RSS
 

Tyler Durden says Use Soap.

08 lis

"Fight Club" w reżyserii Davida Finchera to doskonała adaptacja świetnej książki Chucka Palahniuka.

Nie ma sensu, bym wspominał o czym jest ten film, nie tylko dlatego, że "Pierwsza zasada Klubu Walki to nie rozmawiać o Klubie Walki". Jest to bowiem jeden z tych obrazów, których nie daje się streścić w kilku zdaniach. On wyrasta poza wszelkie proste klasyfikacje.

Mogę powiedzieć tyle: jest to film, który zwyczajnie trzeba zobaczyć!
Chociażby dla doskonałych tekstów, które możnaby cytować bez końca. Każde zdanie który tutaj pada, jest bowiem doskonałe i zawiera ciekawą życiową prawdę.
Na zachętę przytoczę kwestię, która nakieruje Was przy okazji na ogólną tematykę obrazu: "Dopiero gdy stracimy wszystko, jesteśmy wolni, by móc zrobić cokolwiek".

Wyśmienite dialogi to jedna z wielu zalet doskonałego scenariusza. Sama fabuła jest skomplikowana i przewrotna. Roi się w niej od zaskakujących zwrotów akcji i momentów, które przyspieszają tętno. Ogromna w tym zasługa świetnego materiału źródłowego, będącego kanwą dla powstania scenariusza.
Warto zauważyć, że adaptacja jest bardzo wierna oryginałowi. Sam autor powierdział o niej wręcz: "It’s an improvement of my novel" ("To lepsza wersja mojej powieści").
Polecając film, serdecznie polecam także książkę*. Dość powiedzieć, że rozpoczyna ją jedno z najciekawszych zdań, jakie kiedykolwiek otwierały utwór literacki: "Tyler załatwia mi pracę kelnera, a potem wpycha mi do ust lufę pistoletu i mówi, że aby osiągnąć życie wieczne, po pierwsze, trzeba umrzeć". I jak tu nie wciągnąć się w taką opowieść?!

Intrygujący scenariusz to jednak nie wszystko, co ma do zaoferowania Fincherowska wizja świata stworzonego przez Palahniuka. Aktorstwo to również najwyższa półka. Edward Norton i Brad Pitt tworzą doskonały duet, który świetnie się uzupełnia, grając na mocnych stronach partnera. Ich relacja jest siłą napędową całego filmu. Aż dziw bierze, że nie nagrodzono ich prestiżowymi nagrodami. Role są po prostu mistrzowskie.
Genialnemu duetowi wtórują inni artyści przewijający się przez drugi plan – Helena Bohnam Carter, Meat Loaf, Zach Grenier. Choć grają jedynie "drugie skrzypce" dla głównych bohaterów, są niesamowicie wyraźiści, charakterystyczni i zapadający w pamięć.

Muzyka* skomponowana przez Dust Brothers jest niezwykle interesująca. Już od napisów początkowych, ekran wypełniają pełne energii rockowe utwory, które tworzą ciężką, dramatyczną atmosferę, doskonale pasującą do treści filmu. Ścieżka dźwiękowa*, zawierająca także utwory innych artystów, sprawdza się wyśmienicie.

"Fight Club" w wersji filmowej, to jeden z najciekawszych obrazów, jakie dane mi było oglądać. Jest bezkompromisowy i inny. Skłaniający do myślenia i zadający trafne pytania. Takie jak: dlaczego "chodzimy do pracy, której nienawidzimy, żeby kupować rzeczy, których nie potrzebujemy"?
Oglądanie tego filmu to genialna przygoda. Przejażdżka najszybszym rollercoasterem, z rękami wysoko uniesionymi ku górze. Dzieło idealne! Aż brakuje skali na jego ocenę, gdyż 10/10 to zdecydowanie za mało, by określić mistrzowski poziom tego obrazu. Szczerze i serdecznie polecam!

 
Komentarze (4)

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. quentinho

    8 listopada 2010 o 17:05

    To jest zajebiste kino. Po prostu ubóstwiam ten film.

     
  2. Tom Braider

    8 listopada 2010 o 17:49

    wstyd się przyznać, ale jeszcze nigdy tego filmu nie oglądałem, chociaż słyszałem o nim mnóstwo zachwyconych opinii, chyba będę musiał do wkońcu wpisać go w kolejkę i nadrobić zaległości

     
  3. Kaczy

    12 listopada 2010 o 12:53

    Zachęcam jak najserdeczniej, bo ja też, tak jak Q, po prostu ubóstwiam to dzieło! :D

     
  4. michal.broniszewski

    14 listopada 2010 o 12:59

    oj tak trzeba obejrzeć i koniecznie lepiej nie czytać za wielu recenzji przed seansem, żeby nie popsuć sobie zabawy. Lektura obowiazkowa.

     
 

  • RSS