RSS
 

Wierna

11 mar

Recezja kolejnej części serii „Niezgodna” na łamach FILM.COM.PL, gdzie od dłuższego czasu wrzucam większość moich tekstów. Ale to już dawno

wiecie ;)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Movies

 

Imagine Dragons w Łodzi

03 lut

Mimo, że ostatnimi czasy mało udzielam się na blogu, poświęcając czas na działania związane z FILM.COM.PL, postanowiłem zrobić wyjątek dla kronikarskiego wpisu z serii tych muzycznych. Powód jest bowiem warty odnotowania. Wczoraj odbył się pierwszy polski koncert Imagine Dragons. Chwila, na którą czekałem od dawien dawna. Tak dawna nawet, że w międzyczasie skorzystałem z okazji i zaliczyłem dwa inne koncerty grupy – w Berlinie i Kopenhadze.

Koncert w Łodzi jest jednak szczególny, gdyż wreszcie grupa doceniła starania polskich fanów, którzy zasypywali ich media społecznościowe prośbami o przyjazd, (co zresztą zostało wprost skomentowane przez wokalistę w pewnym momencie koncertu). Grając niewiele ponad godzinę (1h 15min) zespół zaprezentował się jednak z wyjątkowo dobrej strony, bawiąc widzów mieszanką energetycznych hitów z drugiej płyty („Smoke and Mirrors”), nie zapominając oczywiście o największych przebojach poprzedniczki („Night Visions”).

Wszystko zaczęło się w rytm „Shots”, które pobudziło zgromadzoną pod sceną publiczność do gromkich reakcji, a gdy z głośników kilka utworów dalej poleciały pierwsze nuty „Roots”, najnowszego singla zespołu, (a na ekranach pojawiły się intrygujące wizualizacje, ukazujące korzenie drzew, owijające twarze członków zespołu), wiadomo było, że widzów czeka niezapomniany wieczór.

Jednym z ciekawszych i wartych oddzielnego komentarza momentów była początkowa przemowa Dana Reynoldsa, poprzedzająca wykonanie lirycznej wersji „Forever Young” z repertuaru Alphaville. Przemowa o sile muzyki, łączącej ludzi ponad podziałami i pomagającej jednoczyć się w trudnej sytuacji geopolitycznej, która obecnie panuje na świecie, była intrygującym momentem i ciekawym unaocznieniem ścieżki rozwoju, jaką przeszedł zespół od swoich początków. Kiedy bowiem przyjechali do Europy po raz pierwszy, na swoim pierwszym europejskim koncercie w małym Berlińskim klubie, wokalista zagadywał ludzi, pytając ich co sądzą o plotce na temat powstania nowych „Gwiezdnych Wojen”. Teraz, wypełniając koncertowe areny, podejmuje tematy z „wyższej półki”, przy okazji opiewając zawód muzyka, który „kocha całym sercem”, jak powiedział pod koniec przemowy. Stonowane, spokojne, bardzo liryczne wykonanie „Forever Young”, które nastąpiło potem, sprawiło, że publiczność mogła poczuć falę uniesienia, która rozchodziła się ze sceny na wszystkie sektory łódzkiego obiektu koncertowego. To liryczne wykonanie utworu można zresztą zaliczyć do jednego z highlightów wieczoru.

Drugim niezmiernie mocnym momentem była energetyczna bomba zdetonowana przy kawałku „I’m So Sorry” gdzieś w połowie setu, które wprawiło publikę w dziki szał pod sceną, wyzwalając w słuchaczach nieprzebrane pokłady energii. Największym zaskoczeniem okazał się jednak pisk publiczności przy pierwszych nutach „I bet my life”. Był to chyba jeden z najgłośniejszych pisków entuzjazmu, jakie mogłem słyszeć w ostatnich miesiącach. Skakaniu i tańcom w rytm hitu z drugiej płyty nie było końca. Chyba żaden inny kawałek nie wywołał tak energetycznej reakcji, mimo, że radość fanów, dla których zespół specjalnie zagrał dawno nie wykonywany utwór „Bleeding Out”, była ogromna. Hala koncertowa chóralnie zaśpiewała także wszystkie zwrotki „Demons”, a fala światła, która wypełniła halę w trakcie „Gold” (poprzedzonego świetnym spokojnym, akustycznym wstępem), wypaliła się zapewne na stałe na siatkówkach i w mózgach wielu osób. Zespół przechodził zresztą płynnie między energetycznymi utworami, porywającymi do tańczenia i skakania, a tymi, które dobrze słuchało się jedynie stojąc na płycie Atlas Areny. Pięknie wybrzmiało „Dream”, w trakcie którego światełka telefonów poszły w górę, czy „Hopeless Opus”, które lirycznie bujało publikę.

Szczególnie udane były także solowe występy poszczególnych członków zespołu, będące swoistym intro do kolejnych utworów. Nie dość, że pokazujące pasję, zaangażowanie, a często także wirtuozerię muzyków, to stanowiące do tego muzyczny rebus, swoistą zabawę w „Jaka to melodia?”* dla zgromadzonej w Atlas Arenie publiczności na to kto szybciej zgadnie, jaki utwór za chwilę zostanie zaprezentowany. Publika niemal zawsze celowała poprawnie, już po kilku nutach wykazując wielką radość z okazji zbliżającej się piosenki. Tym samym, zagrane na finał „Radioactive”, które pozwoliło wypłynąć zespołowi na szerokie wody mainstreamu, było jedynie jednym z wielu emocjonujących momentów łódzkiego koncertu. To pokazuje tylko, że Imagine Dragons nie są jedynie zespołem jednego hitu, ale skrupulatnie dostarczają fanom nowych materiałów, które będę oddziaływać na słuchaczy emocjonalnie. Muzyka rzeczywiście jest ponad podziałami.

PS. * Komentarz znajomego (pozdro MR), który „po jednej nutce” rozpoznał jeden „Polaroid”, jeden ze swoich ulubionych kawałków zespołu, który sam dażę dużym uczuciem.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Music

 

The odds are finally in our favour

27 lis

„Igrzyska śmierci: Kosogłos, Część 2” jest adaptacją idealną, oddającą pełnię pomysłów książkowych, wiernie przenosząc je na ekran. Ze wszystkimi plusami i minusami tego rozwiązania.

„Igrzyska Śmierci” jako seria nie są tylko wysokobudżetowym filmem dla nastolatków. Starają się być także celnym komentarzem politycznym do sposobów działania władzy. Wszystko to ujęte jest jednak w nawias „dobrej rozrywki”, a całość powstała przecież z prostej przyczyny skakania po kanałach i nakładania na siebie reality show i fragmentów reportażu wojennego w głowie autorki pierwowzoru. Nietrudno jednak dostrzec chęci ujęcia głębszych znaczeń kryjących się pod przedstawionymi zdarzeniami. Najbardziej wyraźne widoczne jest to właśnie w finale historii, przypadającym na „część 2” ostatniego filmowego odcinka sagi. Dotyka on bowiem tematu otwartej wojny z oprawcą.

Filmy z serii „Igrzyska Śmierci” często rozpoczynają się cold-openingiem. Sceną, która wrzuca widza od razu w wir akcji, bądź jest bezpośrednią kontynuację wydarzeń poprzedniego odcinka serii. Tak jest też tym razem. Film otwiera się zbliżeniem na twarz Katniss tuż po ataku Peety, wieńczącym poprzednią część. W scenie tej udało się twórcom znaleźć prosty sposób, aby po raz kolejny przedstawić widzowi główną bohaterkę. Na tle dramatycznych wydarzeń z finału „części 1”, dziewczyna chce wytworzyć jak największy dystans między sobą a chłopakiem, dlatego zgłasza się na ochotnika do kolejnej misji.

Władza wie jednak, jak ważna jest ona dla ogólnej sprawy, dlatego nawet te działania będą ujęte w ramy telewizyjnego show. Wątek tworzenia symbolu ze zwykłej dziewczyny jest zresztą jedną z rzeczy, które wyróżniają „Igrzyska śmierci” na tle innych serii młodzieżowych, pokazując dwoistość takiego rozwiązania. Stanowi ono bowiem grę wewnątrz gry, zabawę pozorami, tworzenie ikon, symboli. Z ich pomocą można dążyć zarówno do ładu, jak i chaosu. W tej części filmowej sagi pada zresztą wiele bardzo trafnych uwag dotyczących symboliki Kosogłosa. Nie zdradzając za dużo, napiszę tylko, że w tym kontekście piękny jest w szczególności list Plutarcha do Katniss, doskonale zamykający tę część rozważań poczynionych w całej serii książek i filmów.

Ostatnia część sagi to film mocno zakorzeniony w swoich poprzednikach. Z wiadomych powodów przeszłe wydarzenia są tu cytowane często i gęsto, jednak w subtelny, naturalny sposób. Trafione jest na przykład wykorzystanie motywów muzycznych przewijających się we wcześniejszych odsłonach i użycie ich jako podkładu do scen o innym wydźwięku emocjonalnym. Zestawiając melodie, które kojarzą się z emocjonującymi scenami poprzedników, z nowymi sekwencjami finałowego odcinka, twórcy wzmagają emocje, towarzyszące wynikające z oglądania tych zdarzeń.

Film jest tym razem bardzo wyważony i przemyślnie skonstruowany. Nie czuć nadmiernego rozwleczenia akcji, co chwilami kłuło w oczy w poprzednim odcinku serii. Tutaj wszystko zdaje się być na swoim miejscu, a akcja zwalnia i przyspiesza w odpowiednich momentach, utrzymując dzięki temu uwagę widza. Wszystkie elementy zyskują też odpowiedni czas ekranowy.

Wydarzenia filmowe dokładnie podążają za wydarzeniami książkowymi, z wdziękiem ukazując je na ekranie. Z jednej strony to bardzo dobrze. Z drugiej, jedną z wad finału pierwowzoru było to, że jest on jedynie zarysowany, powierzchownie oddając zakres politycznych konsekwencji przedstawionych zdarzeń. Twórcy w zasadzie przełożyli go na ekran, nie dodając nic od siebie. A szkoda, bo polityczny wyraz tych scen mógł zyskać jeszcze większe znaczenie, gdyby nieco go podrasować. Zaufano tu inteligencji widza, który sam ma wyłapać niuanse sytuacji.

Nowy odcinek to także powrót do aktorskiej formy wszystkich aktorów. Jennifer Lawrence znów potrafi zagrać rozpacz (w poprzednim odcinku miała z tym lekkie problemy), Josh Hutcherson i Liam Hemsworth z gracją ogrywają swoje strony nietypowego trójkąta miłosnego, a wszystkie sceny znowu kradnie Jena Malone, jako niebojąca się wygłaszać swojego zdania, nieco sarkastyczna Johanna Mason. Jej interakcje z Katniss ogląda się z prawdziwą przyjemnością, dlatego aż szkoda, że jest jej tak mało na ekranie.

„Igrzyska śmierci: Kosogłos. Część 2” nie jest filmem, po którego seansie człowiek aż krzyczy z zachwytu „ja chcę jeszcze raz”. Jest to jednak satysfakcjonujące zwieńczenie historii. Kropka nad i w opowieści, która starała się pogodzić odmienne światy historii młodzieżowej z wizją dystopijnej rzeczywistości, której zadaniem było pokazanie różnorodnych skutków tyranii oraz zatarcia granic między tym, co udawane, a co prawdziwe.  Mimo, że „Igrzyska” to przecież „tylko” telewizyjne show, poniesione ofiary były rzeczywiste.  Zwieńczenie historii w postaci „Kosogłosa: części 2” jest na tyle udane, że zapewniające uczucie sytości. Stanowi godne zamknięcie niezwykle ciekawej serii młodzieżowej, która przemówiła do ludzi w każdym wieku.

Ocena: 8/10

Recenzję opublikowano także na łamach portalu FILM.COM.PL

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Movies

 

I’m Alive!!

30 paź

Cześć, dzień dobry!

Long time, no see. W końcu wrzucam nowy wpis, mimo, że od poprzedniego minęło już wiele miesięcy. Brak nowych treści na stronie w najmniejszym stopniu nie wynika z zarzucenia blogowania i pisarstwa jako takiego, a z ogromnej okazji, którą udało mi się zdobyć. Otóż w maju 2015 oficjalnie ruszyła nowa odsłona portalu film.com.pl, a ja zyskałem możliwość publikowania tam swoich tekstów. A do tego ogólnego zarządzania stroną i doborem treści, które tam się pojawiają. With great power comes great responsibility, więc ogólnie mój grafik stał się nieco bardziej zajęty, stąd rzadsze patrzenie na bloga, jako takiego.

Niemniej od dzisiaj postaram się podrzucać tutaj co lepsze kąski ze strony filmu, a kto wie – może w którejś wolnej chwili powrócę jeszcze do kilku tradycyjnych elementów bloga, jak Miesięcznej Listy Muzycznej. Wish Me Luck.

W międzyczasie zachęcam i zapraszam do jak najczęstszych odwiedzin FILM.COM.PL. Pierwszym oficjalnym tekstem, który pojawił się tylko i wyłącznie na FILM.COM.PL była recenzja filmu „Chronic” Michela Franco.

Także drodzy moi, nowa działalność rezenzencka na FILM.COM.PL właśnie. Od czasu do czasu będę wrzucał tutaj najlepsze kąski, jednak moja uwaga skupia się głównie tam, bo naprawdę jest dużo roboty. I dobrze :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Avengers: Czas Ultrona

08 maj

„Avengers: Age of Ultron”. Kolejny obraz z Marvelowej stajni jest dziełem, które od razu wrzuca widza w wir akcji, nie zatrzymując się, aby przedstawić nam bohaterów, czy przypomnieć co działo się poprzednio. Nie musi. Widzowie doskonale wiedzą na co się szykują i odrobili pracę domową w postaci obejrzenia poprzednich dziesięciu filmów, wchodzących w skład Marvel Cinematic Universe.

Po początkowej akcji odbicia znanego artefaktu z rąk Złych, następuje długi moment wyciszenia,  który stopuje akcję na rzecz rozważań na temat życia superbohaterów „po godzinach” i potrzebie czasu dla siebie. Następnie twórcy znów przyciskają pedał gazu i w kilku lokalizacjach prezentują stylową blockbusterową rozwałkę. Obraz przepełniony jest ogromną dawką humoru. Bohaterowie sypią bon-motami na prawo i lewo, genialnie operują mimiką, by ukazać swoje wewnętrzne zaskoczenie, a scena z imprezy, gdy panowie próbują podnieść młot Thora przejdzie do klasyków serii i gatunku.

Obraz Whedona stoi wzorową chemią między wszystkimi bohaterami, których z odcinka na odcinek przybywa. Mimo to interakcje każdego członka grupy z pozostałymi ogląda się z przyjemnością, gdyż widać w nich pełne zrozumienie współpracowników oraz gierki słowne, które ze sobą nieustannie prowadzą.

Fragmenty opowieści dotyczące Czarnej Wdowy pokazują zaś, że jej samodzielny film mógłby być interesującą szpiegowską historią, która mogłaby pokazać jej trening, jako wyszkolonej morderczyni i być może zahaczyć nawet o kawałek dziejów bohaterki, związanych z Budapesztem, o którym słuchaliśmy w pierwszej części „Avengers”. Wszystko wskazuje na to, że cała historia  Agentki Romanoff pełna jest intrygujących momentów. Szkoda, że dane nam będzie zobaczyć jedynie jej fragmenty. Więcej czasu ekranowego dostaje też Agent Burton – Hawykeye, który zyskuje trochę więcej osobowości i rozszerzone backstory, przez co zaczyna być pełnoprawnym członkiem ekipy, a nie jedynie drugoplanowym dodatkiem.

Nowe nabytki serii też radzą sobie bardzo przyzwoicie, dostając swoje mocne pięć minut. Najważniejszym dodatkiem jest rodzeństwo Maximoff: Petro i Wendy, czyli Quicksilver i Scarlet Witch, których widzieliśmy już w scenie po napisach „Zimowego Żołnierza”. Aaron Taylor-Johnson i Eilzabeth Olsen z wdziękiem i gracją prezentując możliwości swoich bohaterów. W szczególności dobrze wypada rozpędzony Quicksilver, któremu brakuje wprawdzie specyficznego poczucia humoru tegoż bohatera z „X-Men: Days of Future Past”, jednak sceny, w których za pomocą swojego atutu – prędkości, rozprawia się z przeciwnikami, są imponujące. Dobry jest też James Spader w tytułowej roli Ultrona, zwłaszcza w chwilach, gdy odkrywa w sobie wewnętrznego Petera Griffina z „Family Guya”, nieumyślnie powodując spustoszenie i w komiczny sposób za to przepraszając. Ultron pełen jest wewnętrznych rozterek, a chociaż jest robotem, jest niezwykle ludzki i łatwo dostrzec jego sposób myślenia.

Wartym wynotowania jest także fakt, zauważony już przez kilku kolegów po fachu – „Age of Ultron” to nie samodzielny film, a jedynie kolejny odcinek serialu, który z kilkumiesięcznymi odstępami chętnie oglądamy w kinie. Struktura filmu, bez wyraźnego początku, czy zakończenia wpisuje się dokładnie w tę serialową zasadę, przysparzając radości tym, którzy doskonale rozeznają się w koneksjach między poszczególnymi bohaterami, wyłapując smaczki, pojawiające się na ekranie. Jednym z nich może być to, że finał znów jest wariacją na temat pomysłu „obiekt latający ma spaść na miasto”, który występuje w niemal każdym z filmów Marvel Cinematic Universe. Mimo pewnej wtórności obraz przysparza jednak dobrej rozrywki. „Age of Ultron” wydaje się wprawdzie nieco rozpasany, odrobinę za długi w swojej środkowej części. Gdyby ciut go skrócić, tempo i siła  rozważań bohaterów byłaby mocniejsza. Z drugiej strony, nawet w obecnej formie, niektóre kwestie nie mogą w pełni wybrzmieć. Z seansu wyszedłem więc z pewnego rodzaju dychotomią, która nie zdarzała mi się przy poprzednich odcinkach MCU. Poczucie jednoczesnego przesytu i niedosytu to chyba główna przypadłość, jakiej doświadczyłem. Rozwiązaniem na to byłoby chyba nieco inne rozłożenie akcentow, takie jak to, które cechowało najlepszy odcinek Avengersowej przygody, czyli „Zimowego Żołnierza”. Tam konstrukcja fabuły była bardziej wyważona i klarowna, pewnie dlatego, że akcja kręciła się wokół mniejszej grupy bohaterów. Tutaj, chociaż każdy dostaje odpowiednią ilość czasu ekranowego, zabrakło wisienki na torcie, która sprawiłaby, że obraz oglądało by się jedynie z nieskrywaną radością, bez tej szczypty soli, która czyni odbiór nieco kwaśniejszym.

W dzisiejszych czasach trudno uniknąć zdjęć wyciekających z planu przed premierą, zwłaszcza siedząc w prasie filmowej, dlatego częścią rozrywki z seansu przysporzyło mi wyłapywanie momentów, które widać było na zdjęciach, które obiegły świat na wiele miesięcy przed premierą. Największą radość, poza śmianiem się z niezłych one-linerów, z których większość była jakby specjalnie przygotowana dla fanów serii, uwypuklając charakterystyczne zagrywki bohaterów, było także wyłapanie kilku sprytnych product-placementów. W tym tego, który rzucił mi się w oczy już w pierwszych minutach, czyli dresu firmy Hummel, który skojarzył mi się z czasem mieszkania w Danii, w której trudno było nie zauważyć szału na tę serię. Miło było więc zobaczyć taki akcent w wysokobudżetowej amerykańskiej produkcji. Ciekawe ile firma musiała zapłacić za to, żeby Pietro Maximoff mógł nosić to właśnie odzienie.

Avengers: Age of Ultron” ma bardzo wiele świetnych, celnych tekstów, intrygujących fragmentów interakcji, czy wciskających w fotel scen akcji, a jednak nie trafi na moją listę ulubionych filmów Marvela. „Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz” zostaje w tym momencie na jej szczycie (nie licząc „Strażników Galaktyki”, którzy są trochę poza skalą i chwilowo nieco obok MCU). Dziś wieczorem wybieram się jednak na maraton filmów Marvela, więc być może zmienię moją opinię o drugiej części przygód ugrupowania superbohaterów. Na razie moja ocena to:

Ocena: 7/10

PS. Sceną po napisach tym razem się nie popisali, ale sekwencja napisów końcowych, układająca się w posąg przedstawiający walczących bohaterów jest już naprawdę dobra.

 
Komentarze (36)

Napisane w kategorii Movies

 

Śmierć jako choroba przenoszona drogą płciową

02 maj

It follows” Davida Roberta Mitchella to skromne dzieło, które w ciekawy sposób oddziałuje na widza.

Na wczesnym etapie filmu pada zdanie: „It’s slow, but it’s not stupid”, (Jest powolne, ale nie głupie), odnoszące się do tytułowego „Czegoś, co za mną chodzi„. Można odnieść je także do samego filmu – nieco za długiego, rozkręcającego się bardzo powoli, ale jednak umiejętnie trzymającego w napięciu, wykorzystując do tego najprostsze środki.

Film rozpoczyna się intrygującą, dziwną, emocjonującą i niezwykle klimatyczną sceną. W rytm posępnej, głośnej i budzącej niepokój muzyki, oglądamy jak młoda dziewczyna, odziana w biały top na ramiączkach, krótkie dżinsowe spodnie oraz buty na obcasach – typowy strój ofiary horroru – z przerażeniem wybiega z domu na przedmieściach. Jest środek dnia. Najdziwniejsze w tej scenie jest to, że przerażona bohaterka po chwili z powrotem wbiega do domu, by następnie… znów z niego wybiec, wsiadając do samochodu i odjeżdżając w siną dal. Niepokojący klimat tej sceny wynika z tego, że nie wiemy co dokładnie dzieje się na ekranie – przed czym dziewczyna ucieka?, z faktu posępnej muzyki, która alarmuje nasze zmysły, że oto za chwilę coś złego się wydarzy oraz z faktu, że całość nakręcono na jednym ujęciu, co dodatkowo zwiększa wiarygodność przedstawianych wydarzeń. Ten niepokój, wywołany początkiem, utrzyma się w filmie aż do samego końca, gdyż środki do zbudowania atmosfery zagrożenia, będą w nim stale wykorzystywane.

Film Mitchella opiera się bowiem na prostym i piekielnie skutecznym koncepcie, mówiącym, że „najbardziej przerażają nas rzeczy, których nie widzimy. Które musimy sobie wyobrazić”. „Coś”, które  chodzi za bohaterami może przyjąć bowiem formę dowolnego człowieka. „Coś” zawsze cię dopadnie. Uciekanie przed „Tym” jest jak uciekanie przed samą śmiercią. Co zresztą zostanie wypowiedziane wprost na ekranie. W tym kontekście niezwykle ważnym jest źródło całego nieszczęścia – seks jako coś, co śmierć przyciąga, aktywuje, ale także jako coś, co śmierć potrafi odciągnąć, skierować na inne tory. Swoisty Circle of Life, opowiedziany jako opowieść z dreszczykiem.

It Follows” umiejętnie buduje ramy świata, które widz wypełnia własnymi wizjami. Właśnie ten element umożliwił zachwyt krytyków i widzów na całym świecie i aż 98% znak jakości serwisu Rotten Tomatoes. Ja też świetnie się bawiłem. „It follows” to skromne dzieło, które pozostaje jednak w pamięci.

Ocena: 7/10

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii Movies

 

Daredevil

01 maj

Po tym jak Studio Marvela swoją serialową serią filmów o przygodach Avengersów zawojowało kina, światowy box-office oraz serca widzów, przyszedł czas, aby swoją pozycję ugruntować także na małym ekranie. Dwa lata temu do telewizji zawitali „Agenci T.A.R.C.Z.Y”, na początku tego roku „Agentka Carter”, teraz zaś przyszedł czas na pierwszy z czterech mini-seriali, wyprodukowanych przy współpracy z Netflixem. Wszystkie te produkcje mają jedną cechę wspólną – wszystkie wchodzą w skład tak zwanego Marvel Cinematic Universe, czyli połączonego świata wszystkich komiksowych produkcji Marvela, które trafiły na ekrany w różnorodnej formie w ostatnim dziesięcioleciu. Kolejnym elementem układanki będzie debiutujący w maju superhit: „Avengers: Czas Ultrona”. Zanim jednak nastąpi premiera tego filmu, porozmawiajmy o najnowszym sukcesie studia, czyli serialu „Daredevil”.

Trzynastoodcinkowa produkcja Marvela i Netflixa jest superbohaterskim origin story, rozłożonym na pełny sezon. Historia Matta Murdocka (Charlie Cox), prawnika, który nocą przybiera czarną maskę, by pod promieniami księżyca ratować miasto przeciw zbrodniczemu elementowi, opowiedziana jest w przyciągający uwagę sposób. Rozpoczyna się z grubej rury, cold-openingiem, ukazującym pędzącego przez miasto mężczyznę, który biegnie, aby zająć się swoim synem, który uległ właśnie wypadkowi samochodowemu. Chcąc uratować starszego mężczyznę, sam wpadł pod koła pojazdu, przewożącego kontenery z radioaktywną substancją. Traf chciał, że do jego oczu dostało się trochę płynu, w wyniku czego chłopak stracił wzrok. W wyniku wypadku zyskał jednak pewne dodatkowe umiejętności, w postaci niezmiernie wyczulonych zmysłów, które umożliwiają mu nie tylko swobodne poruszanie się po mieście, ale także, dzięki treningom, skopanie paru tyłków.

Najnowszy serial Marvela wpisuje się w panujący obecnie trend, jak największego urealnienia, ale także umrocznienia opowieści. Poza oczywistą przesadą związaną z radioaktywnym elementem, dzięki któremu Matt zyskał swoje dodatkowe umiejętności, serial stara się być jak najbardziej wiarygodną historią, trzymającą się realiów. Pod względem klimatu opowieści przygody serialowego „Daredevila” to trochę skrzyżowanie Batmana ze Spidermanem. Produkcja jest mroczna i brutalna, co ma sprawić, że będzie ona dojrzalsza i wpisująca się w panujący obecnie nurt uwiarygodniania historii komiksowych. Jednocześnie nie pozbawiona jest drobnych momentów niezobowiązującego humoru, w którym często bohaterowie odnoszą się do innych komiksowych postaci, w tym do Spidermana właśnie.

W „Daredevilu” ważne są dwie strony życia bohatera – jego „dzienna” i „nocna” praca. Jako prawnik, wraz ze swoim partnerem, Foggym (Elden Henson) oraz nowo zatrudnioną sekretarką Karen (Deborah Ann Woll) starają się przy pomocy Litery Prawa rozwiązać problemy swoich klientów z nowojorskiej dzielnicy Hell’s Kitchen. Stała się ona placem zabaw dla wszelkiego rodzaju bandytów i szumowin po wydarzeniach Bitwy o Nowy York, jak w MCU określa się historię znaną z filmu „Avengers”. Nocą Matt przywdziewa maskę, by z pomocą kopniaka i pięści dowiedzieć się więcej o tajemniczym mężczyźnie (Vincent D’Onforio), który zdaje się być wmieszany we wszelkie szemrane interesy dzielnicy.

Serial jest bardzo dobrze napisany. Szczególnie pierwsza połowa sezonu obfituje w wiele trafnych i humorystycznych uwag dotyczących otaczającego nas świata. O kryzysie papierowej prasy: „wszyscy, których znamy zarabiają dwa razy więcej niż my, pisząc blogi, siedząc w domu w samej bieliźnie”. Mój absolutny faworyt: „mówi się, że przeszłość jest wyryta w kamieniu. Tak naprawdę jednak przeszłość to dym zamknięty w pomieszczeniu. Przemieszczający się. Zmienny”. Takie bon-moty wypełniają pierwszą połowę sezonu, radując tym samym widza. Niestety, w kolejnych odcinkach, znikają potem na rzecz tradycyjnych zdań wypowiadanych przez Czarne Charaktery.

Plusem produkcji jest także psychologia postaci. Ciekawie rozwinięta mimo, że dość łopatologicznie ukazująca, że wszystkiemu winne są wydarzenia z dzieciństwa. Co jednak ważne – taka formuła sprawdziła się na ekranie, dodając głębi charakterologicznej bohaterom i wyjaśniając motywy ich działania. Najważniejszą cechą tej charakterologicznej głębi jest jednak to, że protagonista i antagonista obrazu de facto tak bardzo się od siebie nie różnią. Ich działaniom przyświeca w zasadzie ten sam cel – lepsze jutro Hell’s Kitchen. Różni ich jednak metoda działania oraz to czyj dokładnie interes mają na myśli. Patrząc na nich z boku nie wyglądają jednak na tak różnych, co zresztą stanie się jednym z ważniejszych elementów rozłożonej na wiele odcinków intrygi. Próba wyciągnięcia na światło dzienne człowieka, o którym nikt nic nie wie, gdyż pracuje w szarej strefie, wśród cieni, jest trafna wobec obydwu bohaterów. Ta dwoistość charakterów dwójki przeciwników, stanowi znaczący plus produkcji.

Kolejnym atutem jest chemia między bohaterami. Duża i wyczuwalna już przy pierwszym spotkaniu. Najciekawszą relacją jest ta, łącząca Matta oraz pielęgniarkę Claire (Rosario Dawson). Ich wspólne sceny ogląda się tak dobrze, że gdy dziewczyny zabraknie w drugiej części sezonu, jej nieobecność będzie mocno odczuwalna.

Na koniec warto wspomnieć także o intrygującej czołówce serialu, ukazującej słynne fragmenty architektury Hell’s Kitchen oblane krwistą substancją, spływającą po brzegach budynków, w takt intrygującej, wpadającej w ucho muzyki Johna Paesano.

Obejrzałem serial w zasadzie w kilka posiedzeń po parę odcinków na raz. Tak, jak to natura binge-watchowania nakazała. Muszę przyznać, że największe wrażenie produkcja Stevena S. Knighta i Drew Goddarda zrobiła na mnie w początkowej fazie, w pierwszych kilku odcinkach. Im dalej w las, tym mój zachwyt nieco się rozmywał. Sądzę, że druga część sezonu jest nadmiernie przegadana dość oczywistymi tekstami. Błędem było pozbycie się na znaczną część odcinków postaci Claire, gdyż jej relacja z Mattem dawała ciekawy wgląd w sposób myślenia i zachowania bohatera, gdy nocą przywdziewa maskę. Claire była jedyną osobą ze świata serialu, która, tak jak widz, znała sekretną tożsamość mężczyzny. Innym mankamentem jest fakt, iż pierwsze spojrzenie na pełnoprawny, czerwony strój bohatera również nie budzi tak dużego zachwytu, jak powinno. Bohater wygląda w nim tak, jak każdy inny komiksowy bohater, odziany w strój. Prowizoryczne czarne ubranie zdawało się budzić większy postrach w przeciwnikach niż czerwony strój z ostatniego odcinka. Mimo wszystko, „Daredevil” w pełnoprawnym stroju będzie miał jeszcze kupić widzów, gdy serial powróci z drugim sezonem już za rok. Mimo mankamentów trzeba przyznać, że serial jako sezonowa całość nieźle się broni, rodząc apetyt na więcej.

Teraz pozostaje mieć nadzieję, że „AKA Jessica Jones”, czyli kolejny Marvelowo-Netlixowy projekt, który ma wystartować na jesieni, będzie równie dobry, jak początkowe odcinki „Daredevila”.

Ocena: 7,5/10

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii TV Shows

 

Szybcy i Wściekli 7

29 kwi

Furious 7

Film Jamesa Wana z 2015 roku

Szybcy i Wściekli 7” James Wana, czyli odcinek pod tytułem: „Samochody nie latają (uśmieszek)”, to obraz, który zaburza wszelkie prawa prawdopodobieństwa i fizyki, popuszczając wodze fantazji, jeśli chodzi o ukazywanie szalonej akcji na ekranie. Większość spektakularnie przegiętych momentów ukazano już wielokrotnie w zwiastunach, dlatego moment, który przynosi największe emocje, pojawia się pod sam koniec obrazu.

Fabuła, jak to zwykle w obrazach z tej serii bywa, jest bardzo pretekstowa i pozwala bohaterom przenosić się jedynie z miejsca na miejsce, aby w nowych okolicznościach przyrody mogli pokazywać swoje rozpędzone umiejętności w coraz bardziej wymyślnych sekwencjach akcji. Główny zrąb fabuły to ucieczka naszych bohaterów przed żądnym zemsty Deckardem Shawem (Jason Statham), bratem Owena, głównego przeciwnika Ekipy Doma w poprzednim odcinku serii. Reszta historii to jedynie efektowne przejścia między scenami kolejnych rozrób. Jak bardzo pretekstowa jest fabuła, widać doskonale w kuriozalnych momentach, w których Shaw z nienacka pojawia się wszędzie tam, gdzie są nasi bohaterowie. Taki jest jednak już urok tej serii – na wiele rzeczy trzeba zawierzyć niewiarę (suspend disbelief). Jest to jednak świadoma umowa z widzem, który doskonale wie, na co się pisze, idąc na film z cyferką „siedem” w tytule.

Tym razem powodem takiego stanu rzeczy, była nie tylko scenariuszowa przesada, ale i tragiczne wypadki losowe, które otaczały proces kręcenia obrazu. W trakcie zdjęć, w wypadku samochodowym zginął bowiem odtwórca jednej z głównych ról – Paul Walker. Aktor, siedzący na fotelu pasażera, wraz z kierowcą samochodu – Rogerem Rodasem, zmarli na miejscu. Ten cios zatrząsnął rodziną „Szybkich i Wściekłych”, która nie potrafiła pozbierać się po tych wydarzeniach. Prace nad filmem wstrzymano. Po kilku tygodniach wytwórnia i scenarzyści wpadli jednak na pomysł, jak ukończyć film, oddając tym samym hołd dla zmarłego. Dopisując kilka scen, postanowili poprosić braci Paula Walkera, aby zastąpili go na planie, a z pomocą grafiki komputerowej w kilku sekwencjach nanieśli jego twarz na wspomnianych stunt-doubles. W ten sposób film został ukończony.

Końcowy efekt jest tyleż satysfakcjonujący, co chwilami pełen melancholii. Wiedząc co przydarzyło się aktorowi, jego obecność na ekranie nabiera pewnego dodatkowego, smutnego znaczenia. Odczuwalne jest to zwłaszcza w momentach, które wyglądają, jak dopisane specjalnie, by wycisnąć emocje widza. Taka jest rozmowa telefoniczna Briana z Mią, w której bohaterowie na wszelki wypadek żegnają się ze sobą przed kolejną szaloną misją Doma i ekipy. Nie odczuwa się tego jak tanie granie na emocjach, gdyż, po tylu latach historii, naprawdę zżyliśmy się z bohaterami. Moment ten stanowi też zupełną zmianę klimatu i tempa, w rozpędzonej i nie posiadającej hamulców bezpieczeństwa akcji, gnającej od lokalizacji do lokalizacji.

Odkąd akcja wraca do Los Angeles, a dokładniej od momentu walki ulicznej Doma i Shawa, film nabiera jeszcze większych rumieńców. Może dlatego, że inne atrakcje, czyli latające samochody i latające samochody, część II: Abu Dhabi Jump, twórcy zdradzili już w każdym zwiastunie. Wspomniane sekwencje są oczywiście bardzo emocjonujące, jednak dopiero akcja w Los Angeles prawdziwie porywa, gdyż nie zdążyła się jeszcze widzowi opatrzeć. Satysfakcjonujące jest w szczególności to, że LA obfituje w ciekawe choreografie walk wręcz. Bitwa miejska Doma i Shawa przy użyciu narzędzi samochodowych jest świetna. Doskonała jest też akcja na schodach, w której Brian walczy z przeciwnikiem na pędzących po stromych schodach drzwiach wejściowych. Natomiast udział „The Rocka” w ostatecznym sukcesie grupy, dodaje tylko kolorytu rozpędzonym scenom, poprzedzającym wybuchowy finał.

Sekwencje miejskie to też ten moment, kiedy film zaczyna brać przykład z innych filmów akcji. Sceny, które przypominają rozwiązania zastosowane w kolejnych częściach „Terminatora„, „Szklanej Pułapki„, czy „Transformers”, przeplatają się tu z oryginalnymi pomysłami scenarzystów i choreografów, dając mieszankę wybuchową rozpędzonej wysokooktanowej akcji.

Wartym wynotowania jest także ładne, choć nieco za krótkie, połączenie z „Tokyo Drift”, wyjaśniające udział Vin Diesela w trzecim filmie serii i popychające akcję do przodu. W tej jednej scenie widać też ile lat minęło od tamtego filmu. O ile Vin Diesel zanadto się nie zmienił, o tyle na twarzy Lucasa Blacka widać było upływ lat.

Znak firmowy serii, czyli głośna, dynamiczna muzyka, znów stoi na niezłym poziomie. W ucho w szczególności wpada słyszane już w zwiastunach „Get Low” Dillona Francisa i DJ Snake’a. Utwór ten zostaje z widzem na dłużej, samoistnie snując się gdzieś z tyłu głowy w wiele godzin po seansie.  Niezłym jest też kawałek „See You Again” Wizza Kalify i Charliego Putha, wieńczący obraz. Stanowi on jednocześnie hołd dla Paula Walkera, przypominający jego najważniejsze momenty w serii „Fast and Furious”. W temacie muzyki warto także wspomnieć o malutkim cameo gwiazdy muzyki, stałym elemencie serii. Tym razem maleńką rolę otrzymała raperka Iggy Azaela.

Szybcy i Wściekli” swój najlepszy odcinek mają już za sobą (część 5), jednak seria cały czas nie zwalnia tempa, coraz mocniej naginając fizyczne prawa otaczającej nas rzeczywistości. Jak zauważył recenzent „Total Film”, Jamie Graham: „wkroczyliśmy już na terytorium superbohaterów”, z bohaterami, którzy sami zdają sobie sprawę z własnej nieśmiertelności/niezwyciężoności. Ba!, celowo wykorzystującymi ją do pokonania przeciwnika. Ciekawie jest też oglądać, jak film o nielegalnych wyścigach samochodowych na ulicach Los Angeles, ewoluował do dzieła dotykającego takich kwestii, jak globalny terroryzm, czy cyber-ataki hakerów. Tematów, które tak naprawdę stanowią jedynie pretekst dla pokazania nowej serii niecodziennej akcji w odpicowanych autach bohaterów.

Furious 7” to film satysfakcjonujący dla każdego fana, ładnie ukazujący ewolucję serii. A jednocześnie taki, który ogląda się z pewną dozą goryczy. Końcówka filmu stanowi zaś bardzo wyważony i ładny hołd dla Paula Walkera. Niemniej sądzę, że potrzebny mi ponowny seans, abym mógł w pełni wypowiedzieć się o tym odcinku jednej z ulubionych serii.

Ocena: 7,5/10

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Movies

 

System. Child 44

22 kwi

System (Child 44)” Daniela Espinosy, film na podstawie powieści Toma Roba Smitha. Obraz, dotykający problemów systemowych stalinowskiego Związku Radzieckiego.

Oto Lew Demidow (Tom Hardy), przykładny funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego, dostaje zlecenie, z którym personalnie się nie zgadza. Mimo wykonania zadania, jego efekt nie satysfakcjonuje przełożonych, w związku z czym degradują go i wysyłają do małej mieściny, gdzie ma pomagać lokalnemu oddziałowi milicji. Tam rozpoczyna śledztwo na własną rękę w sprawie tajemniczych mordów, które mają miejsce na terenie całego kraju. Władza/System nic z nimi nie robi. W końcu „w raju nie ma morderstw”, jak wielokrotnie słyszy się na ekranie.

Gdyby reżyser skupił się tylko na głównym wątku, ukazując przemianę, która zajdzie w bohaterze Toma Hardy’ego pod wpływem niezgody na polecenia przełożonych, seans należałby do bardzo udanych. Niestety, reżyser próbuje opowiedzieć zbyt wiele historii, przez co żadna nie budzi takiego zainteresowania, jak powinna. Dostajemy więc zarówno wspomnianą walkę Jedynego Porządnego Obywatela przeciwko Systemowi, sprawę tajemniczego mordercy dzieci, bazującą na prawdziwej sprawie Rzeźnika z Rostowa, rodzinny dramat między dwójką głównych bohaterów, jak i próbę opowiedzenia o różnicach między wielkim miastem, a małą mieściną. Przy czasie ekranowym zbliżającym się do dwóch i pół godziny, teoretycznie każdy ze wspomnianych wątków zdąży się rozwinąć. Prawda jest jednak taka, że skacząc od wątku do wątku, rozmywa się gdzieś znaczenie i siła oddziaływania tych opowieści. Ponadto wiele czasu dostają kadry, przedstawiające pędzące pociągi, które łopatologicznie ukazują, że oto nastąpi relokacja bohaterów. Ta tendencyjność stanowi zresztą jeden z elementów całej opowieści, gdyż większość ważniejszych sentencji zostanie powtórzonych na ekranie tyle razy, że zamiast podbić ważność wypowiadanych słów, stworzą one jedynie pustosłowie.

Aktorzy starają się jak mogą, by utrzymać film w ryzach. Nie mają jednak łatwego zadania z powodu scenariuszowego przeładowania treściami. Tom Hardy z udawanym rosyjskim akcentem, wymawia słowa w tempie żółwia, a jego scenom z Noomi Rapace brakuje prawdziwej chemii. Niemniej chwilami bywa wiarygodny. Gary Oldman pojawia się na ekranie w połowie seansu, nie wnosząc niestety do obrazu ani odrobiny świeżości. Najciekawiej z nich wypada chyba Paddy Considine, który posiada najbardziej zaskakującą scenę całego filmu, umiejętnie poprowadzony mylny trop. Polski akcent w postaci epizodycznej roli Agnieszki Grochowskiej wypadł całkiem przyzwoicie. Niestety pozostający w mojej pamięci występ aktorki w „Obcym ciele” zepsuł mi jej odbiór jako poważnej aktorki, a trzykrotny krzyk o śmierci syna brzmiał jak „Lostowe” „They took my son”. Mimo tych mankamentów, rola Polki nawet się broni.

System” jest filmem, który wchodzi na polskie ekrany w aferze skandalu, którym był zakaz pokazywania go na terenie Rosji. Argumentacją tego faktu, jest to, iż obraz powiela obiegową opinię o surowości systemu władzy oraz zapatrzeniu funkcjonariuszy w swojego Jedynego Przywódcę, mijając się tym samym z prawdą. Patrząc jednak na „Child 44” jedynie z perspektywy filmowej, dostrzeżemy, że sceny, które robią duże wrażenie, zalewa sos niepotrzebnych momentów, które niewiele wnoszą do fabuły, niepotrzebnie ją tylko rozwlekając. Mimo ciekawej historii, obraz jest dość toporny. Poprowadzony bez polotu, głębszego zanalizowania pewnych zjawisk, płasko. W skrócie: historia – tak, wykonanie – przeciętne. Trudno orzec na ile taki obraz mógłby zagrozić władzy w Moskwie. Zakazując wyświetlania filmu w Rosji, włodarze zdają się sami tworzyć problem, zwracając uwagę opinii publicznej na to, że władza nie chce oglądać sensacyjnego filmu, osadzonego w przeszłości. Tym samym każąc zastanawiać się ludziom co dokładnie kryje się za taką polityczną decyzją. Czy może film dotyka jednak jakiejś ciemnej karty? Gdyby nie decyzje Kremla, film przeszedłby przez kina bez większego echa. Gdy władza zabrania oglądać produkcji, zwykły człowiek aż z ciekawości obejrzy obraz, by dowiedzieć się o co tyle szumu.

Fakt jest taki, że w zasadzie nie wiadomo o co. „Child 44” to bowiem ten rodzaj filmu, o którym można powiedzieć: „gdzieś w tej rozwleczonej formie, kryje się dobre dzieło. Gdyby tylko poleżało trochę dłużej na stole montażowym, miałoby szansę zaistnieć”. „System (Child 44)” przez swoja długość i nieumiejętne połączenie różnorodnych wątków, jest filmem, który nie pozostanie widzowi w głowie. Za dużo w nim ogranych motywów.

Ocena: 6/10

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rozłączeni

22 kwi

The Search” Michela Hazanaviciusa to kino społecznie zaangażowane, ukazujące konflikt w Czeczenii z kilku perspektyw.

Historia poprowadzona jest kilkutorowo. Za każdym razem w środku opowieści stawia pojedynczą jednostkę, która musi poradzić sobie z nową sytuację, w której się znalazł.

Po pierwsze „Rozłączeni” to historia opowiedziana z perspektywy młodego chłopca, na którego oczach ginie rodzina. Łutem szczęścia ratuje siebie i młodszego brata. A potem ucieka z miejsca zbrodni i tuła się po kraju.

Po drugie – z perspektywy młodej dziewczyny, pracującej dla Unii Europejskiej i próbującej zwrócić uwagę środowiska międzynarodowego tym, co dzieje się w konfliktowym regionie. W tym kontekście bardzo wyrazistą sceną jest przemowa w Komitecie do Spraw Zagranicznych UE. Gdy nikt w zasadzie nie słucha kobiety, próbującej zwrócić uwagę instytucji na konflikt.

Po trzecie i chyba najciekawsze – „The Search” opowiada historię młodego chłopaka, który w wyniku łapanki na ulicy, staje przed wyborem: pójść do więzienia czy do wojska za swoje drobne przewinienie. Ten wątek będzie przedstawiał powoli postępującą desensytyzację chłopaka na otaczające go okropności wojny. Znamiennym fragmentem tego procesu jest scena, w której na linii frontu spotykają się dwaj młodzi mężczyźni, z których jeden znęcał się wcześniej nad drugim. Na pytanie „jak Ci tu jest” (na froncie) pada odpowiedz „jak w raju”. W tle tej sceny widzimy płonące zgliszcza wieżowca. Również pierwsza wojenna sekwencja z udziałem chłopaka potrafi zrobić wrażenie, ukazując moment, w którym zmienił się jego sposób postrzegania świata. Sceny, gdy widz podąża za bohaterem z karabinem, który przemierza rozpadające się miasto, stanowią chyba najciekawszy moment całego obrazu.

Rozłączeni” to kino niepozbawione kilku zbyt długich scen, które niepotrzebnie wydłużają seans do rozmiarów dwuipółgodzinnego spektaklu, jednak ostatecznie starające się dość dokładnie oddać problemy konfliktu z wielu różnych perspektyw. Film niepozbawiony jest wprawdzie pewnych uproszczeń, jednak obraz, mający „otwierać oczy”, sprawdza się całkiem nieźle.

Ocena: 7-/10

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS