RSS
 

Blood Moon.

16 lis
"Red Riding Hood", w reżyserii Catherine Hardwicke, to wariacja na temat bajki o Czerwonym Kapturku.

Główna zmiana względem klasycznej wersji opowieści, polega na tym, że mamy tu do czynienia nie z wilkiem, a wilkołakiem, który poluje na mieszkańców małej mieściny, znajdującej się gdzieś w górach.
Miejscowa ludność nie może poradzić sobie z atakami tajemniczego zwierza, dlatego postanawia zapolować na bestię. Kiedy jednak wszystkie próby okiełznania potwora spełzną na niczym, a do miejscowości przyjedzie Ojciec Solomon, specjalista od spraw nadprzyrodzonych, mieszkańcy postanawiają posłuchać jego rad i rozwiązać swój problem raz na zawsze.
Rewelacje przybysza, mówiące, że wilkołak posiada także ludzką formę, przez co może żyć spokojnie w samym miasteczku, sprawiają, że każdy mieszkaniec staje się podejrzany. 
Filmowa zabawa skupia się głównie na tym, byśmy poznali tożsamość napastnika. Gra z widzem w zgadywanie ‚kto jest bestią’, nie zostaje jednak umiejętnie poprowadzona. Wydaje się bowiem, że twórcy za szybko wykładają wszystkie karty na stół. Całkowicie rozładowuje to napięcie, mimo że ostatecznie okazuje się być nieprawdą. Gdyby twórcy lepiej ułożyli kwestie postaci, tak byśmy nie przypuszczali, że jedna z nich właśnie przyznaje się do swojej "drugiej natury", finał byłby bardziej emocjonujący. A tak – nie budzi zbyt wielu emocji, mimo że jest całkiem zaskakujący.


Aktorzy wypadli przeciętnie, (co dziwi o tyle, że w obsadzie znalazło się miejsce dla Gary’ego Oldmana i Amandy Seyfried). Można powiedzieć, że zagrali oni "w wersji minimum" swoich umiejętności, nie starając się w pełni oddać uczuć bohaterów. Na szczęście ich sposób bycia nie drażni, co samo w sobie stanowi już sukces.

Największym osiągnięciem produkcji i chyba jedyną rzeczą, która się w pełni udała, są bardzo ciekawe i klimatyczne zdjęcia Mandy Walker. Widoki gór spowitych śniegiem są naprawdę ładne i przykuwające uwagę. Pod tym względem, twórcy w pełni wykorzystali fakt, że film jest przede wszystkim medium wizualnym i ta warstwa produkcji wypadła zdecydowanie na plus. 
Niestety nie można tego samego powiedzieć o muzyce, która jest już zwyczajnie słaba.

Ogólnie rzecz biorąc – "Dziewczyna w Czerwonej Pelerynie", (jak brzmi polski tytuł), to produkcja "na jeden raz", która szybko wyleci człowiekowi z głowy.
Mimo, że nie jest to rozrywka wysokich lotów, seans nie jest męczarnią, a momentami nawet pozytywnie nas zaskakuje. Mnie na przykład zaskoczyła całkiem interesująca warstwa wizualna, której zupełnie się nie spodziewałem.
W ostatecznym rozrachunku oceniłbym więc film Hardwicke na 4,5/10. Także – obejrzeć można, ale zdecydowanie nie trzeba.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags:

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS