RSS
 

Time to save the world. Again.

26 lip

Pierwsza część "Transformers" była zaskakująco dobra. Ciekawie napisana, spójna, dynamiczna(!) i przede wszystkim – wciągająca. Sequel niestety poszedł nie w tę stronę, co trzeba, mnożąc dziury scenariuszowe, nielogiczne zachowania bohaterów i za bardzo stawiając na "pierwiastek chaosu". (Jak wiele nielogiczności pojawiło się w fabule tego filmu, najlepiej ilustruje doskonała animacja zespołu HISHE).

Mając na uwadze niski poziom poprzedniej części, poważnie zastanawiałem się czy udać się na seans "The Dark of the Moon". Ostatecznie przekonałem się do tego pomysłu, gdy potwierdzono, że to ostatnia część serii. Teraz, będąc po seansie, muszę powiedzieć, że nie żałuję tej decyzji.

"Transformers: Dark of the Moon", czyli trzecia część sagi o walecznych robotach z kosmosu, to całkiem przyzwoity blockbuster, który unika błędów swojego poprzednika. Widać, że twórcy wyciągnęli wnioski z błędów przeszłości, dzięki czemu ich najnowszy obraz daje się oglądać bez zgrzytu zębów.

W "trójce" powróciły bowiem: dobre tempo, całkiem spójny scenariusz, odpowiednia dawka widowiskowości i "rozpierduchy", nie popadającej w chaos, (jak w "Revenge of the Fallen"); żarty wyrównały poziom, pozbyto się denerwujących drugoplanowych robotów, a akcja znów idzie sprawnie do przodu. Efekty specjalne ponownie stoją na wysokim poziomie, a dzięki mniej chaotycznemu sposobowi ich ukazywania, możemy je dokładnie chłonąć i delektować się precyzją ich wykonania.

Dodatkowym plusem jest to, że "trójka" jest mniej patetyczna od poprzedników, mimo że stawka, o jaką toczy się walka, znów postawiona jest bardzo wysoko.
Możnaby się wprawdzie przyczepić paru elementów, (chociażby nieco zbyt długiego czasu trwania, (obraz ma aż 157 minut!), czy zupełnego niewykorzystania technologii 3D**), jednak w ogólnym rozrachunku ogląda się to naprawdę dobrze. Znów podczas seansu towarzyszy nam uśmiech na twarzy, a nie uczucie zażenowania. Także na koniec trylogii nastąpiła zmiana w dobrym kierunku.

Jestem pod wrażeniem doboru obsady. Nie dość, że pojawia się tu większość aktorów znanych z poprzednich części, to jeszcze twórcom udało się namówić na udział w swojej produkcji: Johna Malkovicha(!), Patricka Dempsey’a, Frances McDormand, czy znanego z "Kac Vegas" Kena Jeonga. (Nie wspominając o epizodycznej roli Keiko Ageny, czyli Lane z "Gilmore Girls"). Choć żadne z nich nie tworzy porywającej postaci, to każdy przyzwoicie wywiązuje się ze swojego zadania i dobrze uzupełnia głównych członków obsady, (no, może poza Jeongiem, którego rola jest jednym z gorszych elementów produkcji).
Debiutantka Rosie Huntington-Whiteley* godnie zaś zastępuje Megan Fox w byciu stylową eye-candy, biegającą gdzieś po drugim planie. Nieobecność Mikaelli, (spowodowana zwolnieniem Megan Fox, wynikłym z konfiktu na linii Fox-Bay) zostaje zaś wyjaśniona prostym zdaniem: "Rzuciła mnie".

Niewiele mam do napisania o muzyce. Ot, jest i w trakcie seansu spełnia swoje zadanie, dobrze uzupełniając poszczególne sceny. Po skończonym filmie nie pozostaje jednak w głowie. I choć nie słuchałem jeszcze soundtracku*, wątpię, by któryś utwór przebił świetnego "Scorpnoka", czy niezłe "What I’ve Done" z części pierwszej.

W największym skrócie – podobało mi się! To nadal "totalna rozpierducha", ale jednak zrobiona z większym sensem niż poprzednio. "Transformers 3" to po prostu odmóżdzacz na niezłym poziomie, który ogląda się bez poczucia zażenowania. Choć nie jest tak dobry, jak odsłona pierwsza, (której przyznałem 8/10), to jest zdecydowanie lepszy niż słaba "dwójka", (dzierżąca wynik 4/10). Najnowsze dzieło Micheala Baya dostaje więc ode mnie notę (lekko naciągniętego) 7/10. Bawiłem się naprawdę przyzwoicie, stąd tak przychylna ocena. Jeśli komuś podobał się pierwszy film o Wielkich Robotach z Kosmosu, powinien dobrze się bawić także na tej części.

PS. Kolejny raz blockbustery dają nam ciekawą lekcję historii. Najnowsi "X-Meni" wyjaśniali nam kto doprowadził do Kryzysu Kubańskiego, natomiast nowa odsłona "Transformersów" – co było przyczyną zimnowojennego wyścigu o podbój kosmosu. ;)
PS2. * Czy Wam też modelka swoim stylem bycia, mówienia i wyglądu mocno przypomina Cameron Diaz? Bo ja w trakcie seansu nie mogłem się pozbyć tego skojarzenia.
PS3. ** Niestety, to już kolejny raz, gdy zapowiadany trójwymiar jest tylko znaczkiem na plakacie. Mimo, że 3D prawie tu nie ma, i tak jest lepsze niż to (nieistniejące) w ostatnich "Piratach z Karaibów". Tamten trójwymiarowy "skok na kasę", rozzłościł mnie jak dotąd najbardziej.

 
Komentarze (4)

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. Natka

    27 lipca 2011 o 20:22

    1. Co do aktorki, która zastąpiła M. Fox – czy ona przez cały film chodziła z Perwolem w torebce?? Nawet po wielkiej bitwie Autobotów z Decepticonami miała śnieżno-biały kostium.
    2. Niestety muszę się przyznać, że były sceny w filmie gdzie chciało mi się płakać (najbardziej gdy chcieli zabić Bumblebee – on jest takim słodkim Autobotem, głownie z tego powodu, że nadal nie nauczył się mówić).
    3. Podziwiam Petera Cullena – ma wspaniały głos ( najlepsze jest to, że podkładał głos Optimusowi także w bajce „szok”. Dla tych którzy go nie poznali, podkładał głos także słodkiemu Kłapouchowi :D).
    Na zakończenie powiem, że warto iść do kina i powspominać czasy dzieciństwa. Film dostaje ode mnie 8/10 :).

     
  2. Kaczy

    28 lipca 2011 o 00:37

    1. :D W końcu jest modelką, to ma swoje sposoby. ;)
    (Albo jej strój był z jakiegoś specjalnego zalaminowanego materiału, do którego nic się nie przyczepi). ;)
    2. Ooo! ;) :)
    3. Peter Cullen zdecydowanie daje radę! Możnaby go słuchać i słuchać. ;)
    O, nawet nie wiedziałem o tym Kłapouchym – fajnie. :)
    Aż sprawdziłem przed chwilą jego osiągnięcia w dubbingu i są bardzo zaskakujące.
    (http://www.filmweb.pl/person/Peter+Cullen-91189)

    Cieszę się niezmiernie, że film Ci się podobał! :)
    Co do wspominania czasów dzieciństwa, to ja akurat bajki nigdy nie oglądałem, ale filmy rzeczywiście budzą we mnie jakąś dziecięcą radość! :) (Zwłaszcza odsłona pierwsza, która przed seansem budziła moją niechęć, a po skończeniu projekcji, wychodziłem z kina z dużym uśmiechem na ustach). ;)

    Pozdrawiam! :)

     
  3. milczacy_krytyk

    28 lipca 2011 o 14:32

    Mi się nie nie podobało co jest już sporym osiągnięciem po fatalnej dwójce. Może się czepiam, ale dla mnie jednak wciąż za mało w tej opowieści sensu, za wiele dziur scenariuszowych, za mało prawdziwych emocji. Do tego jeszcze ten okropny humor – choć i tak dobrze, że mniej go niż w dwójce – i masa niepotrzebnych wątków, które tylko spowalniają akcję i wydłużają niepotrzebnie ten obraz. Warto go obejrzeć jedynie dla efektów – dawno nie widziałem w kinie tak perfekcyjnego połączenia realnych obrazów z tymi wytworzonymi za pomocą komputerów – i jednej sceny w walącym się wieżowcu, która wreszcie jest emocjonująca.

    PS. Bardzo podobała mi się Rosie – jak na modelkę zagrała fantastycznie, zdecydowanie lepiej niż Megan. Szkoda, że od początku sagi to nie ona była dziewczyną Sama.

    PS.2. Skąd masz informację, że to ostatnia część? Z tego co mi wiadomo, trójka to ostatnia część za kamerą której stanął Bay, i wystąpił Shia. Paramount nie rezygnuje jednak z tej żyły złota i zamierza kręcić kolejne części.

    PS. 3. A mój ulubiony utwór z soundtracku pochodzi o dziwo z dwójki ;) http://www.youtube.com/watch?v=HIw_YcLnsew

    Pozdrawiam

     
  4. Kaczy

    28 lipca 2011 o 16:30

    No cóż – masz rację, jeśli chodzi o niepotrzebną liczbę wątków. Według mnie spokojnie dałoby się skrócić czas trwania o dobre 20-30 minut, gdyż wątków, które nie wnosiły nic ważnego do fabuły, było tu bez liku.

    Co do sensu, dziur scenariuszowych i braku prawdziwych emocji, to tak cieszyłem się, że jest na tym polu lepiej niż w „dwójce”, że niedociągnięcia „trójki” zupełnie mi nie przeszkadzały. W końcu nie każdy blockbuster umie zabłysnąć doskonale napisaną intrygą. Czasami trzeba zadowolić się tym, co dostajemy. A tu dostaliśmy bardzo dobry finał w postaci bitwy w Chicago. Te sceny rodem z pola walki oglądało się naprawdę dobrze.
    Zwłaszcza, że efekty rzeczywiście stoją na bardzo wysokim poziomie i trudno rozróżnić to, co doklejone komputerowo, od tego co rzeczywiście było na planie. Za to uznanie dla twórców. Do tego całość jest dużo lepiej sfilmowana niż w „dwójce”, dzięki czemu możemy chłonąć przedstawione obrazy.

    Scena w wieżowcu – rzeczywiście jedna z lepszych! (Choć jak wyskoczyli przez okno i byli zdziwieni, że dalej spadają, pomyślałem sobie: „A czego się spodziewaliście?”). ;)

    Ogólnie znów wychodziłem z kina zadowolony, dlatego udało mi się przymknąć oko na pewne niedociągnięcia i dobrze się bawić. :)

    1. Rosie rzeczywiście wypadła przyzwoicie, ale na Megan już się tak napatrzyłem, że troszeńkę mi jej brakowało. ;)

    2. No dobra – to był taki skrót myślowy i trochę też sposób na samooszukanie się, żeby zobaczyć „trójkę”. ;) (Bo rzeczywiście obiło mi się niedawno o uszy, że chcą kontynuować serię. Zresztą pierwotnie napisałem „to ostatnia część trylogii”, dopiero później zmieniłem na „serii”).

    Chodziło mi o to, że to jej koniec w obecnym kształcie. Nie jestem przekonany czy bez Baya i Shii, który jest przecież głównym ludzkim bohaterem, wyjdzie z tego coś dobrego. Chociaż z drugiej strony, patrząc po zmianie scenarzystów (nota bene – na Ehrena Krugera, który wcześniej „zepsuł” Krzyk 3), może jednak coś im się uda.

    3. O, to ciekawe! :) Utwór nie jest zły, ale ja jednak bardziej kupuję „Scorpnoka”. ;)

    Pozdrawiam serdecznie!

     
 

  • RSS