RSS
 

Life Happens.

20 lut

W końcu obejrzalem "(500) Days of Summer". Słowa, które przychodzą mi teraz do głowy i przychodziły już podczas samego seansu to: "sympatyczny", "miły", "niewymuszony"(!), czy "urzekający”. 
W zasadzie już od pierwszej minuty, kiedy na ekranie pojawia się napis: "NOTE from the author: The following is a work of fiction. Any resemblance to people living or dead is purely accidental. … Especially you Jenny Beckman. … Bitch.", wiedziałem, że ten film mi się spodoba.

Wszystko, co dzieje się na ekranie jest właśnie takie niewymuszone, proste, "realne". Duża w tym zasługa nie tylko reżysera Marca Webba, który potrafił umiejętnie poprowadzić historię, ale także aktorów – Zooey Deschanel i Josepha Gordona-Levitta, którzy doskonale odnajdują się w tym filmie i sprawiają, że bohaterowie przez nich grani, są nam naprawdę bliscy. Bardzo łatwo jest się też z nimi utożsamić.

Nielinearny sposób prowadzenia historii, z przeskokami czasowymi do konkretnych momentów z życia bohaterów, także przypadł mi do gustu, a dodaktowo sprawił, że opowiadana historia ma taki nieco kronikarski zapis, co także wpływa na urealnienie opowieści.
Drugim zabiegiem, który wywarł na mnie duże wrażenie, był moment podziału ekranu na dwie części: „Oczekiwania/Rzeczywistość”. Bardzo miło oglądało się różnice pomiędzy oboma "światami", zwłaszcza, że całość kończy się pewną bardzo szokującą informacją z "rzeczywistości".

Nastrój opowieści podkreśla też dobór wykorzystanych utworów muzycznych. Są one zupełnie nienachalne, pozostają w tle; wpadają w ucho, ale nie na tyle, by skupiać na sobie całą uwagę. Doskonale tym samym uzupełniają się z obrazem. Wspaniale słucha się ich też na soundtracku (via iTunes), także szczerze zastanawiam się nad zaopatrzeniem się w oryginalną ścieżkę dźwiękową.


Nie sposób mi zawrzeć tych pozytywnych wrażeń, emocji, które zrodziły się we mnie podczas seansu, w pojedynczych zdaniach. Tutaj bardziej narzucają się pojedyncze słowa, pojedyncze sceny, obrazy. W tym filmie po prostu można się zakochać! A takie uniesienie emocjonalne nierzadko idzie w parze z mniej racjonalnym myśleniem, stąd trudność w przekuciu wrażeń w bardziej złożone zdania.
Zresztą – słowa nie zastąpią samego seansu filmowego. Ten film lepiej jest zobaczyć niż o nim czytać. Gorąco do niego zachęcam! Zwłaszcza, że sam czuję, że długo o nim nie zapomnę.

PS. Swoją drogą byłem pozytywnie nastawiony do tego dzieła już w momencie, kiedy pierwszy raz zobaczyłem reklamujący go plakat filmowy. Już plakat jest bowiem taki "prosty", "sympatyczny" i zapadający w pamięć. Zresztą obie jego wersje takie są. Wielkie brawa dla grafika/pomysłodawcy/twórcy (ze studia Empire Design i Mojo) za stworzenie takich projektów, gdyż doskonale oddają klimat tego dzieła. Są zwiastunami tych pozytywnych emocji, które przyniesie sam film.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS