RSS
 

The original freak show

31 paź

W ramach przygotowań do halloweenowego odcinka "Glee", obejrzałem kultowy w USA film, który jest kanwą dla wydarzeń tego epizodu.

"The Rocky Horror Picture Show" to obraz z 1975 roku, w reżyserii Jima Sharmana.

Fabułę chyba najlepiej streszcza sformułowanie "freak show". Na ekranie przewijają się bowiem niezmiernie osobliwe, dziwne postaci, o specyficznej manierze mówienia i zachowania. Wszystkie wydarzenia wydają się natomiast mieć na celu jedynie pokazanie nietypowej natury tych bohaterów.

Film można nazwać musicalem, gdyż pojawia się tutaj wiele oryginalnych utworów*, śpiewanych przez samych bohaterów. Mimo, że sposób wykonania większości piosenek pozostawia wiele do życzenia, niektóre z nich posiadają bardzo fajną energię i dobrze się ich słucha. Są bowiem na tyle rytmiczne, że na długo pozostają w głowie.
Ciekawie wypada dynamiczny "Time Warp", a najlepszym utworem jest rockowe "Hot Patootie/Bless My Soul", śpiewane przez Meat Loafa. Aktor ma bowiem wyjątkowo ciekawy głos. Na dodatek chyba jako jedyny z całej obsady naprawdę potrafi śpiewać.

Większość postaci jest tak odrealniona i przerysowana, że aż trudno uwierzyć, by tacy bohaterowie mogli istnieć naprawdę. Z tego powodu trudno jest oceniać pracę aktorów.
Mogę natomiast zauważyć, że Tim Curry dwoi się i troi na ekranie jako "słodki transwestyta z transseksualnej Transylwanii", by jego występ szokował widza i zadziwiał go nieobliczalnością swojego bohatera. To zadanie mu się udaje, gdyż jego Frank N‘ Furter jest najbardziej szaloną postacią z całej obsady dziwaków.
Młoda Susan Sarandon jako konserwatywna narzeczona, która odkrywa radość z uciech cielesenych, wypada nieźle, choć jej bohaterka też jest przerysowana. Towarzyszący jej Barry Botswick także stara się wypaść jak najlepiej, ale trudno mu wyjść poza mielizny scenariusza, które nie dają mu nic ciekawego do robienia.
O reszcie obsady, w której skład wchodzą Meat Loaf, Richard O’Brien, Peter Hinwood, czy Patricia Quinn, nie będę się wypowiadać, gdyż ich zadaniem było jedynie dziwnie wyglądać. Wszystko w zgodzie z koncepcją "freak show".

Muszę powiedzieć, że w ogóle nie kupiłem kiczowatej, czy raczej campowej koncepcji tego filmu. Zwłaszcza, że nie dostrzegłem ciągu przyczynowo-skutkowego pomiędzy wydarzeniami. Zastanawiałem się także nad tym jakie było przesłanie tego obrazu. Wydaje mi się, że miał on pokazać proces rozkwitania wolności seksualnej. Mógł też być próbą pokazania sposobu cieszenia się z fizyczności oraz odmienności. "Mógł", gdyż nie w pełni to zadanie się udało. W mojej ocenie film jest zbyt chaotyczny, by móc przebić się z jakimkolwiek przekazem. Taka interpretacja pasuje jednak do tego, co pisali komentatorzy wpisu Billie Doux, której niedawna recenzja, zainspirowała mnie, bym wreszcie poznał to kultowe dzieło.

"Rocky Horror Picture Show" to bardzo osobliwy film, który tak naprawdę jest serią luźno powiązanych ze sobą wydarzeń i utworów muzycznych. Jest też przesadnie kiczowaty (w zgodzie ze stylem campu), a dla niektórych "tak zły, że aż dobry".

Mnie niezbyt przypadł do gustu, choć muszę przyznać, że momentami, dzięki przyjemnej, wpadającej w ucho muzyce, dobrze się na nim bawiłem. Jako halloweenowa ciekawostka sprawdza się całkiem nieźle. W ogólnej ocenie przyznaję mu więc 4/10. Muszę jednak przyznać, że nie do końca rozumiem upodobania Amerykanów.
 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags:

Dodaj komentarz

 

 
  1. bhuvan

    20 listopada 2010 o 10:16

    „Większość postaci jest tak odrealniona i przerysowana, że aż trudno uwierzyć, by tacy bohaterowie mogli istnieć naprawdę.” – poprawiłeś mi humor z rana :D

    RHPS najczęściej interpretuje się jako postmodernistyczną reinterpretację mitu wygnania z raju. Brad i Jannet jak Adam i Ewa są na początku filmu czyści i niewinni, po czym zostają sprowadzeni przez Franka (jak przez węża) na drogę grzechu i seksualnego wyuzdania. :D Ale to tylko jedna z (nad)interpretacji.

    Tak naprawdę to przede wszystkim zabawa konwencjami wszelkiego typu, pełna odniesień do kina i popkultury. Jak to w campie bywa. Ale nie każdego musi to bawić. ;)

    I nie wydaje mi się, żeby był to film z serii „tak zły, że aż dobry”. Co prawda operuje kiczem, ale z pełną świadomością. Poza tym technicznie jest zrobiony bardzo profesjonalnie.

    Pozdrawiam.

     
  2. Kaczy

    20 listopada 2010 o 21:46

    Cieszę się, że mogłem przyczynić się do poprawy nastroju na dobry początek dnia. ;)

    Pisząc to zdanie, chodziło mi o to, że nie w pełni zrozumiałem czemu bohaterowie są tacy, jacy są. Niby nie zawsze trzeba tłumaczyć czemu postaci są dziwne, jednak tutaj, w zestawieniu z zupełnym chaosem scenariusza, ułatwiłoby mi to chyba zrozumienie filmu jako całości.

    Twoja „(nad)interpretacja” bardzo mi się podoba, gdyż chyba długo musiałbym myśleć, żeby opracować coś takiego. ;)

    Mnie ten film nie przekonał do siebie, głównie z powodu niespójności scenariusza. Był to raczej zlepek małych scen niż ciąg przyczynowo-skutkowy. Nawet jeśli taki był ogólny zamysł, to mi po prostu nie w pełni się to podobało. Choć muszę przyznać, że momentami naprawdę dobrze się bawiłem. :)

    Ciekawe czy z innymi campowymi filmami miałbym podobnie? Masz jakieś ulubione filmy z tego gatunku, które możesz polecić? :)

    Dzięki wielkie za ciekawy komentarz. :)
    Pozdrawiam serdecznie!

     
 

  • RSS