RSS
 

Royal Distress

09 lut

"The King’s Speech" w reżyserii Toma Hoopera to interesujący film, ukazujący historię powszechną w bardzo nietypowy sposób.

W centrum wydarzeń znajduje się Albert Frederick Artur George, książę Yorku. Człowiek, który zmaga się ze swoją szczególną przypadłością – jąkaniem się.
Jego powinności rodzinne sprawiają, że musi wygłaszać przemówienia publiczne, a co za tym idzie – walczyć ze swoją przypadłością.
Żaden z lekarzy, których porady zasięgał książę Albert, nie był w stanie pomóc w rozwiązaniu tej palącej kwestii. Sprawa staje się o tyle poważna, że Albert wkrótce stanie się królem, co będzie wiązało się z częstymi wystąpieniami publicznymi.
Nieoczekiwanie na jego drodze stanie Lionel Logue, logopeda z Australii, którego niekonwencjonalne metody leczenia mogą okazać się skuteczną terapią przypadłości przyszłego króla.

Film w ciekawy sposób pokazuje kulisy monarchii brytyjskiej w przeddzień wybuchu II wojny światowej. Wydarzenia historyczne stanowią jedynie tło dla głównej osi fabularnej filmu – zmagań jednego człowieka, próbującego zwalczyć mankamenty własnego ciała i psychiki.
Dylematy państwowe stanowią wprawdzie ważną część tej historii, ukazane są jednak w sposób, który nadaje im drugorzędną rolę. Bardzo interesująco wygląda to w scenie finałowej, (Spoiler?) w której udana przemowa zostaje przyjęta i oklaskiwana niemal tak, jak koniec wojny. (End of Spoiler)

Film ogląda się wyśmienicie. Ogromna w tym zasługa ciekawego scenariusza. Prym wiodą tu intrygująco napisane dialogi, a w szczególności zdania wypowiadane przez Lionela. To one najczęściej sprawiają, że uśmiech sam pojawia się na twarzy człowieka. Wiele jest też momentów, w których możemy wybuchnąć gromkim śmiechem.

Drugim, jeszcze ważniejszym składnikiem sukcesu tego filmu, jest ogromna umiejętność reżysera (oraz scenarzysty) w uchwyceniu dramatyzmu w zwyczajnych, codziennych sytuacjach. Przygotowania do przemowy króla pokazane są bowiem w przyciągający uwagę, pełen silnych emocji sposób. Sama przemowa natomiast ukazana jest jak nierówna walka, starcie słabszego z silniejszym.
Film Hoopera uzmysławia, że wystarczy dobra historia i ciekawy sposób jej pokazania, by oczarować widza i zapewnić mu dobrą rozrywkę.

Przyjemność z seansu wzmacnia także wyśmienita gra aktorska. Bohaterowie są wyraziści i zagrani z dużą gracją i pasją.
Colin Firth świetnie wczuwa się w człowieka z wadą wymowy. Robi to w tak wiarygodny i naturalny sposób, że nawet przez moment nie myślimy, że jedynie wciela się w swoją postać. Po prostu tak "płynnie się jąka" (zasłyszane w kinie), że już po paru chwilach w pełni nas swoją kreacją kupuje. Świetna rola. Rzeczywiście godna honorów, które otrzymuje.

Geoffrey Rush także wypada przekonująco, a charyzmatyczny charakter jego bohatera oraz liczne przezabawne wypowiedzi, padające z jego ust, są chyba najciekawszym elementem tego obrazu. Wielka w tym zasługa umiejętności aktora, który prostymi środkami i wręcz minimalistyczną grą był w stanie stworzyć intrygującą postać.

Relacja, jaka rodzi się pomiędzy Bertiem, (jak księcia nazywa nauczyciel), a Lionelem, jest jednym z głównych motorów napędowych całej historii, a Colin Firth i Geoffrey Rush świetnie razem wypadają na ekranie.

Reszta obsady radzi sobie przyzwoicie, jednak nie są to kreacje porównywalne z duetem Firth-Rush. Helena Bohnam Carter, Michael Gambon, czy Guy Pierce zwyczajnie dobrze odnajdują się w swoich rolach. Na dodatek uzupełniają doskonałe poczynania pierwszoplanowych aktorów. Nie zabierają im światła, a wręcz pomagają rozbłysnąć.

"The King’s Speech" to bardzo interesujący obraz, ukazujący odmienne oblicze historii powszechnej. Pokazujący, że pomysłowość twórców oraz ciekawe ujęcie tematu, potrafią wyciągnąć wiele emocji nawet z opowieści, która na pierwszy rzut oka wydaje się mało dramatyczna, czy wręcz nudna.

Muszę przyznać, że dostrzegam przyczynę nominowania filmu do wielu prestiżowych nagród. To po prostu wysoka filmowa półka. Mam jednak nadzieję, że obraz Hoopera nie zgarnie wszystkich Oscarów, do których jest nominowany, gdyż produkcji, które powinny zostać wyróżnione, jest bardzo wiele.

W mojej ocenie "Jak zostać królem" to solidne 8,5/10. Film podobał mi się bardziej niż "Królowa" z przed kilku sezonów (również nominowana za "najlepszy film"), jednak mniej niż świetne "The Social Network", czy crème-de-la-crème zeszłego roku – "Incepcja" Christophera Nolana, czyli filmy, z którymi "Król" konkuruje o miano, nomen omen, "króla 2010 roku".

 
Komentarze (4)

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags:

Dodaj komentarz

 

 
  1. quentinho

    11 lutego 2011 o 11:25

    Pamiętam, że również mocno czekasz na „X-Men: First Class”. Widziałeś już trailer? Od północy jest dostępny. Wrzuciłem do siebie. Zapowiada się bardzo dobrze!

     
  2. Kaczy

    11 lutego 2011 o 12:50

    Dobrze pamiętasz! :)
    Trailera jeszcze nie widziałem, ale z chęcią zobaczę. Zwłaszcza, że mówisz, że zapowiada się przyzwoicie! :)
    Dzięki serdeczne! :)

     
  3. michal.broniszewski

    18 lutego 2011 o 15:16

    dla mnie na razie najlepszy film 2011 roku.Ciekawe czy Colin dostanie Oscara, choć jest raczej pewniakiem.Ja miałbym jednak mały dylemat pomiędzy nim a Eissenbergiem.

     
  4. Kaczy

    21 lutego 2011 o 18:47

    No proszę! Aż tak Cię wzięło?! :)
    Mi też bardzo się podobał, ale wylądował jednak na pozycji trzeciej, jeśli idzie o najlepszych w 2011. „Czarny Łabędź” i „127 godzin” podobały mi się bowiem bardziej. Kupiły mnie swoją szczególną stylistyką i interesującym podejściem do tematu. :)

    Ja też mam przecucie, że to właśnie Colin zostanie nagrodzony. Trzymam jednak kciuki za Eisenberga, chociażby dlatego, że nie jest „murowanym faworytem”, a zagrał przecież doskonale. :)
    Natomiast po „Królu” mocno kibicuję Rushowi, bo jego bohater podobał mi się w tym filmie najbardziej. :)

    Zobaczymy jednak jakie będą wyroki Akademii. ;)

     
 

  • RSS