RSS
 

„Mutant and proud”

29 cze

"X-Men: First Class", czyli prequel mojej ulubionej serii o mutantach, to opowieść o początkach ugrupowania, rozgrywająca się we wczesnych latach 60-tych. W momencie, gdy świat stanął u progu globalnej wojny nuklearnej.
Z filmu dowiadujemy się komu tak naprawdę zależało na tym, by rozpętać istne piekło na ziemii, doprowadzając do wydarzeń Kryzysu Kubańskiego.

Temat ten stanowi jednak jedynie tło i ramę opowieści. Na pierwszym planie znajdują się zaś sami mutanci. Oglądamy ich pierwsze kroki do zrozumienia i pełnego zaakceptowania samych siebie, a także próby rozsądnego wykorzystania własnych niecodziennych umiejętności. Ważne są także pobudki, kierujące bohaterami w ich poczynaniach.

Historia opowiedziana w filmie jest ciekawa, aczkolwiek nie wgniatająca w fotel. Być może spodowowane jest to dynamicznym, ale nie rozpędzonym do granic możliwości tempem prowadzenia akcji. Poprzednie części przyzwycaiły nas do takiej narracji, a ta w "Pierwszej Klasie" stanowi dla niej odmianę.

Najnowsza część jest obrazem, który mocniej skupia się na samych bohaterach, starając się przybliżyć ich motywacje i metody działania. Najbardziej rozwiniętymi postaciami są oczywiście "Ojcowie Założyciele" ugrupowania: Charles Xavier i Erik Lensherr, jednak większość bohaterów dostaje swoje "pięć minut" i ma własne zadanie do wykonania.

Film Matthew Vaughna unika błędów, popełnionych w średnim "Wolverinie", co stanowi jego ogromny plus. Reżyser niezłego "Kick-Assa" spisał się w swojej roli, dobrze odnajdując się w świecie mutantów i prowadząc swój obraz w przykuwający uwagę sposób.

Dobra zabawa podczas seansu to także zasługa przyzwoitego aktorstwa głównych bohaterów. James McAvoy i Michael Fassbender znakomicie spisali się, portretując kultowe postaci. Charakterystyczne cechy ich charakteru zostały doskonale przez nich uwypuklone. Partnerujący im aktorzy, wśród których są: Jennifer Lawrence, January Jones, Kevin Bacon, czy Rose Byrne także wypadli przekonująco. Ich bohaterowie również są interesująco zarysowani i wiarygodnie przedstawieni.
(Na uwagę zasługuje także epizod z udziałem jednej z najważniejszych postaci serii. Krótka scena z udziałem tegoż bohatera, jest po prostu szalenie zabawna).

Warto zwrócić też uwagę na multilingiwstyczność dialogów oraz zdolności językowe aktorów. W "Pierwszej Klasie" prowadzi się bowiem rozmowy po niemiecku, francusku, hiszpańsku, rosyjsku i oczywiście angielsku. Piszę o tym, gdyż nieczęsto zdarza się w amerykańkich filmach, by nie udawano, że wszędzie mówi się w jednym języku.

Muzykę odbieram pozytywnie, mimo, że utwór "Love Love" zespołu Take That, pojawiający się na napisach końcowych, uważam za małe nieporozumienie. Według mnie nie pasuje on do klimatu całego filmu. Mogę natomiast bardzo pochwalić motyw muzyczny "Magneto", który bardzo mi się podobał, (choć ciągle kojarzył mi się z tym hip-hopowym utworem). ;)

"X-Men: First Class" bardzo dobrze mi się oglądało. Obraz Vaughna nie zdetronizował wprawdzie mojego ulubionego "X-Men: United", uważam jednak, że zasługuje na notę 8,5/10. Bo choć nie wgniótł mnie w fotel, to przysporzył mi bardzo pozytywnych wrażeń i przypomniał czemu seria o mutantach należy do moich ulubionych filmowych opowieści. Na pewno będę też z chęcią do niego powracał, (czego nie mogę powiedzieć o poprzedniej odsłonie serii, czyli "X-Men Geneza: Wolverine").

"Pierwsza Klasa" stanowi pozycję obowiązkową dla fanów serii! Powinna zadowolić wszystkich, którzy oczekiwali dobrego filmu o początkach przyjaźni swoich ulubionych bohaterów. A jak powstanie sequel, (na co liczę!), to może doczekamy się prawdziwej jazdy bez trzymanki i rozpędzonej akcji. W końcu "dwójka" X-Menów była lepsza od "jedynki", więc liczę, że tu będzie podobnie. 

 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. quentinho

    29 czerwca 2011 o 14:10

    To się wstrzeliłeś z recką :D

    W każdym razie, jak dla mnie była to najlepsza część serii. Porządna fabuła, genialny Fassbender, no i efekty specjalne, które są tłem dla wydarzeń. A sceny w barze w Austrii, pozazdrościć mógłby sam Tarantino.

     
  2. Kaczy

    7 lipca 2011 o 22:58

    Hehe, odpowiedni termin to podstawa! :D :P

    Wszystko pełna zgoda, ale jednak „dwójka” porwała mnie bardziej.

    Muszę przyznać, że scena w barze też mi od razu się z Quentinem skojarzyła. On by pewnie jeszcze bardziej podrasował emocje, ale zdecydowanie widać inspirację jego sposobem myślenia i prowadzenia akcji. :)

    Generalnie już bym z chęcią ponownie wybrał się na ten film. :)

     
 

  • RSS