RSS
 

Flawed.

28 kwi

"X-Men Geneza: Wolverine", czyli film o początkach jednej z najciekawszych postaci imerium Marvela, powinien być obrazem porywającym, emocjonującym i pełnym napięcia. Do tego obdarzonym dużą ilością zaskakujących zwrotów akcji. Filmem, który wgniata w fotel i oczarowuje swoją wizją już od pierwszych minut.
Niestety, kolejna część "X-Menowej" sagi jest filmem jedynie poprawnym, zachowawczym, nieco chaotycznym i niestety także "lekko niedorobionym". Ale po kolei.

Na wstępie chciałem zaznaczyć, że jestem wiernym fanem kinowej wersji opowieści o mutantach, a jej drugą odsłonę – "X-Men United" zaliczam do swoich ulubionych filmów. Seria przyciągnęła mnie swoim interesującym klimatem, nietypowymi bohaterami(!), świetnymi efektami specjalnymi oraz ciekawie poprowadzoną historią.
Powiedziawszy to wszystko, mogę przejść do opisu "Genezy".

Historia zaczyna się dobrze. W 1845 roku Logan, (znany wtedy jako James), w przypływie złości orientuje się, że posiada specyficzne umiejętności. Oto z jego dłoni wychodzą trzy długie kości, które potrafią przebić ludzką skórę i zadać ból. W wyniku niefortunnych wydarzeń w rodzinnym domu, Logan wraz z bratem(!) uciekają, nie oglądając się za siebie. Sekwencja początkowa, wraz z napisami, pokazuje udział braci we wszystkich wojnach prowadzonych przez Stany Zjednoczone na przełomie 130 lat. Szybki montaż wydarzeń kończy się w momencie, gdy bracia zostają "zatrudnieni" do projektu prowadzonego przez Williama Strykera. Złożona z mutantów Drużyna X działa z polecenia Strykera i nie waha się przed mordowaniem ludzi, gdy szef jednostki sobie tego zażyczy. Logan nie zgadza się jednak na bezsensowne zadawanie bólu niewinnym ludziom, więc odchodzi z grupy. W tym momencie kończy się prolog tej historii. A z nim dobry poziom tej produkcji.

Później film staje się bardzo nierówny. Niezłe sekwencje akcji zostają zestawione z zupełnie niepotrzebnymi i nieciekawymi momentami.

Co zawiodło?
1. Mało porywająca historia.
Miłość i zemsta mogłyby być dobrymi motorami działania dla bohatera, gdyby nie fakt, że uczucie między rozdzielonymi kochankami, zagrane jest zupełnie beznamiętnie.

Zawodzi też wprowadzenie "uładzonych" elementów opowieści. Logan ucieka z placówki Strykera i wpada na… dobroduszną i prostolinijną rodzinę, która z chęcią mu pomoże. Serio?

2. Geneza imienia.
Historia imienia tak ważnego bohatera, jak Wolverine, powinna być odpowiednio mroczna, zaskakująca i godna zapamiętania. To, co zaprezentowano nam w filmie, zupełnie nie spełnia tych oczekiwań. No, bo kto wymyśla takie rzeczy jak: "Rosomak – Kochanek Księżyca (sic!), oszukany przez bogów"?!

3. Nieciekawe postacie.
Można wprawdzie powiedzieć, że ten film miał należeć do samego Wolverine’a, ale żeby od razu otaczać go nudnymi bohaterami? W zasadzie wszyscy członkowie Drużyny X, do której na początku należał, są postaciami nie przykuwającymi uwagi i niegodnymi zapamiętania. A na dodatek zanim na dobre ich poznamy, ci zdążą już zginąć.
Natomiast bohaterowie, którzy wydają się nieco ciekawsi, (jak Victor, czy Gambit), rzadko pojawiają się na ekranie. Zupełnie nietrafiona decyzja.

4. Komiksowe przerysowanie bohaterów.
W szczególności zarzut ten dotyczy Agenta Freda Dukes’a, czyli "Bloba". W ogóle nie podobał mi się ten bohater, wyglądający jak żywcem wyciągnięty z kreskówki. Niby cali "X-Meni" są oparci na komiksie, ale jakoś wcześniej udawało im się nie przekraczać granicy dobrego smaku. Tutaj dali radę.

5. Słabe efekty specjalne.
W największym stopniu chodzi mi o scenę, w której z bliska oglądamy szpony Wolverine’a. Takie ujęcia powinny pokazywać precyzję wykonania kluczowych atutów głównego bohatera, a nie zaskakiwać "jakością" marnych wklejek w photoshopie.

6. Scenariusz i reżyseria.
(w zasadzie punkt, z którego wynikają wszystkie poprzednie).
Wygląda na to, że wprowadzenie "nowych graczy", zupełnie niezwiązanych z serią, było sporym błędem. Scenarzyści David Beniof i Skip Woods oraz reżyser Gavin Hood wydają się nie podchodzić do swojego bohatera z należytym "szacunkiem", z jakim traktowali go poprzednicy, skoro przyzwolili na to, by w filmie pojawiło się wszystko to, co wymienione w puntkach powyżej.


Może podchodzę do sprawy zbyt ostro, ale pisząc te słowa dociera do mnie jak bardzo zmarnowano potencjał wyjściowy tego filmu. Zamiast postawić na mroczne początki jednego z najbardziej charakterystycznych bohaterów komiksowego świata, twórcy poszli na łatwiznę i stworzyli historię niegodną tak ciekawej postaci.

Na szczęście aktorstwo jest niezłe.
Hugh Jackman po raz kolejny dobrze odnajduje się w swojej roli. Widać, że już zżył się ze swoją postacią i granie Logana przychodzi mu bardzo naturalnie. Szkoda tylko, że tym razem jego bohater jest zaskakująco mało rozbudowany.
Partnerujący mu Liev Schreiber wypadł przyzwoicie i wiarygodnie. Czuć w nim wewnętrzną dzikość, która kieruje jego bohaterem.
Dobrze sprawdzili się także Taylor Kitsch (Gambit) i David Huston (Stryker). Reszta obsady wypadła już zdecydowanie słabiej. Na szczęście od ich występów nie zgrzytają zęby, jednak trochę szkoda, że pozostali bohaterowie są mało charyzmatyczni.

Jak widać – "Wolverine" mocno mnie zawiódł. Bo choć jest tu kilka niezłych scen, czy ciekawych pomysłów, niestety film jako całość, jest jedynie poprawny. Podczas seansu nie czułem ekscytacji, która towarzyszyła poprzednim odsłonom serii.

"Geneza" to najsłabsza część sagi. Obraz z zupełnie niewykorzystanym potencjałem. Na dodatek pozostawiający otwarte zakończenie dla wielu bohaterów, jak gdyby zabezpieczając im ścieżkę dalszej kariery. Sprawia to jednak wrażenie "niedomknięcia" historii i braku pomysłu na rozwiązanie wątków niektórych bohaterów.
W ostatecznej ocenie przyznaję "Wolverinowi" notę 5/10. (Wydawać by się mogło, że to nie taka zła ocena. Biorąc jednak pod uwagę, że jest to znaczny spadek względem poprzednich części, ("jedynka" 8,5/10, "dwójka" 9/10, "trójka" 7/10), to daje się zobaczyć znaczny spadek formy).

Pozostaje mieć nadzieję, że kontynuacja "Genezy", czyli film "The Wolverine" będzie już produkcją na wysokim poziomie, traktującą początki tej postaci z należytym "namaszczeniem". Wybór reżysera sprawia, że optymistycznie patrzę w przyszłość i oczekuję widowiska z prawdziwego zdarzenia. Uważam, że Darren Aronofsky(!) wyciśnie z tej opowieści wszystkie niezbędne emocje.
[EDIT: Od momentu, w którym napisałem ten tekst, do chwili, w której go umieszczam, Aronofsky zrzekł się stołka reżyserskiego. :( Na dodatek ciągle nie wiadomo kto go zastąpi. :( "Źle się dzieje w państwie duńskim". :( ]

Szczerze liczę też, że najnowsza odsłona serii: "X-Men: First Class", powróci do dobrego poziomu oryginalnej trylogii i przywróci moją wiarę w dobry poziom kontynuacji "Volverine’a".

 
Komentarze (4)

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. Windsor

    30 kwietnia 2011 o 13:06

    Witam,

    Świetny artykuł. Dobrze Pan pisze. Mam dla Pana propozycje. Proszę o kontakt, GG: 9426861

     
  2. quentinho

    30 kwietnia 2011 o 23:30

    Ja tam „Genezę” lubię. Oglądało mi się naprawdę bardzo dobrze, a zaliczyłem już trzy seanse.

    Co do następnej części. Aronofsky’iego bardzo szkoda, ale i tak FOX by mu się wpieprzał w całość projektu. PRzejmie to jakiś zwykły rzemieślnik i dostaniemy efekciarską komiksową bajkę, czyli standard. Szkoda, bo Darren dałby nam świetne kino.

    Nie wiem, czy byłeś u mnie, ale naprawdę polecam seans „THORA”. Świetne kino.

     
  3. Kaczy

    1 maja 2011 o 12:03

    -> Windsor:
    Witam serdecznie na blogu. Miło mi słyszeć, że teksty się podobały.
    Moje GG szwankuje, także wysłałem do Pana maila. :)

     
  4. Kaczy

    1 maja 2011 o 12:04

    -> Quentinho:

    Cieszę się, że Ci się podobało. :)
    Ja natomiast podczas dwóch seansów nie mogłem się pozbyć myśli, że urywki historii Wolverine’a w „dwójce”, były dużo ciekawiej przedstawione.

    Wiele oczekiwałem po tym filmie, dlatego nie podobało mi się, gdy okazało się, że twórcy podjęli temat jedynie „na pół gwizdka”.
    Nie przekonało mnie uczucie pomiędzy Kaylą, a Loganem. Nie czułem między nimi „chemii”. A na pochodzenie imienia aż oniemiałem. Wydało mi się ono zbyt romantyczne, zbyt dziwne; nieprzystające do mrocznego charakteru tego bohatera.

    W ogóle chciałem czegoś mroczniejszego, pokazującego zagubienie i odosobnienie bohatera, jego walkę o przetrwanie oraz bój toczony z samym sobą, gdy zastanawia się czy uśmiercić swoich przeciwników, czy może darować im życie.

    Poza tym byłem mocno zaskoczony tym, że wytwórnia nie zdecydowała się dopiąć efektów specjalnych na ostatni guzik. Wiem, że był wyciek materiału bez efektów, który cieszył się ogromną popularnością, ale to nie jest powód, by oszczędzać na produkcji ostatecznego „produktu”, skoro są pieniądze w budżecie na jego „dopieszczenie”. Byłem zawiedziony takim podejściem.

    Może po prostu zbyt wiele oczekiwałem przed seansem, dlatego byłem zawiedziony tym, co otrzymałem?
    Jedno jest pewne – nie porwało mnie, tak jak wcześniej.

    Co do części drugiej, to zgadzam się, że Fox na pewno by się wtrącał i kazał robić rzeczy na ich sposób. Pewnie dlatego Darren zrezygnował/został zwolniony – za bardzo chciał przepchnąć swoją wizję.
    Wydaje mi się jednak, że jest jeszcze nadzieja. Mówi się, że „The Wolverine” ma być takim powrotem do korzeni, „nowym początkiem”. To oznacza, że scenariusz musi być dobrze spreparowany. A jeśli wytwórnia nie będzie oszczędzać na efektach i zatrudni dobrych aktorów, to może wyjść z tego coś ciekawego. Mam nadzieję. :)

    W kwestii Thora natomiast – tak, tak – wybieram się, recenzję widziałem, specjalnie nie czytałem, żeby za wiele sobie nie zdradzać. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie uda mi się już zobaczyć, więc na pewno podzielę się wrażeniami. :)
    Nota bene – ten tekst nieprzypadkowo umieściłem właśnie teraz. ;)

     
 

  • RSS