RSS
 

Oldschool.

18 maj

"Green Hornet" w reżyserii Michel’a Gondry, to film akcji o silnych komediowych akcentach, czerpiący także ze stylistyki superhero-movie.
Dowiedziałem się, że jest to adaptacja serii o "Zielonym Szerszeniu", na którą składają się: słuchowisko radiowe z lat 30-tych, serial telewizyjny z lat 60-tych oraz uniwersum komiksów. Piszę o tym celowo, ponieważ "Zielony Szerszeń" posiada "oldschoolowy klimat", a wiadomość o początkach serii, wyjaśnia czemu jest on obecny.

"Green Hornet" swoim klimatem i stylem prowadzenia historii przypomina także filmy sensacyjne z początku lat 90-tych. Bohaterowie są jednowymiarowi, historia prosta, dowcipy sucharskie (czerstwe), a sekwencje akcji przesadzone! Całość posiada jednak swój urok, a film ogląda się z dużym zainteresowaniem i sentymentem. Mam wrażenie, że gdyby ten obraz powstał kilkanaście lat temu, stałby się filmem kultowym, tzw. "instant classic". Dzisiaj nie wzbudzi już takiego zainteresowania. A szkoda, bo to całkiem przyzwoita produkcja.

Historia multimilionera i imprezowicza, który niejako "z nudów" postanawia zostać superbohaterem, poprowadzona jest w wyjątkowo przystępny i zabawny sposób.
W trakcie seansu zorientowałem się, że do tego filmu idealnie pasuje sformułowanie: "Tak głupie, że aż śmieszne!". Mowa tu w szczególności o przezabawnych kwestiach Britta, wypowiadanych z pełną powagą. Jednym z pierwszych tekstów, który sprawił, że wybuchnąłem gromkim śmiechem, był: "Pokazałaś właśnie dwie rzeczy. Jaja!". Takich "perełek" jest tu więcej. Takie specyficzne one-linery są typowe dla kina sensacyjnego lat 90-tych, więc idealnie sprawdziły się w tym filmie.

Bohaterowie są jednowymiarowi, więc aktorzy grają na jednej nucie. Najlepsze jest jednak, że zupełnie to nie przeszkadza. Również wpisuje się w schemat starych filmów akcji, więc wypada zabawnie i przekonująco.
Seth Rogen po raz kolejny gra tę samą postać, którą zdążyliśmy już polubić w innych jego produkcjach – skretyniałego imprezowicza, który niczym się nie przejmuje, bo przecież "Life’s a Party!". Tym razem jest też zarozumiały, zapatrzony w siebie i zachowuje się jak duże dziecko "spuszczone ze smyczy". Rogen dobrze odnajduje się w takich rolach, dlatego także tutaj radzi sobie przyzwoicie.

Dobrze gra partnerujący mu Jay Chou. Aktorzy ciekawie wypadają razem na ekranie. Dlatego łatwo jest uwierzyć w ich kumpelskie stosunki; ich "bromance".
Cameron Diaz stanowi ozdobę filmu. Tym razem jednak jej bohaterka nie tylko wygląda, ale i myśli. Na dodatek nie daje się pomiatać szefowi i "walczy o swoje" za każdym razem, gdy ten nieudolnie próbuje ją poderwać.
Christoph Waltz jako "Główny Zły" też wypada interesująco. Gra na luzie, czy wręcz trochę "od niechcenia", ale pokazując swoją klasę aktorską. Przyjemnie ogląda się jego poczynania, jako gangstera cierpiącego na kompleks "Jestem za mało przerażający".

Niezła jest muzyka*, przewijająca się w tle. Trochę tu rockowych kawałków, (w tym dobre "Blue Orchid" White Stripes’ów), popu, czy muzyki klasycznej. Pojawia się też Coolio i jego "Gangsta’s Paradise". Nic wyszukanego, ale ta muzyka tworzy fajną, niezobowiązującą atmosferę.

"Green Hornet" posiada urok! Nie wiem na ile korzystanie ze stylistyki lat 90-tych było celowe, ale świetnie wypadło na ekranie. Dzięki temu obraz Gondry’ego posiada "oldschoolowy klimat", który sprawia, że film przyjemnie się ogląda.
Podczas seansu bawiłem się naprawdę dobrze, co chwilę zaśmiewając się ze sposobu zachowania Britta i innych postaci. Kupiłem koncepcję tego filmu, dlatego jestem gotowy przyznać mu notę 6,5/10. Obraz Gondry’ego podobał mi się bowiem tak samo, jak niedawny, równie przesadzony "RED", któremu przyznałem tę samą ocenę.

 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. quentinho

    18 maja 2011 o 01:53

    Ja dałem oczko wyżej :D Naprawdę niezła produkcja, choć do obejrzenia raczej raz na pare lat. Sądzę, że tak za dwa, chętnie ją sobie przypomnę.

     
  2. Kaczy

    18 maja 2011 o 23:19

    Wiem, wiem, widziałem! Nawet udało mi się dzisiaj skomentować. :D

    Zgadzam się – produkcja nie jest na tyle świetna, by chcieć od razu zaliczyć ponowny seans, ale co parę lat będzie jak znalazł. Tak dla przypomnienia sobie „wspaniałych lat 90-tych”. ;) :P

     
 

  • RSS