RSS
 

Desperate times call for desperate measures.

11 lut

"127 godzin" Danny’ego Boyle’a to oparta na faktach historia miłośnika wspinaczki, który padł ofiarą niefortunnego wypadku. Podczas jednej ze swoich wypraw do kanionu Blue John, jego ręka zostaje przygnieciona przez duży głaz. Aron w żaden sposób nie może jej wyciągnąć, choć próbuje wszelkich dostępnych metod. W ten sposób zaczyna się jego walka o przetrwanie. Mężczyzna wie, że nie może liczyć na niczyją pomoc, gdyż nikomu nie powiedział dokąd się wybiera i kiedy wróci, a od najbliższej siedziby ludzkiej oddalony jest o wiele kilometrów.
Najgorsze jest to, że nie dysponuje żadnym narzędziem, dzięki któremu mógłby się zwrócić o pomoc. W jednej z pierwszych scen Aron nie dosięga bowiem do telefonu komórkowego, ani noża szwajcarskiego, leżących w szafce. Przyrządów, które bardzo przydałyby mu się w tej sytuacji.

Akcja filmu toczy się w jednym miejscu – w wąskim gardle kanionu, w którym uwięziony jest 28-latek. W zasadzie ta historia to: Aron, kanion, skała, kończące się zapasy wody, kamera oraz wyobraźnia i różnorodne wyobrażenia mężczyzny.
Mimo tak niewielkiej ilości elementów, opowieści Boyle’a niczego nie brakuje. Wszystkie czynniki, składające się na porywającą historię, znajdują się na swoim miejscu.
Montaż jest świetny. W dużej mierze to właśnie zestawienie poszczególnych scen i różnych ujęć, dodaje filmowi dramatyzmu. Doskonałym przykładem jest emocjonująca scena burzy, czy ujęcie, pokazujące jak bardzo Aron jest oddalony od swojego samochodu.
Wyjątkowo podobał mi się także pomysł, by pokazywać na ekranie zdjęcia oraz filmy, wykonywane przez samego bohatera. Zabieg ten dodaje filmowi realizmu i sprawia, że opowieść Boyle’a nabiera cech dokumentu.

Film jest poruszający. Mocno angażujemy się w historię Arona i współodczuwamy przeżywane przez niego emocje. Muszę przyznać, że podczas seansu wręcz rozbolał mnie brzuch, a po skończeniu filmu zorientowałem się, że aż się nim zmęczyłem. Scena, w której Aron podejmuje się drastycznych metod uratowania się z sytuacji bez wyjścia, jest naprawdę mocna i silnie się ją przeżywa.

Duża w tym zasługa Jamesa Franco. Aktor świetnie wypadł w swojej roli. On nie gra, on po prostu jest Aronem Ralstonem. Sposób, w jaki oddaje emocje towarzyszące uwięzionemu bohaterowi, jest szalenie realistyczny. Dzięki temu łatwo jest nam wczuć się w tę dramatyczną sytuację i doznawać silnych wrażeń.

Warto wspomnieć także o muzyce i dźwiękach, jakie pojawiają się w filmie. Dobór muzyki jest bowiem bardzo ciekawy. Często optymistyczne utwory kontrastują z dramatyzmem wydarzeń*, a w innych momentach dodają im głębi. Pozwalają wejść w psychikę bohatera i silniej odczuwać jego emocje.
Umiejętne wykorzystanie dźwięków natury oraz specyficznego montażu, sprawia, że chwilami miałem wrażenie, jak gdyby za plecami Arona miał pojawić się jakiś psychopatyczny morderca, który ukróci jego cierpienia. Wiem, że wydaje się to przesadzone i odrealnione, jednak sposób operowania dźwiękiem oraz szczególne zestawienie kadrów, budują tu dodatkowe napięcie. Dramatyczna sytuacja, w jakiej znalazł się bohater, nie sprzyja jasności umysłu, a my niejako znajdujemy się w jego roli, więc nam też zaczyna doskwierać trud tej sytuacji.

"127 godzin" to bardzo ciekawy film, który mocno oddziaływuje na widza. Stawia go w dramatycznej sytuacji bohatera, buduje z nim silną więź i daje mu przyczynę dla współodczuwania jego emocji. Dostarcza też mocnych wrażeń i zostaje w pamięci.
Obraz Boyle’a wywarł na mnie duże wrażenie. Tak duże, że w ostatecznej ocenie przyznaję mu notę 9/10. Polecam obejrzenie tej mocnej produkcji, pretendującej do Oscara w aż sześciu kategoriach.

PS. *Chodzi mi w szczególności o spokojny utwór "If I rise", w wykonaniu Dido i A.R.Rahmana, który zostaje w pamięci, gdyż stanowi kontrast dla dramatyzmu całego filmu.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags:

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS