RSS
 

(Different) Team Life

27 lip

Kilka dni przed tym jak obejrzałem kinową wersję "Drużyny A", po raz kolejny przypomniałem sobie inną adaptację serialu z lat 80-tych (właściwie to z przełomu 70-tych i 80-tych).
"Charlie’s Angels", bo o tym filmie mowa, podobały mi się jednak o niebo bardziej niż "The A-Team".

Czemu tak się stało? Z kilku powodów:
Po pierwsze – "Aniołki Charliego" przede wszystkim stawiają na humor, dopiero potem na akcję.

Takie podejście sprawia, że zaczynamy dobrze się bawić na filmie, nawet zanim dostaniemy sekwencje czystej akcji. Pomaga to również w zżyciu się z bohaterami.
Przy okazji taki sposób opowiadania historii pokazuje, że twórcy zdają sobie sprawę z zupełnej nierealności oglądanych wydarzeń, ale mówią nam tym samym: "Doskonale wiemy jak to wygląda. I tak własnie miało być".
Choć "A-Team" też miało takie przesadzone momenty, to jednak twórcy traktowali swój film zdecydowanie poważniej, często stawiając na patetyczną nutę i każąc aktorom wypowiadać "bardzo poważne zdania" zupełnie serio, bez cienia uśmiechu.

Po drugie – kwestia backstory. Choć w "Aniołkach" jest ona bardzo krótka, to jednak się pojawia i pokazuje jak to się stało, że grupa w ogóle powstała i zaczęła ze sobą współpracować.
W "Drużynie A" brakuje takiej "opowieści o początkach". Akcja pod tytułem: zatrzymałem twoje auto na środku pustyni, jest zupełnie nierealna, nie dająca zbyt wielu informacji i nie podchodzi pod prawdziwą "backstory".

Po trzecie – sekwencje akcji. Mimo, że "Aniołki Charliego" powstały w 2000 roku, to efekty specjalne i sekwencje akcji są w tym filmie dużo ciekawsze i lepiej zrobione niż w "Drużynie A", A.D 2010. Widać w nich ogromny wpływ "Matrixa", co trzeba zaliczyć na plus, gdyż wygląda to naprawdę dobrze i z dużą przyjemnością się ogląda.

Po czwarte – kwestia muzyki. Soundtrack* "Aniołków" jest po prostu doskonały. W zasadzie każdy utwór się tutaj wyróżnia, zostaje zauważony i buduje atmosferę, odpowiednią do każdej sceny. Doskonale widoczne jest to w scenach akcji, gdzie muzyka nie tylko buduje napięcie, ale i wpływa na sposób montażu, czy choreografię samej walki.
Do tego ścieżka dźwiękowa jest bardzo różnorodna. Możemy tu bowiem odnaleźć zarówno Prodigy, Fatboy Slim’a, Aerosmith, Heart, Marvine’a Gaye’a, Blink 182, jak i Destiny’s Child, Sir Mix-A-Lot’a, czy Michaela Jacksona. A to jeszcze nie wszystko! (Pełna lista utworów do odnalezienia tutaj).
Od strony muzycznej jest więc naprawdę znakomicie.

Po piąte – obsada. Cameron Diaz, Lucy Liu, Drew Barrymore, Bill Murray, Sam Rockwell, Crispin Glover, Luke Wilson, Matt LeBlanc oraz kilkoro innych. Wszyscy aktorzy występujący w "Aniołkach" sprawdzają się znakomicie. Widać też, że ogromną frajdę sprawiała im obecność na planie. Mimo, że bohaterowie są dość przerysowani, to jednak doskonale się to sprawdza w ogólnie przyjętej koncepcji.
Do tego dochodzi sam wygląd głównych bohaterek, który jest kolejnym elementem, który należy zaliczyć na plus. :)

Ogólnie rzecz biorąc twórcom "Aniołków Charliego" udało się stworzyć idealny obraz "lekki, łatwy i przyjemny", który z faktu, że sam nie traktuje się zbyt serio, uczynił swój największy atut.
Z wymienionych wyżej powodów z ogromną radością powracam do tego obrazu, mogę go szczerze polecić i wystawić ocenę 8/10. :)

 
Komentarze (4)

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. quentinho

    27 lipca 2010 o 18:20

    Tobie nie podobały się „Pozdrowienia z Paryża”, a mi „Aniołki Charliego”. :P Próbowałem dwa razy i bez skutku. U mnie, to takie 2-3/10

     
  2. Kaczy

    28 lipca 2010 o 12:00

    Ciekawe :)

    Ty mówiłeś, że w „Pozdrowieniach” jest dla Ciebie idealne poczucie humoru. Dla mnie to przedstawione w „Aniołkach” jest dużo lepsze. I pewnie dlatego mogłem tyle razy je oglądać. :)

    No cóż – widać, że gust nam się trochę różni. Ale w sumie właśnie o to chodzi w takim dzieleniu się opiniami. :)

    Pozdrawiam!

     
  3. Tom Braider

    29 lipca 2010 o 12:30

    Dla mnie film był w porządku. Na raz, ale okej. O ile „jedynkę” można obejrzeć, to nie radzę sięgać po sequel, bo jest on potworny, niektórzy nazywają go najdłuższym teledyskiem mtv i jest w tym trochę prawdy

     
  4. Kaczy

    29 lipca 2010 o 18:03

    Komentarz o najdłuższym teledysku bardzo mi się podoba. Zwłaszcza, że rzeczywiście jest w tym ziarnko prawdy. (Może nawet cała garść ziarna) ;)

    Mimo to (a może właśnie przez to?) „dwójkę” też całkiem bezproblemowo mi się oglądało. Wprawdzie ma parę naprawdę przesadzonych momentów, ale ogólnie nie jest tragicznie. To taki wakacyjny film pełną gębą po prostu. ;)

     
 

  • RSS