RSS
 

Unleashed potential (?)

09 kwi

"Limitless", czyli opowieść o tym co by było, gdyby człowiek mógł wykorzystywać pełny potencjał swojego mózgu, jest filmem niewykorzystanych możliwości.

Główny bohater – niespełniony pisarz, przechodzący kryzys twórczy, staje się przez przypadek posiadaczem nietesetowanego i niesprawdzonego leku/narkotyku NZT, który wpływa na wzmocnienie pracy mózgu.
Kiedy Eddie bierze przezroczystą tabletkę, czuje, że jego możliwości są nieograniczone; że ma dostęp do każdej informacji, którą kiedykolwiek, nawet pobieżnie, widział na oczy. Umożliwia mu to sprawne kojarzenie faktów i wykorzystywanie nabytej wiedzy do tworzenia nowych projektów.

Możnaby pomyśleć, że z nieograniczonymi możliwościami, mężczyzna będzie chciał zająć się czymś więcej niż tylko byciem maklerem giełdowym. Niestety, twórcy filmu przez większość czasu opowiadają nam właśnie o takich poczynaniach bohatera. Mówi się tu wprawdzie, że działania maklerskie są tylko po to, by zdobyć pieniądze i móc wspinać się na szczyt. Szkoda jednak, że scenarzyści ograniczyli akcję swojego dzieła tylko do tego momentu, jedynie zaznaczając do czego działania Eddiego doprowadzą go w przyszłości. Mam bowiem wrażenie, że późniejsze wydarzenia, (Spoiler?) związane z kandydaturą na prezydenta, mogłyby być ciekawsze. Szkoda, że ten pomysł został jedynie zaznaczony, a nie w pełni rozwinięty. Swoją drogą – czyż to nie taki American Dream – największym osiągnięciem życia jest zostać prezydentem USA? (End of Spoiler!)

Największym problemem obrazu Neila Burgera jest jego wielowątkowość. Oczywiście nie ma nic złego w tym, że w filmie przewija się kilka różnych wątków, związanych z głównym bohaterem. Gorzej, że większość z nich zostaje przerwana w połowie. Tym samym ich potencjał nie zostaje w pełni wykorzystany. Twórcy wrzucają wiele pomysłów do jednego worka, rozpoczynają wątki, po czym ich nie kończą, przechodząc po prostu do innych koncepcji. Tym sposobem ciekawe wątki rodem z dramatu społecznego, horroru, a nawet filmu o zgubnym działaniu narkotyków, szybko przestają obchodzić twórców, oddając miejsce średnio interesującym motywom zaczerpniętym z drugorzędnego filmu akcji. W pewnym momencie scenarzyści poszli bowiem na dużą łatwiznę, (wychodząc chyba z założenia, że co sprawdzone i najprostsze = najlepsze), jednym z głównych bad-gayów, czyniąc… rosyjskiego gangstera (sic!).

Jest jednak jedna rzecz, która twórcom "Limitless" się udała! Jest nią ciekawy zabieg formalny, związany ze specyficzną pracą kamery, gdy środek ekranu porusza się szybciej niż otaczającą go ramka. Wygląda to naprawdę intrygująco, przez co te sekwencje wywarły na mnie spore wrażenie.

Grający pierwsze skrzypce Bradley Cooper nie jest w tym filmie na tyle charyzmatyczny, by udźwignąć jego ciężar na własnych ramionach. Bo choć widać, że stara się grać jak najlepiej, scenariusz uniemożliwia mu pełne rozwinięcie skrzydeł.
Muszę przyznać, że wolałem go już bardziej w drugoplanowej roli w "Przypadku 39" (filmu z Renee Zelweger, który miał być thrillerem, a okazał się horrorem, w momencie gdy stado szerszeni zaczęło wyłazić spod skóry Bradleya i pożerać go żywcem), czy "Kac Vegas", który otworzył mu drogę do kariery.

Na miejsce Roberta de Niro możnaby natomiast zatrudnić jakiegokolwiek innego aktora, gdyż postać Carla van Loona nie jest na tyle wyrazista, by musiał go grać tak charakterystyczny aktor. Zwłaszcza, że pobieżny zarys jego postaci, sprawia, że nawet Robert wypada w tej roli przeciętnie. Trochę go szkoda na takie produkcje.

"Limitless", czy jak chce polski dystrybutor "Jestem Bogiem"*, to film z serii tych, które wylatują z pamięci wraz z opuszczeniem sali kinowej. A choć seans nie jest męczarnią, mogło być zdecydowanie lepiej. W ostatecznej ocenie wystawiam więc filmowi Burgera 5/10. Bywają bowiem momenty, że jego dzieło ogląda się naprawdę dobrze. Szkoda jednak, że nie udało się utrzymać tego poziomu na dłużej niż jedynie kilka scen.

Szkoda też, że film, który chwali się, że jest Nieograniczony, fabularnie raczej przeczy temu przymiotnikowi.

PS. * Czy tylko mi polski tytuł kojarzy się z  piosenką? (Nie mówiąc już o pewnym rekolekcyjnym przedstawieniu, choć to akurat skojarzenie tylko dla wtajemniczonych!) ;)

 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags:

Dodaj komentarz

 

 
  1. quentinho

    10 kwietnia 2011 o 17:01

    Ja odpuściłem. Jakoś trailery nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Obejrzę w domu.

     
  2. Kaczy

    11 kwietnia 2011 o 21:46

    Rzeczywiście nie musisz się spieszyć. ;)
    A trailer chyba widziałem jeden i też mnie nie przekonał. Ja miałem dobre towarzystwo, także kinowa wyprawa była całkiem przyjemna. :)

     
 

  • RSS