RSS
 

Quis custodiet ipsos custodes?!

06 maj

"Watchmen" Zacka Snydera to nietypowa adaptacja nietypowego komiksu.
To alternatywna wersja historii Ameryki, a w szczególności okresu ZimnoWojennego, z widmem wojny totalnej, wiszącej nad światem.
Jest to opowieść o anty-superbohaterach, zagubionych w niuansach otaczającego świata. Historia o bohaterach w kryzysie. Emerytowanych, zapomnianych. Nie potrafiących wrócić do normalnego życia po latach walki ze złoczyńcami. 
Wreszcie – to film, który zadaje pytanie: za jaką cenę jesteś gotowy doprowadzić do zaistnienia pokoju na świecie?

Z powodu takiego doboru tematu, film Snydera jest głębszy niż zwykła linia dramatyczna opowieści o superbohaterach, opierająca się na prostej zasadzie: "kill the villain, save the world", (czy "save the cheerleader, save the world").
Nie jest to kolejna zwyczajna ekranizacja komiksu, przepełniona akcją, wybuchami i zamaskowanymi złoczyńcami. Te elementy oczywiście też się tu pojawiają, jednak akcent opowieści Dave’a Gibbonsa i Allana Moore’a (autorów komiksu), położony jest gdzie indziej.

Historia w "Watchmenach" jest bliższa samym bohaterom. To opowieść o ich życiu, po latach działań na rzecz "dobra ludzkości". Ukazująca, że czasami (super)bohaterowie mogą niewiele różnić się od przestępców, których ścigają. (Wedle starej łacińskiej zasady: Quis custodiet ipsos custodes? – Kto chroni/pilnuje Strażników? – Who watches the Watchmen?)
Można wręcz powiedzieć, że jest to film o naturze ludzkiej i kondycji człowieka (human condition). Twórcy starają się też ukazać złożoność życia oraz panujący w nim brak prostych rozwiązań.
Z powodu takiej tematyki, akcja rozwija się powoli. Momentami miałem wrażenie, że zbyt wolno. Bywały chwile, gdy myślałem sobie, że nie obraziłbym się, gdyby ten obraz trwał trochę krócej, (czas trwania produkcji to 162 minuty).
Wynika to chyba z tego, że trudno było mi się wciągnąć w świat przedstawiony. Bo choć film mi się podobał, nie potrafiłem się w nim "zatracić", wciągnąć bez ograniczeń, czy mocniej zżyć z którymś z bohaterów. Być może nie byłem w pełni gotowy na to, co zobaczyłem.

Strona wizualna produkcji jest niezwykle dopracowana. Po raz kolejny u Snydera, kadry są doskonale przemyślane, wystudiowane i precyzyjnie skomponowane. Tak, jak przy poprzednim filmie reżysera – "300", także tutaj poszczególne kadry wydają się być wyjęte wprost z kart komiksu. Z tego co zauważyłem, poziom podobieństwa między oryginałem a adaptacją, jest bardzo wysoki.
W "Watchmenach" nie czuć jednak przerostu formy nad treścią. Oba elementy są równie rozwinięte. Uzupełniają się, wzajemnie się zazębiając. Na dodatek wiele kadrów sprawia wrażenie, jakby rzeczywiście było kręconych w latach 80-tych, w których rozgrywa się akcja filmu. Jest to bardzo intrygujący zabieg, który przyczynia się do uwiarygodniena tej mocno podrasowanej wersji amerykańskiej historii.
Na szczególną uwagę zasługuje zwłaszcza świetna sekwencja początkowa, naszpikowana intrygującymi odwołaniami do kultury i historii Ameryki, (w tym urban legend z Neilem Armstrongiem i jego "Good Luck, Mr. Górski"*).
(Ciekawe jest rówież, że w pewnym momencie na początku filmu, w dosłownie każdej(!) scenie, pojawia się jakiś żółty element).

Film stoi na wysokim poziomie, jeśli chodzi o aktorstwo. Wszyscy bohaterowie są wiarygodni i ciekawie sportretowani. Są zwyczajnie luddzcy. Jest to o tyle ciekawe, że niektórzy z nich, jak Dr. Manhattan, właściwie nie powinni istnieć. A jednak, nawet ten bohater nie jest przerysowany i wydaje się być zwykłym człowiekiem, który próbuje jakoś odnaleźć się w swojej nowej roli.

Najciekawszą postacią, która budziła chyba najwięcej moich emocji, jest Rorshach. Zamaskowany mężczyzna, który wciąż rozprawia się z przestępcami, nawet wtedy, gdy reszta drużyny już dawno zaprzestała takiego działania. Choć przez większą część filmu Rorschach skrywa swoją twarz za ruchomą maską, wyglądającą jak test Rorschacha, jego głęboki, chropowaty głos oraz ciekawe spojrzenie na rzeczywistość, sprawiają, że jego postać stanowi jeden z najciekawszych elementów tej opowieści.
Jackie Earle Hayley świetnie wypadł w swojej roli. Jego gra sprawiła, że Rorschach stał się najbardziej intrygującym bohaterem, a moment, w którym odkrywamy jego motywację do działania, jednym z ciekawszych momentów filmu.

Reszta obsady, wśród której znajdują się: Patrick Wilson, Malin Akerman, Jeffrey Dean Morgan, Billy Crudup, czy Matthew Goode również wypadła bardzo dobrze, ale to właśnie Hayley i jego Rorschach zrobił na mnie największe wrażenie.


Muzyka* jest bardzo ciekawa. Często silnie kontrastuje z obrazami, pokazywanymi na ekranie. Zachowana jest bowiem w zupełnie innym klimacie niż ogólny nastrój konkretnych scen. Dziwnie słucha się w tym filmie takich utworów, jak "99 LuftBallons", "Unforgettable", czy "The Sound of Silence". Wydają się one nie do końca przystające, niezbyt "na miejscu". Przez to jednak stają się doskonale słyszalne, rozpoznawalne i zapamiętywalne. Tym samym mocno oddziałują na widza. 
Niecodzienny efekt i ciekawy zamysł twórczy. Tak połączyć niezbyt pasujące do siebie elementy, by dawały nową jakość i wywierały wrażenie.

"Watchmen" jest filmem odmiennym od wszystkich komiksowych ekranizacji, jakie znam. Jest to zarówno atutem, jak i przeszkodą. Atutem, gdyż dzieło Snydera wyróżnia się na tle innych adaptacji opowieści obrazkowych i przez to na pewno zostanie w mojej pamięci. Przeszkodą, gdyż chyba nie byłem do końca gotowy na zetknięcie się z tak poważną tematyką w "zwykłej komiksowej" historii, a przez to nie potrafiłem w pełni cieszyć się z tego filmu.

Mimo bardzo sprawnej realizacji, dobrego aktorstwa i pozostającej w głowie muzyki, "Watchmeni" nie wgnietli mnie w fotel, nie zachwycili, ani nie porwali. Jedynie zwyczajnie się podobali. Być może spodziewałem się czegoś bardziej typowego i dlatego nie byłem przygotowany na to, co otrzymałem?
Dostrzegam jednak kunszt wykonania i intrygujące odejście od panujących w tym gatunku schematów. Z tego powodu jestem gotowy wystawić filmowi Snydera ocenę 8/10. Może nawet 8,5/10? Jakby nie było – warto zobaczyć!

PS. *To już drugi raz, gdy Snyder w swoim filmie wspomina nazwisko Górski. Ciekawe. ;)

 
Komentarze (4)

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. Morys

    6 maja 2011 o 12:07

    Zapraszam na ciekawą stronę o grach komputerowych:
    http://kosinskidawid.cba.pl/

     
  2. Tom Braider

    7 maja 2011 o 18:37

    Cieszę się, że się podobało. Dla mnie Watchmen to najlepsza ekranizacja komiksu ever. U siebie wywaliłem chyba jedną z najdłuższych notek na jego temat, bo mnie totalnie wgniotło w fotel. Dla mnie właśnie ta odmienność od większości ekranizacji komiksów jest zdecydowanie atutem, dlatego pewnie moja ocena była wyższa.

    No i KAPITALNE intro, które idealnie odzwierciedla to co się potem dziele, a przygrywa Bob Dylan „The Times The Are A Changin”

     
  3. Kaczy

    9 maja 2011 o 00:33

    No właśnie mnie nie wgniotło w fotel! I właśnie dlatego „Watchmeni” nie zdetronizowali mojego komiksowego numeru jeden – „X-Men United”.

    Koncepcja jednak podobała mi się na tyle, że dobrze bawiłem się podczas seansu.
    Ogólnie cieszę się, że zobaczyłem wreszcie ten film i już wiem „o co tyle halo!”. I choć ten obraz nie przekonał mnie do siebie w 100%, rozumiem czemu na niektórych wywiera takie wrażenie.

    A intro rzeczywiście jest świetne! Zwłaszcza, że muzyka pasuje do niego idealnie. Coś, czego nie uświadczyłem w reszcie seansu, gdzie utworu wydawały się „z innej bajki”.

    Twój tekst udało mi się przeczytać, jednak nie zdążyłem go jeszcze skomentować.

     
  4. michal.broniszewski

    16 maja 2011 o 15:02

    świetny film i chyba najlepsza (no może jedna z najlepszych) czołówek w historii kina!

     
 

  • RSS