RSS
 

True American Hero

11 wrz

Captain America: The First Avenger” to opowieść o początkach jednej z flagowych postaci uniwersum Marvela. Mimo to takiej, która nie istnieje w grupowej świadomości tak mocno, jak Spiderman, czy X-Meni. Na szczęście – film Johnstona może to zmienić.

Historia Steve’a Rogersa, cherlawego chłopaka z Brooklynu, który za wszelką cenę chce zaciągnąć się do wojska, by pomagać swojemu krajowi, opowiedziana jest w wyjątkowo interesujący sposób. Film nie ma rozpędzonego tempa, jednak wydarzeniom towarzyszy urok i klimat rodem z najlepszych filmów przygodowych, na czele z „Indianą Jonesem”. I nie chodzi tylko o podobieństwo tematu (walka z Nazistami), ale też o specyficzny sposób prowadzenia historii. Opowieść toczy się niespiesznie, jednak w sposób, dzięki któremu zżywamy się z bohaterami. Aktorzy grają powściągliwie, ale cechuje ich duży urok osobisty. Dostajemy też przyjemne one-linery, które są w stanie wywołać nasz uśmiech. Zdjęcia stylizowane na „stare kino” wypadają przyzwoicie i są momenty, gdy wydaje się, że oglądamy film, który powstał kilkanaście lat temu. Twórcom udaje się tę stylizację zamienić w atut produkcji.

Obraz Johnstona rozgrywa się w czasach II wojny światowej. Już sam fakt umieszczenia akcji w przeszłości, stanowi odmianę dla typowych „filmów komiksowych”, rozgrywających się „tu i teraz”. Jak pokazują jednak niedawne doświadczenia filmowe (m.in seans „Pierwszej Klasy„, czy „Strażników„) – adaptacje komiksów osadzonych w przeszłości, są dużo ciekawsze, niż te rozgrywające się w dniu dzisiejszym. Często posiadają wolniejsze tempo akcji, które pozwala bardziej skupić się na bohaterach i przybliżyć motywację ich działania. Podobnie jest tym razem. „Kapitan Ameryka” jest obrazem, w którym dość dobrze poznajemy bohaterów i możemy przejąć się ich losem.

Duża w tym zasługa dobrze dobranej obsady. Chris Evans wypada bardzo przekonująco, jako Steve Rogers. Jego bohater jest człowiekiem o nieugiętym morale, pełnym determinacji w dążeniu do spełnienia wyznaczonych celów. Jest waleczny i często staje do walki „o słuszną sprawę”, mimo, że jego wymizernione ciało nie oddaje siły jego ducha. Dzięki temu bohater prezentuje się dużo ciekawiej niż poprzednia rola aktora wprost ze świata komiksu. Wydaje się wręcz, że Evans podskoczył o aktorską klasę wyżej od czasu, gdy wcielał się w Thorcha w „Fantastycznej Czwórce”. Jego postać w filmie Johnstona jest dużo bardziej wiarygodna od tej z dzieła Tima Story’ego.

Hugo Weaving, jako Główny Zły wypada już przeciętnie. Jego bohaterowi brakuje tego szatańskiego błysku w oku, który charakteryzuje prawdziwe Czarne Charaktery. Red Skull, choć jest niezłym przeciwnikiem, to jednak za mało ‚diabolicznym’ (oczywiście nie od strony wyglądu), i nieobliczalnym, by budzić prawdziwy respekt i strach.
Weaving podobał mi się dużo bardziej w innej komiksowej roli, w której, nota bene, ani razu nie pokazał swojej twarzy. Jako V w „V jak Vendetta” prostymi środkami stworzył bohatera intrygującego i niejednoznacznego. Tutaj natomiast niczym nas nie zaskakuje.

Dobrze wypada za to drugi i trzeci plan. Tommy Lee Jones jest jak zwykle świetny, jako głównodowodzący wojsk, Stanley Tucci przekonujący jako Dobry Niemiecki Naukowiec, Hayley Atwell urokliwa jako obiekt westchnień Steve’a, a Sebastian Stan odpowiednio waleczny, jak na żołnierza przystało. Warto wspomnieć też o Dominicu Cooperze, który z lekkością i charyzmą wciela się w młodego Howarda Starka, ojca Tony’ego

Nie są to wprawdzie wybitne kreacje aktorskie; daleko im też do popisów aktorów z „Mrocznego Rycerza”, jednak ekipa sprawdza się bardzo dobrze, wnosząc wiele życia w swoje postaci.

Nic szczególnego nie wyróżnia ścieżki dźwiękowej*, skomponowanej przez Alana Silvestriego, dlatego nie warto się nad nią pochylać. Efekty 3D wypadają za to przyzwoicie. Zdjęcie okularów powoduje różnicę, obraz posiada nieco większą głębię niż normalnie, a do tego kilkukrotnie „wypada na nas coś” z ekranu. I choć nie jest to najwyższa jakość trójwymiaru, nie jest to też bezpardonowy „skok na kasę”, jak w przypadku najnowszych „Piratów z Karaibów„. Także efekt trzeciego wymiaru można zaliczyć na plus.

„Kapitan Ameryka” jest filmem spokojniejszym, bardziej stonowanym, poważniejszym i bardziej patetycznym, (w pozytywnym znaczeniu) niż adapatacje komisków, pokroju „Wolverine’a„, czy „Spidermana”. Nie oznacza to jednak, że jest filmem pozbawionym akcji. Ta również się pojawia i przedstawiona jest w wyjątkowo przystępny, nieco „oldschoolowy” sposób.

Obraz Johnstona ogląda się przez to, jak świetnie zrealizowany film przygodowy. To sprawia, że powinien on przypaść do gustu nawet osobom, które z różnych powodów nie preferują adaptacji opowiesci obrazkowych. Mnie film podobał się tak bardzo, że pod koniec żałowałem, że przed „Avengersami”, czyli obrazem o Marvelowskiej Lidze Superbohaterów, mogliśmy oglądać tylko jeden film o Kapitanie. „Pierwszy Mściciel”, (a nie żadne „Pierwsze Starcie”!, jak brzmi polski podtytuł) nie jest wprawdzie tak świetny, jak moi ulubieni „X-meni”*, jednak w pełni zasługuje na mocne 8/10. Dlatego chętnie obejrzałbym kolejny film, poświęcony jego przygodom.

PS. * Pewnie dlatego, że film o jednym superbohaterze jest mniej ciekawy niż obraz o ich grupie. Dlatego „Avengers” zapowiadają się wyśmienicie. Wisienką na torcie tego projektu jest fakt, że zostanie on wyreżyserowany przez „our one-and-only” Jossa Whedona. Angaż twórcy doskonałych seriali: „Angel”, „Buffy”, czy „Dr. Horrible’s Sing-Along Blog” oznacza, że emocje będą sięgać zenitu! :)

 
Komentarze (4)

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags: , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. quentinho

    12 września 2011 o 00:30

    No to widzę, że oceny bardzo zbliżone :D Mi jednak, inna adapatcja komiksu Marvela w tym roku się bardziej podobałą – „Thor” :D

     
  2. Kaczy

    12 września 2011 o 00:59

    Na to wygląda! :)
    Za „Thora” zabieram się już od dawna i w najbliższym tygodniu powinienem już go nadrobić, bo (w końcu!) wychodzi na DVD! :D

     
  3. michal.broniszewski

    12 września 2011 o 14:00

    mnie się niespecjalnie podobało.

     
  4. Kaczy

    12 września 2011 o 21:40

    Kurczę – szkoda!
    Idę czytać dlaczego! ;)

     
 

  • RSS