RSS
 

When in Rome…

22 mar

Film Rona Howarda "Anioły i Demony" jest już drugą adaptacją książki Dana Browna z Robertem Langdonem w roli głównej.

Tym razem intryga kręci się wokół porwania czterech watykańskich kardynałów – Preferiti (głównych kandydatów na nowego papieża) oraz groźby wysadzenia całego Watykanu (oraz połowy Rzymu) w powietrze. Za zamachem stoi tajne stowarzyszenie Iluminatów, które znalazło się w posiadaniu antymaterii* – substancji, której siła rażenia jest w stanie znieść z powierzchni ziemii ogromne połacie terenu. 
Siłą napędową fabuły jest zatem uratowanie kardynałów oraz niedopuszczenie do zniszczenia stolicy kościoła chrześcijańskiego. Osobą, która ma w tym pomóc jest profesor Robert Langdon, naukowiec badający symbole, którego ostatnia praca była bardzo związana z zagadką stowarzyszenia Iluminatów. Przez cały film będziemy podążać za profesorem, podczas jego prób odnalezienia pojemnika z antymaterią, oraz uratowania porwanych kardynałów. Mają oni bowiem zostać "złożeni w ofierze na ołtarzach nauki", rozmieszczonych na terenie włoskiej stolicy. Z tego powodu, razem z Langdonem obejrzymy przepiękne zabytki Rzymu, a także dowiemy się nieco na temat ich historii.
Ekranowa opowieść jest wciągająca, a film ma niezłe tempo akcji, także kolejne sceny ogląda się z przyjemnością. Może nie z zapartym tchem, jak możnaby tego oczekiwać, ale jednak ze sporą dawką emocji i zaangażowania.
Zresztą styl prowadzenia opowieści, podobny jest do tego, który widzieliśmy już w "Kodzie da Vinci", a który jest specyficzny właśnie dla tych dwóch dzieł. Chodzi o to, że jest on zarówno szybki i wolny, w tym samym czasie. Niby wszystko dzieje się szybko i emocjonuje, jednak nie robi tego w sposób, który by "porywał z fotela" i trzymał widza w nieustającym napięciu, jak możnaby tego oczekiwać po znajomości pierwowzoru. Tutaj napięcie raczej ustaje, czy po prostu utrzymuje się na stałym poziomie, bardziej niż narasta i postępuje. Chodzi też o to, że historia wydaje się mieć większy ładunek emocjonalny i budować większe napięcie, niż zostaje to u Howarda ukazane. Nie jest jednak tak, że źle się to ogląda. Po prostu trzeba się przestawić na taki specyficzny sposób budowania (czy utrzymywania) napięcia i prowadzenia opowieści.
Aktorstwo w "Aniołach i Demonach" jest na dobrym poziomie, aczkolwiek żaden z występujących tutaj aktorów nie tworzy wybitnej kreacji, która wybijałaby się na tle innych. (Mimo, że wśród obsady są Tom Hanks, Ewan McGregor, czy Stellan Skarsgard). Wszyscy są po prostu przekonujący jako postaci, które odgrywają i zwyczajnie dobrze pasują do tej historii.
"Anioły i Demony" w wersji książkowej biły "Kod Leonarda da Vinci" na głowę, jeśli idzie o prędkość akcji, podwyższanie tętna i wciąganie w wydarzenia, których byliśmy świadkami. Historia prowadzona była też z większym rozmachem oraz szybszymi, bardziej dramatycznymi zwrotami akcji. Adaptacja ma natomiast podobny ładunek emocjonalny do poprzedniego filmu Howarda o Robertcie Langdonie. A przez to obraz już po obejrzeniu, nie zostaje na długi czas w pamięci. Jest po prostu dobry, a nie świetny, stąd szybciej z niej ucieka.
Mimo to czasu spędzonego na jego oglądaniu, nie uważam za stracony. Zwyczajnie całkiem dobrze się bawiłem podczas seansu. Sęk tkwi jednak w tym, że tylko "całkiem dobrze", a nie "wyśmienicie".
Ogólnie rzecz ujmując – chyba lepiej zabrać się za książkową wersję "Aniołów i Demonów", gdyż jest to lektura dużo bardziej emocjonująca niż jej adaptacja. Zresztą nie pierwszy to raz, gdy tak się dzieje.
PS. (*antymateria zwana jest też "boską cząstką". Za jej pomocą naukowacy CERNu chcieli stworzyć nowe źródło energii, a także rozwikłać zagadkę powstania wrzechświata. (Uważa się bowiem, że mógł on powstać w podobnych okolicznościach, co cząstki antymaterii). Jest to też kolejny ze skandalizujących wątków związanych z religią, jakie Dan Brown umieszcza w swoich książkach, a które później, w ich adaptacjach, trafiają na ekran).
PS2. Wreszcie udało mi się coś napisać o tym filmie. :) Zbierałem się z tym bowiem już od pierwszego seansu, w maju zeszłego roku, jednak dopiero ostatnie ponowne zetknięcie umożliwiło mi przelanie mojego "strumienia świadomości" na papier. (Taka uwaga z kronikarskiego puntku widzenia po prostu). ;)

 
1 komentarz

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags:

Dodaj komentarz

 

 
  1. michal.broniszewski

    9 kwietnia 2010 o 17:31

    zgadzam się – film znacznie słabszy niż książka.

     
 

  • RSS