwotnego obrazu. Jude Law, Rachel McAdams, Kelly Reilly, a nawet Geraldine James, czy pies Gladstone, (który dostał nawet własny plakat ;)), pojawiają się na ekranie. Ich występ jest równie udany, co poprzednio, także oceniam go zdecydowanie na plus.

Nowy aktorski "narybek" serii, czyli Jared Harris, Noomi Rapace i Stephen Fry również wypadają przyzwoicie w swoich rolach, mimo że żadne z nich nie porywa swoją kreacją. O to jednak trudno, gdy dzieli się ekran z niedoścignionym Downeyem Jr., który kradnie każdą scenę dla siebie.
Muszę jednak powiedzieć, że moim zdaniem Profesor Moriarty mógłby być nieco bardziej 'diaboliczny' i nieobliczalny, gdyż jego osoba budziła zdecydowanie mniej emocji niż Lord Blackwood, choć ten bohater jest bardziej wpływowy i posiada szerszy arsenał możliwości działania. Być może jednak Moriarty celowo jest tak niecharakterystyczny, wyciszony i opanowany, skoro działa w sposób, który uniemożliwia powiązanie go z konkretnymi wydarzeniami? Trudno mi jednak w pełni uzasadnić takie scharakteryzowanie postaci. Na szczęście jest to uszczerbek, który nie psuje seansu, a jedynie pozostawia życzenie: mogło być lepiej.

Muzyka* Hansa Zimmera to wariacja na temat motywów znanych z części pierwszej. Bardzo zbliżona stylem, a mimo to nieco różniąca się od pierwowzoru. Tym razem jednak nie oddziaływała na mnie tak mocno, jak ta z "jedynki". Może dlatego, że współgrała z jaśniejszymi kadrami niż poprzednio i dlatego nie niosła tak dużej dawki emocjonalnej?

Pierwszy "Sherlock" Ritchiego podobał mi się tak bardzo, że widziałem go już ponad pięć razy. Nowa odsłona nie wciągnęła mnie tak mocno, jednak myślę, że ten film może zyskać przy ponownych seansach. Na razie stawiam 7/10, czyli oczko w dół względem wyśmienitej części pierwszej. (Także - zachęcam, choć już nie tak ochoczo, jak poprzednim razem).

Tagi: movie guide, sherlock
Kaczy 2012-01-09 12:45:40 skomentuj (9)
Fernando.

"The Blind Side" Johna Lee Hancocka to bardzo ciepły film 'biograficzny', który wciąga człowieka w swoją historię już od pierwszych scen.

Opowieść o południowoamerykańskiej rodzinie, która przyjmuje do swojego domu bezdomnego czarnoskórego chłopaka, jest historią pełną ciepła, serca i pozytywnych emocji. Ten obraz ogląda się z dużym zaangażowaniem, gdyż budzi on w człowieku wiele różnorodnych uczuć. Nieskomplikowana historia 'kupuje' widza swoim klimatem, urokliwym charakterem bohaterów oraz prostodusznością ich zachowań.

"The Blind Side" to jeden z tych filmów, które lepiej samemu oglądać, niż o nich czytać. W przekazie słownym trudno bowiem zawrzeć wszystkie pozytywne emocje, które rodzą się w człowieku podczas seansu. Niełatwo jest przekazać, jak podbudowujący, wzruszający i zabawny jest to obraz. Tę opowieść po prostu odczuwa się całym sobą; siedzi się w samym środku opowiadanej historii i chłonie każde wydarzenie. I chyba właśnie dlatego potrzeba było drugiego seansu tego filmu, bym był w stanie w ogóle coś o nim napisać. Po pierwszym byłem bowiem tak 'uwznioślony', że aż trudno było mi przelać moje emocje i myśli na papier. Słowa nie oddawały bowiem pełni moich przeżyć i wrażeń. Reżyser i scenarzysta wykonali kawał dobrej roboty, skoro udało im się wywrzeć taki wpływ na widza.

Obraz ten nie posiadałby jednak takiej siły oddziaływania, gdyby nie doskonała kreacja Sandry Bullock. Aktorka po prostu niesie ten film. Jej bohaterka rozjaśnia każdą scenę, w której się pojawia i budzi ogromną sympatię widza. Zwyczajnie kradnie spektakl dla siebie. Jest zdeterminowana, pewna siebie, stawiająca na swoim, a jednak epatująca ciepłem i troską o innych. Bullock zagrała fenomenalnie, tworząc postać wyrazistą i realną. Oscar oraz Złoty Glob, które otrzymała za tę rolę były w pełni zasłużone, gdyż aktorka zwyczajnie błyszczy w swojej roli. Reszta obsady również wypadła bardzo dobrze, jednak to właśnie Bullock przykuwa uwagę i pcha akcję do przodu.

Obraz Hancocka podobał mi się tak bardzo, że z ogromną chęcią wystawiam mu notę (mocnego) 8,5/10. Także polecam wszystkim seans tego ciepłego filmu! Jest tak dobry, że chętnie się do niego wraca! :)

PS. Sandra Bullock jest pierwszą osobą, która w tym samym roku otrzymała dwie diametralne różne nagrody – dla Najlepszej i Najgorszej Aktorki. Ten drugi tytuł otrzymała za przerysowaną do przesady rolę w filmie "All About Steve". Sandra wykazała się zresztą dużą klasą i dystansem do samej siebie, gdyż osobiście pojawiła się na Gali rozdania Złotych Malin, by "świętować" swoją wygraną. ;)


Tagi: movie guide
Kaczy 2012-01-06 00:15:00 skomentuj (3)
The Best of 2011,

czyli Top 15 Najlepszych Filmów Tego Roku

Postanowiłem sporządzić listę najlepszych (moim zdaniem) obrazów minionego roku, jako że udało mi się obejrzeć i zrecenzować ponad 40 tegorocznych produkcji. :) 
Także, bez zbędnych słów wstępu, oto przed Państwem moje zestawienie: 

(Uwaga techniczna: Brałem pod uwagę polską datę premiery. W zestawieniu jest też parę roszad ocenowych, które są jednak zamierzone). 



#15 Drive 
Nietypowa i bardzo klimatyczna opowieść o miłości, dla której można zrobić wszystko. 

#14 The Kids Are All Right 
Muszę przyznać, że sam jestem zaskoczony obecnością tego filmu w zestawieniu, ale cóż mogę powiedzieć – oceny nie kłamią, skoro sam je przyznawałem. ;) 

#13 Captain America: The First Avenger
Bardzo zgrabny film komiksowy, przybliżający historię jednego ze sztandarowych bohaterów imprerium Marvela, który jest jednak mniej znany poza granicami USA. 

#12 The Help 
Ciekawa opowieść o stosunkach międzyrasowych w Ameryce lat 60-tych. 

#11 Unknown 
Problemy z tożsamością to częsty pomysł filmów sensacyjnych, jednak z tego znanego schematu udało się wycisnąć jeszcze kilka ciekawych rozwiązań, dzięki czemu "Tożsamość" ogląda się z dużą przyjemnością. 



#10 Scream 4
Komedio-horror w najlepszej postaci. Mieszanka wybuchowa humoru i budowania napięcia. Świetny powrót do korzeni serii. 

#9 The King's Speech 
Opowieść o przezwyciężaniu własnych ułomności. Nietypowe podejście do historii powszechnej, podejmujące temat 'władzy' od zupełnie innej, niecodziennej strony. 

#8 Fast Five 
Rozrywka w najczystszej postaci - rozpędzona i jak zwykle - szybka i wściekła. Można wręcz powiedzieć - "wisienka na torcie" całej serii. Poziomem dorównuje, (jeśli nie przegania), moją ulubioną część – "2 Fast 2 Furious". 

#7 Super 8
Film o grupie dzieciaków, którzy w trakcie kręcenia swojej etiudy filmowej, staną się świadkami nietypowego wypadku, który zapoczątkuje serię niezwykłych zdarzeń. Obraz Abramsa w ujmujący sposób mówi też o uroku i Magii Kina. 

#6 X-Men: First Class
Film o początkach ugrupowania X-Menów cechuje dobre aktorstwo, ciekawana intryga oraz interesujące podejście do historii powszechnej. Rozrywka na wysokim poziomie i drugie miejsce w rankingu filmów z serii, (zaraz za doskonałym: X-Men: United). 



#5 127 hours 
Film, który stawia nas w sytuacji głównego bohatera – człowieka, który utknął w przesmyku skalnym z dala od wszelkiej cywilizacji. Obraz robi duże wrażenie i silnie oddziaływuje na widza. Bardzo dobra produkcja! 

#4 Fighter 
Film, który porusza widza w najmniej oczekiwanym momencie. Zżywamy się z bohaterami, nawet tego nie zauważając i kibicujemy im w ich poczynaniach. Wysoką pozycję film zawdzięcza w ogromnej mierze Christianowi Bale'owi i jego doskonałej grze. 

#3 Cowboys & Aliens
Tytuł w zasadzie mówi wszystko. Wystarczy zmienić "&" na "vs." i już dostajemy pełny opis fabuły. Bardzo dobra letnia rozrywka, ze świetnymi zdjęciami i zgrabną akcją. Podobało mi się! I to bardzo. Aż sam byłem zaskoczony. ;)

#2 Crazy Stupid Love
Urzekająca opowieść o różnych rodzajach i stadiach miłości. Film przyciąga subtelnym humorem oraz doskonałą charakterystyką postaci. Obraz ogląda się ze szczerym uśmiechem! 

#1 Black Swan 
Perfekcyjna opowieść o obsesyjnym dążeniu do perfekcji. (I, nieskromnie mówiąc, moja najlepsza recenzja EVER). 


PS. Jako bonus dorzucam: Top 3 Najsłabszych Filmów: #3 Red Riding Hood #2 In Time (recenzja wkrótce już jest!) #1 Breaking Dawn 
PS2. "Najlepszy film nie z tego roku, ale obejrzany po raz pierwszy w 2011" (zapożyczone od Mierzwiaka)V for Vendetta 
PS3. Największe Odkrycie Roku: Edgar Wright
PS4. Dorzucam też link do mojego profilu na Filmwebie, gdzie znajdują się oceny innych oglądanych przeze mnie filmów, o których nie zawsze udaje mi się napisać, (lub zwyczajnie nie czuję potrzeby pisania tekstu na ich temat). ;) 

PS5. Życzę Wam (i sobie) Doskonałego Roku 2012. Aby obfitował w multum wrażeń, nie tylko natury filmowej! Wszystkiego Najlepszego! :)


Kaczy 2011-12-31 11:30:16 skomentuj (11)

"Brygada M"
Quentinho
Filmówka
FilmStock
Reviews
Plakaty filmowe

Others
Billie Doux
Popcorner
Quentin
Zwierz
Bez Popcornu
Venetian masks

Free Culture
Kinoplex
Ali's Music Blog
Sidereel
Filmweb
IMDB
iiTV


SPIS TREŚCI

Tagi


Drogi Czytelniku!
Jeśli podobają Ci się prezentowane na tej stronie treści,
chciałbym zachęcić Cię do dołączenia do Facebookowego FanPage'u: