RSS
 

What’s your favourite scary movie?!

13 maj

Będąc jakiś czas temu w kinie, natknąłem się na trailer "Krzyku 4".
To, co zobaczyłem w dwuminotwej "zajawce", spodobało mi się tak bardzo, że postanowiłem obejrzeć poprzednie części serii, by przygotować się na kinową wyprawę na "czwórkę". :)
Teraz jestem już po seansie wszystkich "odcinków" i chciałem podzielić się kilkoma uwagami na ich temat. (Tym razem przyjąłem formę luźnych uwag, gdyż pierwotnie nawet nie planowałem pisania recenzji. Później jednak myśli same zaczęły przelewać się na papier, więc pomyślałem – czemu ich nie umieścić?). ;)

Siłą serii "Scream", stworzonej przez Wesa Cravena, jest bardzo zgrabne połączenie stylistyki horroru z elementami komediowymi. Ważnym czynnikiem, sprawiającym wielką frajdę podczas seansu, jest także ogromna samoświadomość dzieła. Bohaterowie każdej części są świetnie rozeznani w świecie filmowych horrorów i z dumą recytują zasady rządzące tym gatunkiem.
Tym, co podoba mi się w serii Cravena najbardziej, jest fakt, że korzysta ona z utartych schematów, jednocześnie je wyśmiewając. Wydaje się więc, że reżyser czasami sam nie traktuje swojego dzieła zbyt poważnie, śmiejąc się sam z siebie. Celowo bierze swój film w cudzysłów, przez co daje nam wiele powodów do śmiechu. "It doesn’t get more meta than that!", cytując jednego z bohaterów części czwartej.

Świetne jest też to, że wszystkie części są ze sobą silnie powiązane. Wydarzenia, przedstawione w części pierwszej, odcisnęły mocne piętno na całej serii i są niemal nieustannie cytowane. Trzeba znać wszystkie odsłony tej historii, by móc w pełni cieszyć się nowymi pomysłami scenarzysty(/ów). Kevin Williamson wykonał kawał świetnej roboty, pisząc scenariusz do prawie każdego odcinka tej intrygującej serii. (W "trójce" niestety zamienił go Ehran Krueger. I od razu czuję się tę zmianę).

Atutem serii jest również to, że dostajemy wreszcie bohaterów horroru, którzy częściej używają swojego mózgu i w rozsądny sposób kombinują jak wydostać się z sytuacji bez wyjścia.
Bardzo dobre jest aktorstwo. Większość aktorów, przewijających się przez ekran, wypada niezmiernie ciekawie i naturalnie, dzięki czemu ich bohaterowie są wiarygodni. To zaś sprawia, że jest komu kibicować! :) (Aktorzy z "trójki" trochę psują ogólną statystykę, ale poza tym jest naprawdę dobrze).
Seria kojarzy się głównie z takimi nazwiskami jak: Neve Cambell, Courtney Cox i David Arquette, ale warto wspomnieć, że w poszczególnych odcinkach grali też tacy aktorzy, jak (m.in): Liev Schreiber, Jamie Kennedy, Skeet Ulrich, Drew Barrymore, Jerry O’Connel, Sarah Michelle Gellar, Patrick Dempsey, Emma Roberts, czy Hayden Panettiere.
Każde z nich tworzy naprawdę ciekawych bohaterów, których z ogromną przyjemnością się ogląda.

To właśnie nietypowa formuła, dobre aktorstwo i ciekawi bohaterowie sprawiają, że wszystkie odcinki "Krzyku" ogląda się wyśmienicie. Poniżej kilka dodatkowych powodów, dla których podobały mi się poszczególne "epizody" tej intrygującej serii. :)

Scream
Bardzo ciekawy mariaż gatunkowy. "Krzyk" to w 3/4 rodowity horror, zaś w 1/4 komedia, nabijająca się z zasad rządzących gatunkiem slashera. Mieszanka jest doskonale przyrządzona, przez co też szalenie intrygująca.
Muszę szczerze przyznać, że niektóre sceny w "jedynce" sprawiają, że ciarki aż przechodzą po plecach i odczuwa się silny niepokój. W kolejnych częściach już tego tak mocno nie czuć. Zagrożenie, choć obecne, wydaje się tam już mniej namacalne. W "jedynce" natomiast zamaskowany morderca bywa naprawdę przerażający.

Sceny końcowe, w których wyjaśniona zostaje zagadka tożsamości zabójcy, są naprawdę doskonałe i świetnie przemyślane. Rozwiązanie fabuły wywarło na mnie spore wrażenie. Właśnie dlatego część pierwsza podobała mi się najbardziej. Przyznałbym jej notę 8/10, bo naprawdę świetnie mi się ją oglądało.

Scream 2
Mniej straszny niż "jedynka", ale opowiedziany równie ciekawie. Tym razem postawiono na zabawę z kwestią sequela. Dyskusje nad poziomem takich filmów oraz kwestia ocenania stosowanych w nich chwytów, są tu tak wciągające, że nie sposób oderwać wzroku od ekranu.

Williamson wpadł na przegenialny pomysł na powiązanie fabuły z "jedynką". Strasznie mi się podobał sposób, w jaki to wymyślił. Otóż jedna z bohaterek, Geil Weathers, stworzyła książkę na podstawie wydarzeń w Woodsboro, (czyli akcji pierwszego "Krzyku"), a teraz do kin weszła adaptacja wspomnianego dzieła. (O bardzo wdzięcznym tytule: "Stab", czyli "Dźgnij!" / "Cios"). Dzięki temu dostajemy film wewnątrz filmu, opierający się na wydarzeniach, które mogliśmy wcześniej oglądać. Pomysł genialny w swojej prostocie.
Na dodatek taki, który pokazuje duży cudzysłów, w jaki twórcy biorą własne dzieło. Mówiący: "potrafimy śmiać się też sami z siebie!". Świetnie widać to w momencie, w którym Sidney ogląda fragment filmu, w którym grana jest przez Torri Spelling. W "jedynce" wspominała, że właśnie tego się obawia – że w filmie na podstawie jej życia, zagra ją dokładnie ta aktorka.
(Niezmiernie podobał mi się też jeden z dialogów: "-When did she start smoking? -Ever since the nude pictures on the Internet. -It was just my head, but it was Jennifer Anniston’s body". Fani Friendsów od razu załapią czemu jest to piekielnie zabawne! :D)

Żniwo śmierci jest tym razem bardziej dotkliwe niż wcześniej, gdyż dotyka jednego z moich ulubionych bohaterów. :(

Część druga to bardzo przyzwoite 7,5/10. Mimo swojego świeżego podejścia do kwestii sequela, nie zrobiła na mnie tak piorunującego wrażenia, jak "jedynka", stąd lekki spadek oceny.

Scream 3
Najsłabszy ze wszystkich, jednak nie tak słaby, jak niektórzy* go oceniają.

Można się wprawdzie przyczepić do wielu rzeczy. Zauważyć, że nowi bohaterowie są tak płasko zarysowani i słabo zagrani, że pasuje do nich określenie: "mięso armatnie dla poczynań zabójcy". Stwierdzić, że niektóre elementy są tak wyjątkowo przesadzone, (jak chociażby "faksowe morderstwo"), że aż niezamierzenie zabawne.
Muszę jednak szczerze przyznać, że ja znów dobrze bawiłem się podczas seansu. Być może spowodowane to było bardzo pozytywną reakcją na dwa poprzednie filmy. Na fali dobrego samopoczucia, jakie we mnie zrodziły, byłem w stanie przymknąć oko na ewidentne zaniki rozumu wśród bohaterów, (tym razem wręcz nagminnie się rozdzielają, by zobaczyć "co to za dziwny dźwięk") i potrafiłem bawić się tym, co otrzymałem.

Bardzo podobał mi się pomysł, by akcja działa się na planie kolejnego filmu z serii "Stab", a ofiary ginęły w kolejności, w jakiej umierają w scenariuszu tego obrazu.
Na dodatek ogromne wrażenie zrobiła na mnie scena rzutu nożem na schodach – jak dla mnie kwintesencja stylu tej serii. Horror + komedia. Napięcie i jego rozładowanie.
Podobał mi się też końcowy plot twist, który był całkiem ciekawy i zaskakujący. Co prawda też nieźle przekombinowany, ale jednak nie do odgadnięcia.

W związku z dobrym humorem, który towarzyszył mi przy seansie trzeciej odsłony serii, jestem gotowy przyznać temu odcinkowi przygód Sidney Prescott i ekipy (naciągniętą) ocenę 6/10. Według mnie – jest słabiej, jednak nie tragicznie.

Scream 4
Powrót świetnego poziomu, utrzymanego przez dwie pierwsze odsłony serii.

Tym razem twórcy na obiekt żartów wzięli sobie remake’i. Już na wstępie zaznaczyli, że "jeśli remake chce przebić oryginał, musi odrzucić wszelkie zasady". I rzeczywiście – w tej odsłonie trup ściele się gęściej, a niektóre ataki są bardziej brutalne, (a także przerysowane) niż dotychczas. Tożsamości mordercy nie da się też odkryć niemal do samego końca, gdyż podejrzenie pada na szeroką grupę bohaterów, jako że niemal każdy ma dobry motyw zbrodni.

Warto w szczególności zwrócić uwagę na sekwencję początkową, gdzie nieźle obrywa się innym sequelom gatunku. Ta scena pokazuje, jak kolejne części często wkraczają na "dziwne tereny" i stają się zupełnie oderwane od rzeczywistości, jak i samej serii.
Sceny początkowe to krótki seans kolejnych sequeli filmu "Stab". Te krótkie sceny są krwawe, a jednocześnie szalenie zabawne. Pokazujące, że Williamson ma jeszcze wiele asów w rękawie. Na dodatek, w prologu dostajemy plejadę gwiazd dzisiejszych seriali. Każdy fanatyk tej formy rozrywki, powinien więc znaleźć w niej coś dla siebie.

W "czwórce" dostajemy też zdwojoną porcję gier słownych i zabawnych dialogów! Jednym z nich jest chociażby ta wymiana zdań: "Four letter word for courage? Guts!". Podwójne znaczenie tego słowa jest po prostu genialne. A takich "dwuznaczności" jest w tym filmie dużo więcej!

"Krzyk 4" jest powrotem w świetnym stylu, a ja znów doskonale bawiłem się podczas seansu. Mogę mu więc wystawić ocenę 8/10 i postawić na drugim miejscu, zaraz po doskonałej "jedynce". (Miejsce trzecie – "dwójka", czwarte – najsłabsza "trójka").

Na zakończenie chciałem dodać, że w pełni zgadzam się ze zdaniem wypowiedzianym przez jedną z bohaterek części czwartej – "nie lubię dzisiejszych horrorów, gdyż w większości przypadków są one obrzydliwe, a nie straszne".
Seria "Krzyku" oferuje natomiast doskonałą mieszankę swoich elementów składowych, dlatego udaje jej się nie przekroczyć granicy dobrego smaku. Wywołuje tym samym zupełnie inną reakcję od reszty typowo obrzydliwych filmów swojego gatunku, których wysyp możemy oglądać w ostatnich latach. Chyba właśnie dlatego seria spodobała mi się tak bardzo. Bliżej jej do thrillera niż krwawego "torture porn", odnoszącego ostatnio tryumfy.

Przeogromnie się cieszę, że w końcu obejrzałem wszystkie części tej intrygującej serii. Muszę przyznać, że bawiłem się na nich wyśmienicie. Seria "Krzyku" jest po prostu stworzona dla maniaków filmowych, gdyż wypełniona jest po brzegi rozmowami na temat "ruchomych obrazków" i pokazująca jak film potrafi wkradać się w prawdziwe życie.
Jeśli miałbym opisać moje podejście do serii Wesa Cravena w dwóch słowach, powiedziałbym: Wielka Frajda! lub Czysta Rozrywka!
Szczerze i serdecznie polecam! :)

PS. Drogi Czytelniku – jeśli czytasz te słowa – gratuluję Ci wytrwałości! :P
Tym razem trochę zaszalałem z długością wpisu, a na dodatek mocniej wziąłem sobie do serca zasadę "strumienia świadomości”, którą czasami tutaj stosuję. ;)

PS2. Piątek 13-tego to chyba idealny moment dla takiego wpisu, nie uważacie?! ;)
 
Komentarze (3)

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. quentinho

    15 maja 2011 o 00:05

    Ja bym jednak zastosował kolejność – 4,1,2, długo, długo, długo, dług nic i 3… „Czwórka” dała mi masę frajdy, zwłaszcza w początkowych sequelach. Coś genialnego.

     
  2. Kaczy

    15 maja 2011 o 21:38

    Rozrywka jest świetna, to prawda! :)
    Szczególnie, że „czwórka” jest chyba najzabawniejszą ze wszystkich części.

    Ja stawiam ją na równi z „jedynką”, bo część pierwsza wywarła na mnie ogromne wrażenie. Poza tym gdyby nie ona, „czwórka” nie mogłaby powstać. Jedną z najfajniejszych rzeczy w najnowszej odsłonie, jest właśnie świadome cytowanie, wspominanie tego pierwszego obrazu. Znajomość oryginału pomaga cieszyć się tym sequelem jeszcze bardziej. Stąd taka, a nie inna kolejność. :)

    A początkowe sceny rzeczywiście super. Koncepcja filmu w filmie podniesiona do potęgi drugiej, a jednak spójna i w pełni zrozumiała. Williamson znów się popisał! :)

    PS. Co do poziomu „trójki” – u Milczącego umieściłem kilka rzeczy, które podobały mi się w tej odsłonie najbardziej i dzięki którym seans był dla mnie całkiem przyjemnym przeżyciem. :)

     
  3. Puppeteers | Seriale, Filmy, Muzyka

    10 września 2012 o 22:32

    [...] z doskonałę serią „Krzyk” Wesa Cravena, narzuca się samo. Mistrz horroru, tak jak twórcy „Cabin in the [...]

     
 

  • RSS