RSS
 

Boys and girls type of cinema

03 maj

Ostatnio obejrzałem dwa filmy skierowane do młodej publiczności. Oba na podstawie bardzo popularnych seriali telewizyjnych.
Filmami tymi były „Dragonball: Evolution” na podstawie japońskiego anime, bardzo popularnego kilkanaście lat temu, także w Polsce, oraz bieżącego hitu wśród "młodych nastolatków" (a.k.a „hot fourteens”) – serialu Disneya – Hannah Montana, który szczerze mówiąc, gdy mam dostęp do Disney Channel, zdarza mi się obejrzeć.

Dragonball: Evolution

Nie wiem co mnie podkusiło, żeby zobaczyć ten film, zwłaszcza, że nigdy animowanego "Dragonballa" nie lubiłem, a o filmie czytałem same złe recenzje.
Mam wrażenie, że mogła to być chęć sprawdzenia czy naprawdę jest aż tak źle, jak to wszyscy opisują?! Zdaję sobie sprawę, że to dość pokręcona logika, ale inaczej nie potrafię wyjaśnić mojej motywacji. ;)

Oczywiście okazało się, że tak – może być aż tak źle jak zapowiadali. (Ech!) ;)
Głównym błędem tego filmu jest fakt, że fabuła nie do końca "trzyma sie kupy", poszczególne sceny nie "kleją" się ze sobą, a całość jest zwyczajnie niespójna.
Drugim błędem jest umieszczenie akcji w dzisiejszych czasach. To znaczy, ta koncepcja mogłaby się obronić, gdyby coś z tego wynikało albo chociażby akcja działa się w jakimś znanym z dzisiejszego świata miejscu. Bo tutaj niby jest "dzień dzisiejszy", ale jakoś w ogóle tego nie widać, bo bohaterowie biegają sobie po pustyni "out of nowhere", gdzie pod ziemią znajdują wrzącą lawę, itd. Gdzie tu "dzisiejszy dzień", dzisiejsza rzeczywistość? Co z tego, że to "present day", skoro tego nawet nie widać?
O tym, że Goku chodzi do amerykańskiego ogólniaka nawet nie będę się rozwodzić, bo to też uważam za kiepski pomysł.
(Choć ksywa Goku – "Geek-O" i "bitwa" przed imprezą mi się podobały) :)
Trzecim błędem są te nieszczęsne efekty specjalne, które nie dorównują pod żadnym względem dzisiejszym możliwościom technicznym. Gdyby ten film wyszedł 10 lat temu, to jeszcze bym zrozumiał czemu to tak wygląda, ale w 2009 roku? Not so much.
Po czwarte – "drewniane" dialogi i wysilone żarty. Nawet nie chce ich cytować, tak były „nijakie”.
Po piąte – przemiana Goku w demona, który wyglądał zupełnie jak… wilkołak, była już zupełnie bez sensu! ;)
Aha – no i nawet nie można się było nacieszyć obecnością Jamesa Marsters’a (czyli Spike’a z "Buffy") w obsadzie, gdyż był zupełnie nierozpoznawalny.

Myślę, że ten film posiadał pewien potencjał (chociażby dlatego, że bardzo wiele osób uwielbiało anime, i myślałem, że w tym filmie dostanę "pigułkę" z najlepszych elementów tej serii), ale nie do końca udało się twórcom przekonać widzów do swojej wizji. Stworzyli "dziełko", którego największą wadą jest to, że w zasadzie jest to film nudnawy, nie mający nic do zaoferowania ani fanom serialu, ani tym bardziej tym, którzy z "Dragonballem" zetknęli się po raz pierwszy. Poza tym nic nie wskazuje na to, że to jest nowa produkcja. A raczej niedobrze świadczy o filmie fakt, że już w momencie swojej premiery, wygląda na przestarzały.

(+bonus: w filmie cytuje się "Zagubionych", tekstem: "Everything happens for a reason", ale z niewiadomych powodów mówi się o nich "daytime TV")

Hannah Montana. The Movie

Aż wstyd się przyznać, ale całkiem podobał mi się ten film.
Nie jest to oczywiście żadne dzieło, ani film z ambicjami, ot – kolejny bardzo lekki film z serii podobnych filmów Disneya (jak High School Musical czy Cheetah Girls), i jako taki, da się go bezboleśnie obejrzeć.

„The movie” opowiada o tym jak zaciera się granica pomiędzy grzeczną Miley, a jej „secret identity” gwiazdą pop – Hanną Montanną. Oraz o krokach podjętych przez jej ojca, by temu zapobiec. Dlatego też większość filmu dzieje się gdzieś na ranczu w Tennessee, gdzie Miley jeździ konno, pracuje na targu, zbiera kurze jajka, (itd.), czyli styka się z „normal side of life”.
Do tego wszystkiego nadal śpiewa, a z czasem okazuje się, że przemiana w Hannę jest jednak konieczna i tym razem nawet ojciec musi się z tym zgodzić. ;)
Tyle jeśli idzie o fabułę.
Parę scen było całkiem zabawnych (jak tekst o tym, ze "Hannah zawsze podróżuje ze wschodu na zachód, dzięki temu… czas leci do tyłu, a ona młodnieje", czy "błotna" rozmowa telefoniczna, pomiędzy facetem siedzącym w prawdziwym bagnie, a jego przełożoną siedzącą w bagnie w spa). Do tego parę ładnych obrazków krajobrazowych, kilka starych jak świat tricków narracyjnych i parę stałych głupawych dowcipów znanych z serialu, plus trochę popowej muzyki i ogólny efekt był naprawdę znośny, a momentami wręcz bardzo przyjemny. Myślałem, że będzie znacznie gorzej, a naprawdę nieźle się bawiłem podczas tego filmu. Mimo pewnych jego dziur scenariuszowych i dość prostych rozwiązań fabularnych.

Pojawił się też niezamierzony dowcip, polegający na tym, że chłopak mówi Miley, że śpiewając, "prawie nie fałszowała", a ona bardzo się na to oburza, a my mamy się z czego pośmiać. ;)
No właśnie – jak to jest z muzyką w tym filmie o gwiazdce pop?
Muzyka jest niezła, ale nie aż tak porywająca, jak w innych muzycznych/"musicalowych" produkcjach Disney’a wymienionych powyżej, w których muzyka czasami jest naprawdę bardzo "radio-friendly" i bardzo dobrze się jej słucha. ;)
Do tego wszystkiego należy pamiętać, że Miley Cyrus/Hannah Montanna nie posiada wielkiego głosu, śpiewa w sposób, w jaki każda nastolatka mogłaby śpiewać, gdyby trochę się postarała, (zgodnie z zasadą, która pojawia się w serialu, czyli „Everyone’s a Star!”). Czasami wychodzi jej to nieco lepiej, a czasami nieco gorzej, przez co zastanawia mnie kwestia prawdziwego głosu panny Cyrus. W trakcie filmu bowiem, śpiewając różne piosenki, posiada ona odmienne barwy głosu, nie do końca podobne do siebie. Zastanawiało mnie czy któryś (i jeśli tak to który?) „głos” należy rzeczywiście do niej?

Nieważne czy śpiewana prawdziwym, czy zmiksowanym głosem, pioseneczka "Hoedown Throwdown" jest całkiem śmieszną i prawdopodobnie najlepszą piosenką w tym filmie. Chociażby dlatego, że wg. Miley jest to "hip-hop", a ktoś ładnie określił ją jako "country-pop". ;) Piosenka ta ma prosty rytm i łatwe słowa, na dodatek jest dość skoczna, a scena, w której Miley porywa nią tłumy, jest całkiem zabawna. Z tych powodów zostaje ona w głowie także po seansie (no i może też dlatego, że leci podczas napisów końcowych ;) ).
Inne piosenki nie zostają, ale w trakcie oglądania całkiem dobrze się ich słucha, mimo tego, że wszystkie posiadają prosty rytm i łatwy do zapamiętania refren, nie wyróżniając się przy tym szczególnie od swoich poprzedniczek.
Najśmieszniejszy przypadek jest jednak z piosenką "The Climb", której daje się bezproblemowo posłuchać w filmie, ale kiedy próbowałem to zrobić na iTunesie (gdzie nota bene piosenka ta znajduje się obecnie na siódmej pozycji wśród najczęściej kupowanych utworów), efekt jest już zupełnie inny, i bardziej mnie ten utwór denerwuje niż wywiera jakieś pozytywne emocje.

Jednak ogólnie rzecz biorąc film mi się spodobał, mimo tego, że jego twórcy popełnili parę błędów, które wypominałem "Dragoballowi". Może, gdyby w tamtym filmie bohaterowie też śpiewali, byłbym mu nieco przychylniejszy? ;P

That’s all I wanted to post this time! :)

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS