RSS
 

Dark and difficult times lie ahead!

18 lis

"Harry Potter i Czara Ognia
(reż. Mike Newel, 2005) 


Zmian ciąg dalszy! Geometryczny wzrost objętości kolejnych tomów nie jest równoznaczny z takim samym wzrostem długości adaptacji. Te trzymają się raczej ograniczonych ram dwuipółgodzinnego widowiska. Z tego powodu wiele elementów musi zostać skróconych lub w ogóle wyrzuconych.
W "czwórce", mimo cięć fabularnych, wszystko nadal wygląda dobrze. Wprawdzie początkowe tempo akcji powala swoją szybkością, (w niecałe 15 minut twórcy załatwiają wydarzenia ok. 300 stron książki), to potem sytuacja się stabilizuje i tempo wydarzeń jest już bardziej wywarzone. Po przyjeździe do Hogwartu sceny już niespiesznie następują po sobie, dzięki czemu możemy napawać się każdym kolejnym wydarzeniem.
Znów jest bardzo realistyczne, dzięki czemu emocje są jeszcze wyraźniejsze.

Z każdą kolejną częścią klimat grozy jest coraz bardziej odczuwalny. Tak było w książkach, tak jest też w adaptacjach. Najbardziej widoczne jest to właśnie w tej części. Finałowe sceny na cmentarzu potrafią wywołać ciarki na plecach, a Ralph Fiennes jako Lord Voldemort jest demoniczny i niebezpieczny. Mimo, że wygląd Sami-Wiecie-Kogo nie w pełni mnie przekonał (mógłby być nieco bardziej "diabelski"), to muszę przyznać, że aktor wypada bardzo dobrze w swojej roli. Potrafi bowiem uzmysłowić widzowi czemu jego bohater budzi tak wielki strach w świecie czarodziejów.

Znakomicie bawiłem się na tym filmie. Niezmiernie podoba mi się, że stawka o jaką przychodzi grać, jest coraz wyższa, a świat przedstawiony bardziej niebezpieczny. Taki zabieg potęguje napięcie i pozwala jeszcze bardziej wczuć się w sytuację bohaterów.

Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie ponarzekał na kilka elementów. Tym razem w szczególności na dobór aktorki, grającej Fleur Delacour. Clemense Poesy średnio przypadła mi do gustu jako piękna willa pochodząca z Francji. Jej pojawienie się na ekranie nie wzbudza bowiem żadnych z emocji, które powinny otaczać tę postać. Na jej korzyść przemawia wprawdzie to, że jest francuską aktorką. Z żadnej jednak strony nie jest postacią zjawiskową. Nadal jestem zdania, że Keira Knightley sprawdziłaby się w tej roli dużo lepiej.

Drugim powodem do narzekań jest przesadzony sposób zachowania Dumbledore’a. W tej części najbardziej widać odmienne podejście twórców w sposobie ukazania tego bohatera. W jednej ze scen oglądamy bowiem wściekłego dyrektora, który zachowuje się tak, jakby miał za chwilę rozszarpać na strzępy głównego bohatera. Jest to o tyle dziwne, że powód jego wściekłości nie jest tak dramatyczny, na jaki wskazywałaby jego burzliwa reakcja. Bardzo zaskoczyło mnie takie zachowanie, tak odmienne od tego, które przejawiał Dumbledore Richarda Harrissa, czy książkowe oblicze tej postaci.

"Harry Potter i Zakon Feniksa"
(reż. David Yates, 2007) 


Części wyreżyserowane przez Davida Yatesa budzą najwięcej moich zastrzeżeń. Mam do nich wręcz dwojakie podejście. Z jednej strony daję się porwać bardzo plastycznej, filmowej wizji, podoba mi się to, co widzę na ekranie i przeżywam różnorodne emocje, budzące się we mnie podczas seansu. Z drugiej dostrzegam spłaszczenie emocjonalne i dramaturgiczne poszczególnych wątków oraz brak dwuznaczności niektórych rozwiązań na rzecz obrania tylko jednej drogi. Przypominam sobie wtedy, że rozwiązania dramaturgiczne książki były dużo ciekawsze od tych ukazanych w filmie.

Biorąc jednak pod uwagę, że adaptacje filmowe stanowią jedynie jedną z możliwości przedstawienia wydarzeń i nigdy nie są tak bogate jak świat stworzony w wyobraźni, uznaję reżyserskie starania jak najlepszego oddania klimatu powieści. Zwłaszcza, że udaje się Yatesowi stworzyć adaptację ciekawą w odbiorze. Jego obraz jest wciągający, trzymający w napięciu i budzący emocje.
Teraz to dostrzegam. Po pierwszym seansie byłem natomiast zawiedziony tym, co zobaczyłem. Tak dobrze pamiętałem książkę, że denerwowały mnie wszystkie zmiany wprowadzone przez twórcę adaptacji.
Szczególnie jedna mocno mnie wkurzyła – scena walki w Ministerstwie Magii, gdy Harry oddaje przepowiednię Śmierciożercom. W książce Potter nie zgadzał się na takie ustępstwo. W filmie już tak. Za pierwszym razem byłem tak skupiony na tym, że "przecież tak nie było!", że nie dostrzegłem, że scena poprowadzona jest w sposób, ukazujący brak alternatywy dla takiego zachowania. Harry musi podjąć takie kroki, żeby ocalić przyjaciół. Sposób prowadzenia dramaturgii pokazuje, że chłopak postępuje rozsądnie i stara się niepotrzebnie nie narażać swoich bliskich.
Po ostatnim seansie udało mi się dostrzec tę zależność. Dzięki temu zmieniłem zdanie na temat tej sceny. Muszę przyznać, że taki obrót spraw sprawdza się dramaturgicznie i dobrze wypada na ekranie. Mimo, że odbiega od wersji wydarzeń, znanej z pierwowzoru.

Najlepszym elementem "Zakonu Feniksa" jest idealnie dobrana postać Luny Lovegood. Evanna Lynch jest wręcz żywym wcieleniem tej bohaterki. Jej gra doskonale uwypukla wszystkie cechy charakterystyczne tej postaci. Jej kreacja jest najbliższa książkowej postaci, ze wszystkich które pojawiły się w filmowej serii.

Po ostatnim seansie filmowa wizja "Zakonu Feniksa" bardziej mnie do siebie przekonała i przysporzyła większych emocji niż podczas pierwszej projekcji. Pomogła w tym kwestia nie pamiętania wszystkich najdrobniejszych szczegółów, pojawiających się w powieści. Dzięki temu uniknąłem ciągłego porównywania odmienych wizji tych samych wydarzeń i zwyczajnie mogłem dać się porwać fantazji reżysera.

"Harry Potter i Książę Półkrwi"
(reż. David Yates, 2009)

Szósta odsłona Potterowej sagi cierpi na problemy z tempem. Momentami akcja idzie do przodu niespiesznie, rozwój wydarzeń jest powolny, a bohaterowie mają czas na spokojne rozmowy. Częściej jednak ważne sceny trwają zbyt krótko i wydają się kończyć zanim na dobre się zaczną. Wygląda to tak, jakby reżyser nie mógł zdecydować się w jaki sposób opowiedzieć tę historię. Akcja toczy się za wolno, bądź zbyt szybko. Nie jest wyważona.

W "Księciu Półkrwi" dostajemy dużą dawkę scen skupiających się na życiu uczuciowym bohaterów. Tak dużą, że po pierwszym seansie stwierdziłem wręcz, że jest to "komedia młodzieżowa osadzona w realiach świata Pottera". Tym razem dostrzegłem, że komediowy ton jest tylko jednym z elementów ukazanych w tej części. Za pierwszym razem rzucał mi się mocno w oczy, chyba dlatego że większość bohaterów zaczęła nagle skupiać się na życiu uczuciowym, (włącznie z Dumbledorem, który pytał Harry’ego o jego życie miłosne), a niektóre postacie (w szczególności Lavender Brown) aż szalały na ekranie.
Dodatkowo dostajemy też otoczkę związaną z seksualnością! Bohaterowie dorośli i doskonale to widać. Możemy oglądać więc pełne żądzy spojrzenia, czy usłyszeć dwuznaczne teksty, padające z ich ust. Dostajemy też dziwną scenę, ze sznurówką w roli głównej. Moment, w którym Ginny wiąże Harry’emu buta, jest bowiem pokazany w sposób, który nie pozostawia wątpliwości co do zawartego w nim podtekstu.

Tak, jak w przypadku "piątki", tutaj również jest jedna scena, która budzi moje wątpliwości, do której przekonałem się dopiero podczas kolejnego seansu. Chodzi o scenę na Wieży Astronomicznej, kiedy Harry nie robi nic, by powstrzymać dramatyczne wydarzenia, dziejące się na jego oczach. Robi to z powodu prośby Dumbledore’a i uczucia zaufania, którym go darzy; w książce natomiast – z fizycznej niemożności, spowodowanej rzuconymi na niego czarami. Podczas pierwszego seansu tak bardzo skupiłem się na tym, że "przecież w książce było inaczej!", że nie dostrzegłem, że nowe rozwiązanie sprawdza się równie dobrze, a nawet zwiększa więź emocjonalną między bohaterami.

Muszę przyznać, że dobrze bawiłem się oglądając "Księcia Półkrwi". Ubolewam jednak nad tym, że niektóre elementy zostały jedynie zaznaczone, a nie w pełni rozwinięte. (Chociażby finałowa bitwa na terenie Hogwartu). Zdaję sobie jednak sprawę, że trudno jest zawrzeć wszystkie książkowe wydarzenia w dwu i pół godzinnym filmie.

"Szóstka" budzi wiele emocji i dobrze się ją ogląda. Niestety nie porywa tak bardzo jak pierwowzór i gdzie indziej stawia akcenty. Seans "Księcia Półkrwi" pokazuje, że jeśli chodzi o adaptacje filmowe, zwyczajnie nie można mieć wszystkiego!

Kilka słów o aktorach:
Jestem pełen podziwu dla osób odpowiedzialnych za casting. W 90% przypadków udało im się dobrać idealnego aktora do roli. Każdy z aktorów, którzy pojawiają się na ekranie, staje na wysokości zadania i niemal idealnie uosabia swojego bohatera. Mimo, że nie zawsze zgadzam się co do wyglądu niektórych postaci, muszę przyznać, że wszystkie kreacje aktorskie są zwyczajnie znakomite. To wręcz małe perełki, oddające hołd oryginalnym postaciom.
Uważam, że najlepsze kreacje stworzyli: Alan Rickman (Snape), Evanna Lynch (Luna), Emma Thompson (Prof Trelawney), Richard Harris (Dumbledore w 1-2) oraz Daniel Radcliffe (Harry). Wprawdzie wszyscy aktorzy, pojawiający się w którejkolwiek części, grają wyśmienicie, jednak to tych aktorów cenię najwyżej. :)

To już chyba wszystkie informacje, którymi chciałem się podzielić. Przepraszam za lekki chaos panujący w tym wpisie. Chciałem po prostu podzielić się jak największą liczbą informacji i jak najlepiej ująć stan mojego ducha. Choć udało mi się zawrzeć główne postulaty względem każdej z części, to ogólna liczba moich myśli, związanych z tą serią, jest znacznie większa. To pokazuje ogromną siłę drzemiącą w literaturze i kinematografii. Czysta magia! :)

Na koniec chiałem jeszcze dodać, że ogromnie się cieszę z powtórzenia przygody w świecie Pottera. Już nie mogę się doczekać najnowszej odsłony! Niezmiernie się cieszę, że to już dzisiaj i że za zaledwie kilka godzin będę już w przepełnionej sali kinowej! :D Czego i Wam życzę! ;)

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS