RSS
 

„It happened again!”

06 cze

"The Hangover, part II"* to klasyczny przykład sequela na zasadach: w części drugiej wszystkiego jest więcej!

Fabuła podąża bowiem wedle tego samego schematu, co poprzednio. Różnicę stanowi jednak to, że wydarzenia, w których brali udział bohaterowie, a których teraz zupełnie nie pamiętają, podkręcone są do potęgi drugiej względem tego, co mogliśmy oglądać w "jedynce". Niektóre sytuacje są naprawdę ekstremalne, ale przez to też szalenie zabawne. Todd Phillips potrafi bowiem wyciągnąć komizm nawet z najbardziej "porąbanych" scen.

Część druga jest bardziej dynamiczna. Tempo wydarzeń wydaje się dużo szybsze, na co wpływ ma chyba szczególna atmosfera miejsca akcji. Bangkok jest dużo bardziej niebezpiecznym miastem niż Vegas i wydaje się, że niemal wszystko może się tu zdarzyć. Sprawia to, że w szybkim tempie wciągamy się w historię i zaczynamy oczekiwać najdziwniejszych rzeczy. A i tak okazuje się, że na niektóre nie byliśmy gotowi. Dzięki temu obraz Phillipsa ogląda się naprawdę dobrze. Sytuacji do śmiechu jest tu co niemiara. Jeśli tylko kupi się styl humoru reżysera, widza czeka przezabana podróż po "Hajlandzkim" mieście.

Od strony aktorskiej jest naprawdę dobrze. Widać, że wszyscy aktorzy świetnie czują się w ryzach swoich postaci i wyciskają z nich ile się da. Najlepszym przykładem – Zach Galifianakis, którego Alan jest teraz jeszcze większym kretynem niż poprzednio. W zasadzie każda scena z jego udziałem jest więc szalenie zabawna, gdyż bohater swoją bezradnością i "niezwykłym" sposobem myślenia, po prostu powala. (Szczególnie dobrze wypadają sceny, gdy Alan płacze! :P)
Dobrze spisują się też Bradley Cooper i Ed Helms, którzy tak dobrze uwypuklają najważniejsze cechy swoich bohaterów, że znów świetnie się ich ogląda.
Postacie drugoplanowe i epizodyczne też są interesująco zarysowane, (nawet małpka!), dzięki czemu niemal każda scena epatuje humorem.

Soundtrack* jest świetny! Film przepełniony jest hitowymi piosenkami, w tym utworami Kanye’go Westa (Stronger**), Black Eyed Peas (Imma Be), Billy’ego Joela (The Downeater ‚Alexa’), czy nieśmiertelnym "One Night in Bangkok" w nietypowym wykonaniu, które powinno przypaść do gustu wszystkim fanom pierwszej części. W filmie pojawia się też utwór "Love Train" zespołu Wolfmother i fakt ten uświadomił mi, że chyba czas zaopatrzyć się w ich płyty. :)

"The Hangover, part II" to szalenie zabawna komedia, która jednak nie wszystkim musi przypaść do gustu. Niektóre sytuacje stąpają bowiem blisko granicy dobrego smaku. Co jednak ciekawe – Toddowi Phillipsowi udaje się pokazać te sceny w taki sposób, że człowiek nie czuje się zażenowany, że ogląda tak "głupie rzeczy". Innym reżyserom ta sztuka najwyraźniej się nie udaje, czego przykładem chociażby komedie Braci Farrelli. Moim zdaniem całe morze dzieli ostatnie obrazy Phillipsa od takiego "Sposobu na blondynkę".
Muszę przyznać, że ja świetnie bawiłem się podczas seansu, dlatego jestem skłonny wystawić najnowszemu filmowi Phillipsa notę (lekko naciągniętego) 8/10. Fanom ostatnich produkcji reżysera – polecam! Reszta idzie na własną odpowiedzialność! ;)

PS. *O ile przy pierwszym filmie mogłem chwalić polskich tłumaczy za tytuł lepszy od oryginału, tak tym razem dali plamę. Polski tytuł – "Kac Vegas w Bangkoku" to po prostu totalny oksymoron. Na Filmówce ktoś to dobrze skomentował: "To co będzie następne – "Kac Vegas w Bangkoku w Rio de Janeiro"?" 
(Z drugiej strony – biorąc pod uwagę fakt, że fabuła jest w zasadzie kalką fabuły "jedynki", to sam tytuł też na taką "powtórkę z rozrywki" wskazuje. Co nie zmienia faktu, że "Kac w Bangkoku", czy "Kac Vegas II" też by się sprawdziły). ;)
PS2. Wszystko wskazuje na to, że część trzecia powstanie i będzie miała miejsce w… Amsterdamie. Tam to chłopaki odpłyną! ;)
PS3.** Hit Kanye’go Westa sampluje świetny utwór Daft Punk: "Harder, Better, Faster, Stronger", a ja muszę przyznać, że wszystkie te epitety są idealnym określeniem dla drugiej części "Kac Vegas". Doskonale bowiem oddają jej relację do dobrej części pierwszej! :)

 
Komentarze (9)

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. quentinho

    6 czerwca 2011 o 22:38

    Łeee, a ja czekałem na reckę „Iks-Menów” :D

     
  2. Kaczy

    7 czerwca 2011 o 00:16

    Będzie! :) Niestety dopiero za jakiś czas, bo ostatecznie w ten weekend mi się nie udało zobaczyć, nad czym też ubolewam.

    Na pocieszenie mogę Ci powiedzieć, że w „Kac Vegas II” jest przynajmniej jedna scena, która na pewno Ci się spodoba! :D

     
  3. Tom Braider

    7 czerwca 2011 o 17:14

    Co do recenzji nic nie mam, film obejrzę pewnie jak będzie na DVD, bo póki co to ledwo nawet mam czas napisać ten komentarz. Wielkie veto z mojej strony pod stwierdzeniem, że „Imma be” to hitowa piosenka, bo to padło to jedna z gorszych piosenek jakie słyszałem (a przecież słyszałem Keshe :P). A Wolfmother polecam, szczególnie pierwszą płytę, gdzie chłopaki wyraźnie brzmienie wzorują na Black Sabbath (szczególnie w moim ulubionym z ich repertuaru – Pyramid)

     
  4. Natka

    7 czerwca 2011 o 18:38

    Film był bardzo fajny, w pewnych momentach aż chciało się płakać ze śmiechu:P
    Ale najlepsza jest małpka, paląca jak „smok” i zdjęcia na koniec filmu:P

     
  5. Kaczy

    7 czerwca 2011 o 23:52

    -> Tom Braider
    Cóż mogę powiedzieć – ostatnio się nieco wkręciłem w „Imma Be”. Ale kiedy pierwszy raz ją usłyszałem, to moja reakcja też była niezbyt przychylna (zwłaszcza, że była totalnym odstępstwem od wcześniejszych świetnych utworów Black Eyed Peas, jednego z moich ulubionych zespołów). Później jednak się do niej przekonałem. Nie jest wysokich lotów, ale daje się jednak słuchać. ;)
    Tak samo jak Keshę zresztą. Też jest słaba, ale ma w sobie „to coś”, co przykuwa uwagę. ;)

    (Ja ogólnie słucham najprzeróżniejszych rzeczy i jakiś czas temu wkręciłem się nawet w 3OH!3* – zespół, którego kiedyś też nie byłbym w stanie słuchać. A teraz – proszę bardzo!)
    Poza tym „Imma Be” nie jest jeszcze tak ciężkie, jak chociażby: „Ring-A-Ling” BEP, z tej samej płyty, które nadal mnie lekko przeraża (Jak oni mogli nagrać coś takiego?).
    W ogóle płyta „The E.N.D” na początku wcale mi się nie podobała. Później jednak dałem jej szansę i teraz mogę już jej słuchać, choć poprzednie dokonania zespołu podobają mi się bardziej. :)

    * Więcej o nich -
    (http://superkaczy.blog.pl/ladies-and-gentlemen-i-present-to-you-the-band-3oh3,14609997,n)

    Co do Wolfmother, to ja ich lubię już od jakiegoś czasu, bo ciągle gdzieś na nich natrafiam, oglądając różnorodne produkcje. Także zaopatrzyłem się już w parę kawałków, ale dochodzę do wniosku, że chyba czas na płytę. :)

    (Swoją drogą – Todd Phillips też ich wyraźnie lubi, bo to już trzeci film, w którym się pojawiają!) ;)

    PS. Współczuję tak dużego zabiegania, że z trudem piszesz komentarz. (Powiedział ten, który sam powinien się zacząć wreszcie porządnie uczyć!). :)
    (To się rozpisałem!) ;)
    Pozdrawiam! :)

     
  6. Kaczy

    7 czerwca 2011 o 23:54

    -> Natka
    Potwierdzam! :)
    Cały film to ostra jazda bez trzymanki, a zdjęcia końcowe, to już w ogóle istne szaleństwo! ;)

     
  7. quentinho

    10 czerwca 2011 o 01:33

    Byłem i bardzo mi się podobało (recka dodana:)) :D A Tyson po prostu wymiótł resztę obsady!

     
  8. Kaczy

    10 czerwca 2011 o 12:08

    Haha, wiedziałem, że występ Mike’a Ci się spodoba! :D
    Ale tak pozytywnym odbiorem filmu to mnie zaskoczyłeś, muszę powiedzieć. :)
    Fajnie, że Ci się podobało! :)

     
  9. michal.broniszewski

    19 czerwca 2011 o 19:33

    znakomita komedia!jazda bez trzymanki,kultowe hasła i jeszcze bardziej szalone pomysły niż w jedynce!Polecam każdemu.

     
 

  • RSS