RSS
 

(Un?)Forgettable Trip

08 wrz

Film "Monte Carlo" w reżyserii Thomasa Bezuchy, jest jak współczesna wariacja na temat bajki o Kopciuszku, (oraz opowieści o Księciu i Żebraku). Oto młoda dziewczyna z Teksasu wybiera się na wymarzone wakacje do Paryża, na które oszczędzała przez cały pobyt w liceum, skrupulatnie odkładając grosz do grosza, pracując jako kelnerka w lokalnej jadłodajni. Kiedy dojeżdża na miejsce, zostaje wzięta za znaną dziedziczkę ogromnej fortuny, co prowadzi do tego, że nagle zaczyna tonąć w luksusach. Aż do chwili, gdy ktoś zorientuje się kim jest naprawdę.

Ileż razy już widzieliśmy podobną historię? Żeby wymienić tylko kilka przykładów, wśród najnowszych produkcji filmowych: "Pokojówka na Manhattanie", "Pamiętnik Księżniczki", czy "The Lizzie McGuire Movie". Zresztą obrazowi Bezuchy najbliżej właśnie do tego ostatniego filmu, wyprodukowanego przez Studio Disneya. Oba mają podobny styl, klimat, ba! nawet główny zarys fabuły. Oba są też skierowane do podobnej, wchodzącej w wiek nastoletni, publiczności.

Film Bezuchy nie jest więc oryginalny, co jednak nie przeszkadza mu w byciu przyjemną rozrywką na niedzielne popołudnie. Jeśli miałbym określić go jednym słowem, byłoby to bowiem "sympatyczny". Takie właśnie jest wszystko w tym filmie: widoki są piękne, bo jak żywcem wyciągnięte z katalogu biura podróży, bohaterowie mili i uprzejmi, a ich przygody – sielankowe.

Plusem jest także przyjemny popowy soundtrack. Wśród wykorzystanych piosenek znajdują się bowiem aż trzy utwory Miki*, na czele z "Relax (Take it Easy)" i "Love Today"; "Bright Lights" Cee-Lo Greena , czy "Who Says" Seleny Gomez, (które brzmi jak jedno z dokonań Hanny Montanny). Znalazło się też miejsce dla Lusia Armstronga i jego wersji "La Via En Rose", które przyjemnie przygrywa w tle. Piosenki nie są nachalne, zwyczajnie wypełniając tło i tworząc lekką atmosferę.

Głównym powodem dla którego obejrzałem ten film, jest jego obsada rodem ze świata seriali. Leighton Meester i Katie Cassidy z "Gossip Girl", Cory Monteith z "Glee" oraz Selena Gomez z disneyowskiej produkcji, której nie oglądam: "Czarodzieje z Waverly Place". Byłem ciekawy jak Ci serialowi aktorzy poradzą sobie na dużym ekranie. I muszę przyznać, że jestem całkiem zadowolony z wyników.

Leighton Meester gra zaprzeczenie Blair Waldorf. Dziewczynę, która zawsze mówi prawdę, nie imprezuje i nie korzysta z nadarzających się okazji. Na dodatek jest zamknięta w sobie, gdyż ciągle opłakuje śmierć matki.

Cory Monteith nie ma zaś miny niezkażonej myślą, jak jego bohater w "Glee". Mimo to, jego postać jest równie prostoduszna i twardo stąpająca po ziemi, jak Finn. Róźni ich jednak wiek, południowoamerykański akcent, no i bardziej inteligentny wyraz twarzy. ;)

Katie Cassidy gra natomiast dziewczynę wyluzowaną, cieszącą się życiem i nie przejmującą konsekwencjami. Jest więc przeciwieństwem bohaterki Leighton. Nie przypomina też zimnej i gruboskórnej Juliet, którą grała w "Plotkarze".

Selena Gomez gra natomiast na poziomie innych gwiazdek Disneya, robiących karierę w podobny sposób, (serial, filmidła, kariera muzyczna). Na myśl przychodzą Hilary Duff z początków kariery, Miley Cyrus, czy Lindsay Lohan, (zanim zeszła na "ścieżkę bezprawia" :P). Aktorka/piosenkarka wypada więc "zwyczajnie", żeby nie powiedzieć "przeciętnie", nie będąc szczególnie charakterystyczną, czy godną zapamiętania postacią.

Co by jednak nie mówić – aktorzy spisali się nieźle, grając na poziomie, jakiego wymagał od nich poziom samego scenariusza. Wydaje mi się, że praca na planie takich filmów musi być czystą przyjemnością. Człowiek się zbytnio nie przemęczy, bo rola nie jest zbyt wymagająca, a zobaczy się kawałek świata, i jeszcze dostanie za to kasę. Normalnie – wymarzona praca! ;)

"Monte Carlo" sprawdza się jako film do obejrzenia z rodziną w nudne niedzielne popołudnie. Produkcja oferuje bowiem kilka momentów do uśmiechu i epatuje "pozytywną energią". To po prostu obraz z serii tych "lekkich, łatwych i przyjemnych", o których łatwo zapomnieć wraz z finałem napisów końcowych. Kiedyś bardzo lubiłem takie produkcje, dlatego dociągam ostateczną ocenę do 5/10.

Jeśli natraficie kiedyś na ten obraz przy przerzucaniu telewizyjnych kanałów, spokojnie możecie go obejrzeć. W innych okolicznościach raczej nie ma co się do niego zabierać. ;) 

PS. Muszę przyznać, że ta wariacja na temat opowieści o Kopciuszku, wypadła dużo ciekawiej niż poprzedni film z panną Gomez, który widziałem, posiadający imię tej bohaterki już w samym tytule. "Another Cinderella Story", o którym mowa, było bowiem nieskładną męczarnią, która zasłużyła na wynik 2/10 oraz wieczne zapomnienie.
PS2. * Co jednak ciekawe – nie pojawia się tu utwór, który byłby wyjątkowo "na miejscu", czyli piosenka "Grace Kelly". ;)
 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags:

Dodaj komentarz

 

 
  1. michal.broniszewski

    10 września 2011 o 14:16

    Obsada rzeczywiście serialowa.strasznie nie lubię tej Seleny Gomez, ale pewnie kiedyś obejrzę ten film.

     
  2. Kaczy

    12 września 2011 o 00:17

    Powiem tak – pośpiechu nie ma!
    No i od razu Cię uprzedzę – skoro już nie lubisz Panny Gomez, to ten film na pewno nie zmieni Twojego zdania o jej umiejętnościach! ;)

     
 

  • RSS