RSS
 

Investigation?!

07 lut

"The Girl with the Dragon Tatoo" Davida Finchera, czyli amerykańska adaptacja szwedzkiego bestselleru "Millenium. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet", rozpoczyna się świetną i wyjątkowo intrygującą sekwencją napisów początkowych. W takt "Immigrant Song", w aranżacji Trenta Reznora i wykonaniu Karen O., oglądamy porywającą wizualizację. Klimat, który posiada czołówka, jest wyjątkowo mroczny, drapieżny, "chory" i szaleńczo wciągający. Dokładnie taki, jaki powinien być cały film. Niestety, obietnica złożona w ciągu pierwszych minut, nie zostaje nigdy spełniona. 

Temat nierozwiązanej zagadki z przed lat, w połączeniu z tropem serii brutalnych morderstw, wydawał się idealnym tematem dla amerykańskiego reżysera. Fincher lubuje się przecież w thrillerach, opowiadających o mrocznej stronie ludzkiej natury. Historiach, które ściskają człowieka za gardło i wciągają go bezgranicznie do swojego świata. 

Niestety, jego wersja szwedzkiej opowieści, nie niesie ze sobą tak wielkich emocji, na jakie zasługuje. Można wręcz powiedzieć, że jest zbyt stonowana, zbyt wyciszona. Za mało tu momentów przyspieszających bicie serca. Za mało gęstej atmosfery i umiejętnego budowania napięcia, tak charakterystycznego dla wcześniejszych obrazów reżysera. Jego najnowszy film mie porwał mnie w stopniu, jakiego oczekiwałem. Nie sprawił, że siedziałem na krawędzi siedzenia, czy obgryzałem paznokcie. 
Jest to dla mnie ogromnie zaskakujące, gdyż oglądając szwedzką adaptację, często myślałem sobie, jak to Fincherowi uda się wycisnąć dużo więcej z oglądanych przeze mnie scen. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że w "Dziewczynie z Tatuażem", momenty, na które najbardziej czekałem, zostały przedstawione pobieżnie (w formie zdjęć), lub zwyczajnie pominięte. Moje nadzieje o podkręceniu emocji do granic możliwości, okazały się więc (zaskakująco) zbyt wygórowane. 

Momentami miałem wrażenie, że historia u Finchera jest za mało "skupiona". Zbyt rozwlekła, rozczłonkowana. Za dużo w niej pobocznych wątków. Nie wiem, jak było w książce, ale u Opleva obyło się na przykład bez wątku córki. Jej obecność w filmie jest zresztą ważna tylko z jednego powodu – przez jej wkład w naprowadzenie Mikaela na właściwy trop śledztwa. Jednak jej uwaga, rzucona mimochodem, jest zdecydowanie mniej ciekawym rozwiązaniem, niż Lisbeth, która konktaktuje się z Mikaelem, by przekazać mu informacje. (A właśnie takie rozwiązanie zastosowali Szwedzi). Być może te elementy zbliżyły fincherowską wizję do oryginału, jednak nie mogę przestać myśleć o tym, że Szwedzi sobie bez nich poradzili. (Przynajmniej w wersji filmowej). Niestety, przez te dodatkowe elementy, momentami gubi się gdzieś główny wątek tej historii – zagadka do rozwiązania.* 

"Dziewczynie z Tatuażem" nie można zarzucić jednak jednej rzeczy – poziomu aktorstwa. To jest naprawdę dobre.

Daniel Craig wypadł wyjątkowo ciekawie w swojej roli. Nawet lepiej niż jego szwedzki "odpowiednik", w osobie Michaela Nyqusta. Bo choć obaj panowie stworzyli podobną postać, Daniel wydaje się bardziej empatyczny. Z jego roli mocniej wypływa też postawa: nie mam nic do stracenia. 
Rooney Mara również zaprezentowała się z bardzo dobrej strony. Jej Lisbeth nie jest jednoznaczna, składa się z przeciwieństw. Z jednej strony jest zadziorna, nieco wycofana, nie słucha innych i nie cenzuruje swoich myśli. Z drugiej – poszukuje bliskości, akceptacji, normalnego konktaktu z drugim człowiekiem. Choć jej kreacja "broni się" od strony aktorskiej, nie przykuwa uwagi, jak ta, którą uraczyła nas Noomi Rapace. Lisbeth w szwedzkiej adaptacji, choć bardziej jednoznaczna, była bardziej "drapieżna", waleczna, chłodna i stawiająca na swoim, niezależnie od sytuacji. Była przez to również bardziej nieobliczalna. 
Reszta obsady radzi sobie zwyczajnie przyzwoicie. Dzięki temu nie odciąga naszej uwagi od głównych bohaterów opowieści, czyli Lisbeth i Mikaela. 

Zaskoczyła mnie muzyka*. Niestety nie pozytywnie. Poza pojedynczymi utworami, ścieżka dźwiękowa jest zwyczajnie za spokojna. Nie podbudowuje napięcia. Nie podkręca go do granic możlwości, tak jak powinna. Po prostu ‚jest’. Po tym, jak Trent Reznor i Atticus Ross uraczyli nas świetnym soundtrackiem do "Social Network", nie spodziewałem się zwyczajnej "muzyki ilustracyjnej", tylko czegoś, co sprawi, że emocje aż ugrzęzną mi w gardle. Że zachłysnę się doskonałymi dźwiękami, płynącymi z ekranu. Niestety tym razem duet kompozytorski nie spisał się na medal. I choć muzyka jest lepsza niż w szwedzkiej adaptacji, (gdzie utwory były w ogóle niezauważalne), to liczyłem na dużo więcej. 

Mimo wszystko, "The Girl with the Dragon Tatoo" nie jest filmem złym. Jest jednak filmem niewykorzystanych możliwości. Po skończonym seansie, nie mogłem się opędzić od wrażenia, że ten obraz mógłby być o wiele, wiele lepszy. W zaprezentowanej formie "Dziewczyna z Tatuażem" jest zwyczajnie dobra. Ostatecznie przyznaję więc ocenę 7,5/10. Tę samą, którą otrzymała szwedzka adaptacja. Fincherowska wizja nie jest bowiem lepsza od szwedzkiej. Wielka szkoda, bo szczerze na to liczyłem. 

PS. * Możliwe jednak, że taki jest właśnie styl skandynawskich kryminałów. Pamiętam, jak czytając "Pancerne Serce" Jo Nesbo, byłem zaskoczony, że tyle czasu poświęca się tam pobocznym wątkom, dotyczącym życia bohaterów. Dodajmy – wątkom nie mającym żadnego związku z rozwiązaniem sprawy. Tu było podobnie.

 
Komentarze (5)

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. Kaczy

    7 lutego 2012 o 22:51

    Kilka dodatkowych uwag, które nie trafiły do recenzji. ;)

    Fajnym smaczkiem jest koszulka z logo Nine Inch Nails. :)
    Subtelniejszy tatuaż na plecach jest chyba ciekawszy niż ten w pierwszej adaptacji.

    Quentinho – wszystko wykrakałeś! :(

     
  2. quentinho

    8 lutego 2012 o 16:18

    Moja, wina, moja wina, moja bardzo wielka wina – haha :D

     
  3. Kaczy

    8 lutego 2012 o 20:34

    :D Kajaj się, kajaj! :D

     
  4. michal.broniszewski

    17 lutego 2012 o 21:07

    a mnie się podobało znacznie bardziej niż szwedzka wersja. Film Finchera miał dla mnie niesamowity klimat, który wciągnął mnie b.mocno.

     
  5. Kaczy

    19 lutego 2012 o 16:41

    No to bardzo mnie to cieszy! :)

    Ja chyba oczekiwałem zbyt wiele i nastawiłem się na parę konkretnych scen, dlatego kiedy ich nie otrzymałem, poczułem się zawiedziony.

    Niemniej film dobrze mi się oglądało. Sęk tkwi właśnie w tym, że liczyłem, że będzie jednak „świetnie”!

     
 

  • RSS