RSS
 

Chemistry. (a.k.a Romantics type of cinema?)

04 gru

The Adjustment Bureau
Romans w otoczce kina science-fiction. 
Obraz George’a Nolfiego przekonuje nas, że na świecie istnieje grupa, znana jako Biuro Korekt, która ma dostęp do "Ścieżek życia" wszystkich ludzi. Pracownicy Biura pilnują zaś, by każdy człowiek był na odpowiedniej "drodze" własnego rozwoju, bo inaczej "konsekwencje będą niewyobrażalne".

Kiedy kandydat na senatora zakochuje się w dziewczynie, przypadkowo poznanej w hotelu, niezgodnie ze swoim "życiowym planem", będzie musiał podważyć zasady tego świata i uciec przed Pracownikami Biura, żeby móc być z ukochaną.

Film Nolfiego ogląda się całkiem nieźle, głównie z powodu chemii między Mattem Damonem, a Emily Blunt, którzy wcielają się w kochanków, którzy muszą walczyć z przeciwnościami losu. Przyzwoite sekwencje akcji też umilają seans.
Obraz obfituje jednak w tak dużą ilość uproszczeń i naiwnych rozwiązań fabularnych, a przekaz o "miłości, która pokona wszystko" jest tak widoczny, że nie sposób nazwać obrazu Nolfiego inaczej, jak ‚bajką o sile miłości’. Trzeba jednak przyznać, że jest to bardzo interesujące podejście do tematu. I choć obraz posiada wiele błędów, seans upływa w przyjemnej atmosferze. Z tego powodu jestem skłonny przyznać produkcji ocenę 6/10.

Love and other drugs
Ten film o romansie sprzedawcy Viagry i chorej na Parkinsona dziewczyny, cierpi na brak zdecydowania w kwestii gatunku, który reprezentuje.

Temat ‚miłości skazanej na porażkę’ nadaje się raczej na dramat obyczajowy, czy melodramat, twórcy zaś starają się na siłę zrobić z tego filmu komedię romantyczną. Problem polega na tym, że w następujących po sobie scenach łączą elementy zaczerpnięte z różnych gatunków, a te nie zawsze do siebie pasują. To zaś sprawia, że film zamiast silnie oddziaływać, (w którąkolwiek ze stron), staje się raczej nijaki i nie wciąga w swoją historię.

Niemoc twórczą scenarzystów rekompensują jednak aktorzy. Jake Gylenhall i Anne Hathaway dobrze sobie radzą, portetując swoje nietypowe postaci. Nie wydaje mi się jednak, by był to już poziom Złotych Globów, do których zostali nominowani. Mimo, że ich role różnią się od tych z ich wcześniejszego repertuaru, nie ma w nich nic, co przykułoby naszą uwagę i zapadło w pamięć. Ot, dobrze grają, i tyle. Plusem jest jednak to, że posiadają chemię, a na dodatek co chwilę przewijają się nago po ekranie, uprawiając seks w najróżniejszych miejscach.

Najciekawszym elementem produkcji jest natomiast postać brata głównego bohatera. Josh (w tej roli Josh Gad) stanowi chyba największe źródło humoru i wypada naprawdę przyzwoicie. Problemem jest jednak jego nieprzystosowanie do raczej dramatycznego wydźwięku reszty filmu. W komedii romantycznej odnalazłby się idealnie. Wydaje się jednak, że "Miłość i inne używki" miało być ‚czymś więcej’.

Produkcja Edwarda Zwicka jest przez to filmem ‚letnim’. Twórcy nie wykorzystują pełni potencjału drzemiącego w pomyśle wyjściowym, nie za bardzo wiedząc w którą stronę poprowadzić swoją historię. Mimo wszystko ich film daje się oglądać bez zgrzytania zębów. Stąd moja ocena to 5,5/10. 

Friends with Benefits 
Najnowszy obraz Willa Glucka to film, który opiera się na chemii między Justinem Timberlakiem, a Milą Kunis. Ta jest wyczuwalna już od pierwszych scen, dzięki czemu łatwo kupujemy ich nietypową relację. 

Film opiera się na prostym pomyśle – najpierw seks, potem miłość. Bohaterowie zostali tak źle potraktowanie przez ‚miłość’ w przeszłości, że chwilowo zupełnie porzucili wiarę w jej istnienie. Nie chcąc jednak rezygnować z uciech cielesnych, postanawiają umówić się na seks bez zobowiązań. Jak nietrudno się domyślić, uczucia wkrótce zaczną mieszać w tym ‚prostym’ układzie. Pytanie tylko – jak sobie z tym poradzą bohaterowie?

Twórcy komedii "To tylko seks", (tak Polacy przetłumaczyli oryginalny tytuł!), starają się, by ich film nie był typową komedią romantyczną. Ostatecznie jednak to właśnie momenty rodem z rom-comów wychodzą w tej produkcji najlepiej. (A przynajmniej mnie końcowa scena na dworcu, ograna do bólu w innych obrazach, podobała się najbardziej). Reszta jest za mało zabawna, za mało prześmiewcza, by rzeczywiście przekonać nas, że parodiuje jakiś temat.

Mimo wszystko – film Glucka ogląda się nieźle. Seans nie wywołuje wprawdzie zbyt silnych emocji, ale też nie męczy. Ot, jest i tyle. Momentami udaje się w nim, że ten film jest czymś więcej niż w rzeczywistości. Ta sztuczka zadziałała jednak dużo lepiej w poprzednim obrazie reżysera, czyli produkcji "Łatwa Dziewczyna", gdzie umiejętnie grano ze schematami kina młodzieżowego. Tutaj granie ze schematem "rom-comów" jest zbyt bliskie prawdziwego produktu, byśmy mogli te żarty potraktować na serio. Film jest po prostu zbudowany ze zbyt wielu klisz, by wyróżniał się czymś na tle konkurencji. (Paradoksalnie – obraz "Brzydka Prawda", z którego twórcy nabijają się wprost w pewnym momencie, wypada dużo ciekawiej niż film Glucka). 
Mimo wszystko "Friends with benefits" sprawdza się nieźle, jako przyjemny "film na raz", do szybkiego wyrzucenia z głowy, niedługo po seansie. Ot, taki film na 5/10.

 
Komentarze (8)

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. Tom Braider

    4 grudnia 2011 o 11:14

    Pierwszych dwóch nie oglądałem, ale ostatni tak, nawet pisałem reckę u siebie. Ogólnie to był najgorszy tegoroczny film. Cierpiałem niesamowicie. W scenariuszu jest wiele niekonsekwencji i nieskończonych wątków, a trudno mi też uznać zawartość za zabawną. http://filmstock.blog.pl/?p=164

     
  2. Kaczy

    4 grudnia 2011 o 11:26

    Hehe, to nie widziałeś „Breaking Dawn” po prostu! ;)

    Widziałem Twój tekst, ale nie chciałem komentować zanim nie obejrzałem filmu, (zwłaszcza, że bardzo chciałem go zobaczyć, bo poprzednie filmy reżysera: „Easy A” i „Fired Up!” mi się podobały). Teraz lecę nadrobić. ;)

    Generalnie film szału nie robił, ale ja przynajmniej się na nim nie męczyłem, a momentami nawet bawiłem całkiem dobrze. Także według mnie to taki zwykły średniak i ‚film na raz’ był, stąd ocena taka, a nie inna. :)

     
  3. Tom Braider

    4 grudnia 2011 o 11:40

    Braking Dawn na bank obejrzę jak tylko wyjdzie na DVD, bo nie dam 15 zł za kinowy seans takiego padła. Rezerwuję dla niego oceny w granicach 0.0-2.0 :D.

     
  4. Kaczy

    4 grudnia 2011 o 12:15

    Ja na fali całkiem przyzwoitego poziomu poprzedniego obrazu, jednak się skusiłem. ;)

    Ale najwyraźniej zrobiłem to zupełnie niepotrzebnie, bo film poległ na całej linii. Rozwleczony do granic możliwości, przerysowany i ogólnie słaby. Także nawet ja oceniłem na 2/10. Mam więc wrażenie, że Ty możesz dać punkty ujemne. ;)

     
  5. Tom Braider

    4 grudnia 2011 o 17:01

    Co to znaczy „nawet ja dałem 2/10″. Tak mówisz, jakbyś w swojej nieograniczonej szczodrości rozdawał 10/10 na prawo i lewo :P

     
  6. Kaczy

    4 grudnia 2011 o 20:45

    :D Hehe, no nie do końca. :)
    Chodziło mi o to, że porównując nasze oceny, ja raczej łagodniej oceniam filmy, i chętniej daję im szansę, tzn. oceniam je wyżej. Także chodziło mi o to, że „skoro nawet ja dałem 2/10″, (a zwykle oceniam wyżej, bo zawsze odnajdę coś dobrego, co do mnie przemówi), to „wiedz, że coś się dzieje”, kiedy film dostaje taką notę ode mnie. :)

    (Kontekstem do tego niech będą nasze oceny „Friends”: 2.8/10 do 5/10 i True Grit: 5.2/10 do 8-/10, żeby nie wychodzić w dalszą przeszłość, oraz fakt, że sagę oceniałem dotychczas w skali: „Twilight” 4/10, „New Moon” 5/10 i „Eclipse” 6/10, co oznacza spory spadek „Breaking Dawn” nawet względem samej serii).

    Także to jedno zdanie zawierało mniej więcej tyle treści. ;) :D

     
  7. Tom Braider

    4 grudnia 2011 o 21:26

    Fakt, że jestem trochę surowszym krytykiem, chociaż znalazłbyś pewnie sporo punktów w mojej karierze, które wydały by się niedorzeczne (chociażby moje guilty pleasure pod tytułem Michael Bay). Poza tym, pierwszej części Zmierzchu też dałem 4, bo tragiczna nie była, druga to już syf, recenzji trzeciej nie pisałem (choć też więcej niż 5 by nie zarobiła)

     
  8. Kaczy

    4 grudnia 2011 o 22:20

    No spoko, spoko. :)
    W końcu co osoba, to spersonalizowany sposób oceniania. ;)
    (Poza tym Baya w większości rozumiem. Umiejętnie operuje patetyzmem, (no, poza paroma wpadkami, kiedy potrafi „przedobrzyć”). ;)

    Ja akurat na pierwszym „Zmierzchu” się zmęczyłem, bo spodziewałem się czegoś dynamiczniejszego i poprowadzonego w trochę innym stylu. Ale już dwójkę oglądałem z pełną świadomością tego przesadzonego stylu, dlatego bawiłem się lepiej i lepiej też oceniłem. A „trójka” akurat mi się spodobała, dzięki niezłemu pierwiastkowi akcji.
    No, ale z „czwórką” już się niestety nie dało. I stąd ta dyskusja! ;)

     
 

  • RSS