RSS
 

Schematic.

09 mar

"I Am Number Four" D.J’a Caruso to kolejna adaptacja książki dla młodzieży, która mogłaby stać się początkiem nowej serii filmów, gdyby tylko "jedynka" okazała się sukcesem. Niestety, w większości wypadków o taki sukces trudno. W tym przypadku jest podobnie. (Szokujące :P)

"Jestem numerem cztery" to obraz opowiadający o kosmicie (sic!), którego rodzinna planeta została zniszczona, a on sam ukrywa się na Ziemi przed bandą "Złych", którzy tego zniszczenia dokonali. "Źli" polują bowiem na Dziewięciu Ocalałych z katastrofy. Chcą wykończyć ich, jednego po drugim. Zabili już trzech. Nasz bohater "jest numerem cztery", (stąd tytuł. Sprytne, nie? :P).

Obraz D.J’a Caruso jest mieszanką motywów z innych dzieł popkultury, nie wnoszącym nic nowego do ogranego tematu młodych bohaterów, posiadających jakieś nadprzyrodzone umiejętności.

Szczerze mówiąc – ten film to klisza na kliszy. Scenarzyści nie próbowali nawet wprowadzać innowacji do motywów, z którzych korzystali, tylko "brali je jak leci". Kiedy więc bohater trafia do nowej szkoły, oczywiste jest, że zbrata się z "loserem", którym wszyscy pomiatają i zakocha się w najładniejszej dziewczynie w szkole. (Nota bene – byłej ukochanej "największej gwiazdy" tej placówki). Nie będzie w pełni dogadywać się ze swoim Opiekunem, ale gdy (Spoiler?) ten zginie w nieprzyjemnych okolicznościach, Bohater będzie chciał pomścić jego śmierć i zacznie wreszcie korzystać z udzielanych przez niego rad. (End of Spoiler). I tak dalej. (Więcej schametów wychwyciła w swoim wpisie ratyzbona).

Muszę jednak przyznać, że podczas seansu całkiem dobrze bawiłem się wychwytując kolejne klisze i przyporządkowując je do filmów, z których dany motyw zaczerpnięto. Podczas seansu dopatrzyłem się powiązań z takimi obrazami, jak "Gwiezdne Wojny", "Władca Pierścieni" (śmierć Mentora), "Spiderman" ("With great power comes great responsibility" wypowiedziane innymi słowami), czy "Superman" (Ocalony z zagłady planety, posiada nadprzyrodzone moce). Znalazło się tam jeszcze wiele innych motywów, zaczerpniętych z innych filmów, te jednak uznałem za najciekawsze.

Największym błędem "Numeru Cztery" jest bardzo długi czas rozkręcania historii. Niemal 3/4 obrazu Caruso to wprowadzenie do opowieści, w którym nic szczególnego się nie dzieje. Ot, bohaterowie przemieszczają się z miejsca na miejsce i prowadzą jałowe dyskusje. Przez większość czasu nic nie wynika z wydarzeń, które oglądamy na ekranie. Dopiero ostatnie pół godziny przynosi upragnione momenty akcji. Te jednak nie grzeszą innowacyjnością i też przywodzą na myśl inne filmowe produkcje, (chociażby "Underworld").

Nie będę się zbytnio rozwodzić nad poziomem gry występujących w filmie aktorów. Tego typu produkcje nastawione są bowiem na pewien specyficzny typ gry i gwiazdy tego filmu zwyczajnie podpadają pod ten schemat. Główny bohater, grany przez Alex Pettyfyer’a jest więc odpowiednio zagubiony i niepewny. Dziewczyna będąca obiektem jego uczuć (w tej roli znana z "Glee" Diana Agron (miło ją zobaczyć w nowym środowisku)) – słodka i miła. Przyjaciel – dziwny. Opiekun (niezły Timothy Olyphant) – wymagający i troszczący się. Wrogowie są zaś "źli", nawet z wyglądu (czerń i te klimaty). Jest jeszcze "Pomocnica", która ratuje bohaterów w ostatniej chwili. Grająca ją Teresa Palmer, czyli Numer Sześć wypadła chyba najciekawiej ze wszystkich postaci. A to i tak głównie dlatego, że "fajnie się dziewczyna bije".

Zaskakująco – muzyka wypada całkiem przyzwoicie. Mam wrażenie, że dobór utworów pasuje do opowieści skierowanej do młodej widowni. Ścieżkę dźwiękową wypełniają bowiem przyjemne dźwięki alternatywnego rocka, które szybko wpadają w ucho. Możliwe jednak, że dałem się złapać na haczyk, jakim było rozpoczęcie obrazu utworem "Radioactive", jednego z moich ulubionych zespołów – Kings of Leon*, więc nie musi to być wiarygodna opinia. ;)

"Jestem numerem cztery" to film, o którym łatwo zapomnieć zaraz po wyjściu z sali kinowej. "Odmużdżacz" w czystej postaci. Muszę jednak przyznać, że ostatnio akurat miałem ochotę na taki niewymagający i właśnie "odmużdżający" film. Podczas seansu miałem natomiast dobry humor. Jestem więc skłonny wystawić filmowi Caruso notę 4,5/10. (Więcej wyciągnąć się nie da!)
Obraz Caruso daje się oglądać. Zwłaszcza, gdy nastawicie się na schematyczny film o młodocianych superbohaterach. Nie mogę jednak powiedzieć, bym szczególnie polecał jego seans. Chcę tylko zaznaczyć, że jeśli zdecydujecie się na ten krok, projekcję da się przeżyć. :)

Niemniej jednak "I Am Number Four" to kolejny obraz z taśmy produkcyjnej filmów młodzieżowych, opartych na popularnej serii literackiej, którą wytwórnie chcą przenieść na duży ekran, by zapełnić lukę po kończących się serialowych gigantach. ("Harry Potter", "Zmierzch").

Dotychczasowe próby (m.in "Percy Jackson", "Złoty Kompas", czy "Vampire’s Assistant" okazały się fiaskiem). Wszystko wskazuje na to, że z "Numerem Cztery" będzie podobnie. Ciekawe czy w końcu komuś się uda?! ;)

PS. Choć poprzednie filmy D.J’a Caruso ("Disturbia", "Eagle Eye") nie były arcydziełami, to stanowiły jednak rozrywkę na całkiem przyzwoitym poziomie. Może reżyser powinien pozostać przy próbie młodzieżowego spojrzenia na klasyczne filmy Hitchocka (fabuła obu produkcji wydaje się być osnuta na kanwie pomysłów Mistrza), zamiast naśladować inne nie do końca udane adaptacje książek dla młodzieży? Takie filmy wychodzą mu bowiem zdecydowanie lepiej.
PS2. * Swoją drogą – ciekawe, że Kingsi mogli zgodzić się, żeby ich utwór trafił do takiego filmu, a na wykorzystanie w "Glee" mówią już stanowcze nie.

 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags:

Dodaj komentarz

 

 
  1. michal.broniszewski

    15 marca 2011 o 13:58

    muszę obejrzeć, bo też lubię tak czasami coś słabsze oglądnąć:))

     
  2. Kaczy

    15 marca 2011 o 22:47

    :)
    Jak się ma odpowiedni nastrój to ten film może być naprawdę strawny. ;)

     
 

  • RSS