RSS
 

Let’s go bowling!

08 lut

"The Big Lebowski" braci Coen to szalenie specyficzny i zabawny film.

Główny bohater Jeff "Dude" Lebowski to mocno "schillowany koleś"*, który uwielbia kręgle i spotkania z przyjaciółmi. Przez przypadek (i zbieżność nazwisk) trafia w sam środek afery, w którą wplątana jest jedna z najbogatszych rodzin w mieście.

Z początku prosta historia, z każdą kolejną sceną staje się coraz bardziej zagmatwana. Co chwilę wprowadzane są nowe strony "konfliktu", przez co przez większą część filmu nie wiadomo o co właściwie chodzi i dokąd to wszystko zmierza. Najlepsze jest jednak, że zupełnie to człowiekowi nie przeszkadza. Dajemy się wciągnąć w przedstawioną historię i z zaciekawieniem oglądamy poczynania głównego bohatera.

Dzieje się tak dlatego, że film przepełniony jest zaskakującymi sytuacjami, zabawnymi tekstami oraz niecodzienną filozofią życiową. Poniekąd jest to hołd dla relaksu i oddawaniu się prostym rozrywkom. Dla bohaterów najważniejszy jest bowiem relaks i spokojne podejście do życia. Dobrze oddaje to fraza "Let’s go bowling", padająca z ust przyjaciela Jeffa – Waltera, niezależnie od sytuacji, w jakiej bohaterowi się znaleźli. Nieważne, że Dude wpakował się w niezłe tarapaty i teraz kilka osób chce jego śmierci, kręgle są rozwiązaniem dobrym na wszystko.

To właśnie szczególny klimat, panujący w tym filmie, przyciąga najbardziej. Sceny są przepełnione niecodziennym, niewymuszonym humorem i sprawiają, że na naszych twarzach często widnieje uśmiech.

Duża w tym zasługa totalnie zrelaksowanego, niezobowiązującego stylu gry pierwszoplanowych aktorów. Jeff Bridges i John Goodman z łatwością wcialają się w swoich bohaterów. Wydaje się wręcz, że granie takich postaci to dla nich czysty relaks.

Szczególnie dobrze wygląda zestawienie luzackiego stylu bycia bohaterów z bardziej "spiętymi i oficjalnymi" charakterami innych postaci. Najzabawniejsze wydały mi się sceny z udziałem Julianne Moore. Jej oficjalny ton kontrastował bowiem ze słowami wychodzącymi z jej ust. Nieźle wypadł również Phillip Seymour Hoffman jako asystent "drugiego Lebowskiego", który próbuje naśladować styl mówienia Jeffa, by lepiej się z nim porozumieć. Bardzo zabawni są także John Torturo i Peter Stormare, jako pojawiający się w epizodach Jesus i Nihilista.

Mocną stroną filmu jest także bardzo dobry soundtrack*, zawierający wiele ciekawych, znanych i wpadających w ucho piosenek. Można wręcz powiedzieć, że to taka "laurka na cześć muzyki z przed dekad". Wszystkie utwory dobrze wypadają na ekranie, zwłaszcza, gdy towarzyszą im interesujące wstawki ze świata snu. Sekwencje marzeń sennych, w których Jeff lata nad miastem, bądź tańczy z Maude, wyglądają naprawdę ciekawie i zabawnie. Uwypuklają także niecodzienny styl prowadzenia historii.

Muszę przyznać, że dobrze bawiłem się oglądając ten film. Głównie dlatego, że już dawno nie widziałem tak specyficznego, wręcz "abstrakcyjnego" obrazu.
Wydaje się, że historia samodzielnie się snuje, a wydarzenia następują na zasadzie "co będzie, to będzie". Sprawia to wrażenie, jakbyśmy patrzyli na świat oczami Waltera. Nic nie jest skomplikowane, a problemy są łatwe do rozwiązania. Niczym nie należy się przejmować. Biorąc pod uwagę pewien dramatyzm przedstawionych wydarzeń, taka odmienna perspektywa jest bardzo ciekawa.
Film mi się podobał i uważam, że zasługuje na notę 7/10. Seans "Big Lebowskiego" pomaga się rozluźnić i chociażby dlatego warto ten film zobaczyć. ;)

PS. Fajnym plusem jest polskie pochodzenie głównych bohaterów :)
PS2. (* – skoro Jeff każe na siebie mówić "Dude" (Koleś) to jak najbardziej w porządku jest taka współczesna charakterystyka, nie uważacie?) ;)
PS3. Tom, dzięki serdeczne za polecenie filmu. :)

 
Komentarze (5)

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. Tom Braider

    8 lutego 2011 o 19:35

    Chyba najlepszy film braci Coen. Nawet obsypany Oscarami „No Country For Old Men” nie może się z tym równać. Kwintesencja luzu i jeden z najważniejszych filmów lat 90-tych.

     
  2. quentinho

    8 lutego 2011 o 23:20

    Pozwolę się nie zgodzić. W mojej opinii najlepszymi filmami Coenów są bezapelacyjnie „FARGO” i wspomniany „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Uważam je za prawdziwe arcydzieła i umieszczam je zawsze w swoim topie najlepszych obrazów w historii. „Big Lebowski” takiego wrażenia na mnie nie zrobił… Podobnie zresztą, jak „Prawdziwe Męstwo”

     
  3. Tom Braider

    9 lutego 2011 o 15:24

    Fargo rzeczywiście było dobrze i tym bardziej przerażające bo przedstawiało prawdziwą historie. Jeśli chodzi o No Country For Old Men – naprawdę był dobry, ale zakończenie zostawiało jakiś taki niedosyt, podobnie zresztą jak to zrobił Serious Man, niezbyt mi się podobało, że akcja tak nagle się urwała i tyle.

     
  4. Kaczy

    9 lutego 2011 o 23:29

    Ja na razie nie mogę się jeszcze wypowiedzieć, bo dopiero rozpocząłem swoją Coenową przygodę. ;)

    „Fargo” ściągnąłem sobie zaraz po obejrzeniu „Big Lebowskiego”, także za jakiś czas na pewno obejrzę. I wtedy będę mógł się ustosunkować. :)

    Pozdrawiam!

     
  5. quentinho

    10 lutego 2011 o 15:05

    Czy ja wiem, czy nagłe? W „To nie jest kraj dla starych ludzi” jest zakończenie w postaci słów postaci granej przez Tommy’iego Lee Jonesa i uważam, że to naprawdę kapitalna końcówka.

     
 

  • RSS