RSS
 

Barsoom.

07 mar
Najnowszy film wytwórni Disneya – "John Carter", to adaptacja pierwszego tomu serii o "Johnie Carterze z Marsa", napisanej przez Edgara Rice’a Burroughsa. "Księżniczka Marsa", (jak nazywa się początek wielotomowej opowieści), została wydana w 1912 roku, jako powieść w odcinkach. Od tego czasu stała się ewidentym źródłem inspiracji dla wielu dzieł filmowych z gatunku przygodowego i science-fiction. Ich twórcy nie kryją się nawet przed mówieniem, na jakim dziele się wzorowali. 
Ogromna szkoda, że Hollywood tak zwlekało z adaptacją książki. Teraz bowiem, gdy wreszcie po nią sięgnęło, jedyne co przychodzi nam na myśl podczas seansu, to: Wszystko już było! 

Film opowiada o wojowniku z Ziemi, który przez zrządzenie losu trafia na Obcą Planetę (mówiąc dokładniej: na Marsa). Tam zostaje przyjęty przez Grono "Tubylców", którzy żyją w konflikcie z Mieszkańcami innych rejonów planety. John przez "przypadek" decyduje się walczyć o dobrobyt swoich Gospodarzy i ocalić ich przed napastnikami z zewnątrz. W tym czasie zakochuje się w córce wodza/króla. Brzmi znajomo?* A jest tego więcej. 

Większość scen z filmu widzieliśmy już wielokrotnie, na dodatek przedstawionych w dużo ciekawszy sposób. Poszczególne sekwencje są tak charakterystyczne, że bez problemu jesteśmy w stanie wskazać, w jakim innym obrazie oglądaliśmy coś wyjątkowo podobnego. "Avatar" i "Gwiezdne Wojny" to dwa najczęściej przychodzące na myśl filmy, choć są tu momenty, które kojarzą się też z "Władcą Pierścieni", czy "Kowbojami i Obcymi". Biorąc jednak pod uwagę książkowy rodowód obrazu, należy się tu raczej dopatrywać inspiracji ze strony twórców tamtych dzieł. Trzeba przyznać, że książka miała pecha być zadaptowaną dopiero, gdy świat obejrzał i pokochał inne obrazy, które wyraźnie wzorowały się na pomysłach Burroughsa. Jest to o tyle zaskakujące, że drugi cykl, pisany przez Amerykanina, czyli seria o Tarzanie, świeciła tryumfy w świecie filmu. (Do dziś powstało ponad 90 adaptacji opowieści o Chłopcu z Dżungli). 

Nie byłoby w tym może nic złego, (w końcu popkultura żywi się przerabianiem tych samych historii i motywów wiele razy), gdyby nie fakt, że seans "Johna Cartera" zupełnie nie porywa. Historia zwyczajnie toczy się do przodu, nie przyspieszając naszego tętna w żadnym momencie. Chwilami seans nawet nieco się dłuży. Szczególnie w momentach, gdy bohaterowie, w ciągu krótkiej, parozdaniowej rozmowy, operują piętnastoma różnymi dziwnymi nazwami miejsc, czy stworzeń. Tych nazw jest zwyczajnie w nadmiarze. Na plus mogę jednak zaliczyć spreparowanie całkiem nowego języka, używanego przez "Marsjan". 

Ciekawe nazwiska w obsadzie należą do plusów produkcji. W filmie pojawiają się Mark Strong, Willem Defoe, Dominic West, Thomas Haden Church, czy (w rolach głównych) Taylor Kitsch i Lynn Collins. Szkoda, że w zasadzie żadne z nich nie ma szansy rozwinąć skrzydeł i stworzyć wyróżniającej się i zapadającej w pamięć postaci. Główna para posiada zaś chemię jedynie z założenia. Musimy więc wierzyć jej na słowo, gdy deklaruje do siebie miłość. Mimo wszystko, wyczyny aktorskie ogląda się bezboleśnie. 

Muzyka*, skomponowana przez Michaela Giacchino, nie stanowi żadnej nowej jakości. To zestaw ogranych motywów. Zbiór dźwięków, które nie będą się wiązać się z tym konkretnym filmem. Wiele tu sekwencji, przypominających dokonania Johna Williamsa w najnowszych odsłonach "Gwiezdnych Wojen". W zasadzie tylko jeden utwór przykuł moją uwagę: "Zodanga Happened". 

Efekty specjalne nie powalają rozmachem. Są dobre i nic ponadto. Natomiast efekty 3D to jedynie znaczek na plakacie. Choć jest lepiej niż w najnowszych "Piratach z Karaibów", to nadal nie wykorzystano pełni możliwości, jakie niesie ta technologia. Dodatkowo, czasami obraz był dziwnie rozmazany. Może to jednak urok siedzenia w okularach 3D w trzecim rzędzie od dołu? 

Mówiąc krótko – "John Carter" nie umywa się do "Księcia Persji", (z którym skojarzyła mi się najnowsza produkcja Disneya, po obejrzeniu zwiastuna). Nie wciąga też i nie omamia zmysłów, jak "Avatar". W dużej mierze dlatego, że bogata zielona dżungla dużo bardziej cieszy oko niż wszechobecna pustynia. Film Andrew Stantona dostaje więc ode mnie notę 5,5/10. Można obejrzeć, ale niekoniecznie w kinie. Ale może ja po prostu nie jestem już targetem tego obrazu? Dwójka 10-latków przede mną była zachwycona. ;)

 
Komentarze (9)

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags:

Dodaj komentarz

 

 
  1. Natka

    8 marca 2012 o 17:38

    W trakcie filmu wydawało mi się, że oglądam Gwiezdne Wojny – mimo, że ich nigdy nie oglądałam (aż wstyd się przyznać) – czekałam tylko żeby wyskoczył Darth Vader i powiedział „Luke jestem twoim ojcem” – to by było coś:P
    Jeszcze co do porównania stworek, który miał być „psem” marsjańskim głównego bohatera wyglądał jak Jabba :)

    Film średni, bohaterowie latali na wielkich ważkach a księżniczka wyglądała jakby zaraz miała mieć scenę łóżkową w filmie dla dorosłych. Czasami przypominała mi Monicę Bellucci z Asterixa.
    Z tego co zauważyłam to tylko 10 latki były zadowolone z filmu i przeżywały walkę Johna Cartera z wielkimi białymi małpami z plakatu.

    5,5 punktów to za dużo, liczę, ze nie powstanie kolejna część!

     
  2. michal.broniszewski

    9 marca 2012 o 09:19

    w poniedziałek się wybieram to dam znać u siebie. A liczyłem po cichu, że jednak będzie nieźle.

     
  3. quentinho

    9 marca 2012 o 10:28

    Czyli wyszedłem z dobrego założenia, któe brzmiało: Obejrzyj w domu, w 2D :P

     
  4. Kaczy

    9 marca 2012 o 19:53

    -> Natka
    Najwyższy czas więc nadrobić! :)
    Swoją drogą, bardzo podoba mi się fakt, że mimo, iż nie oglądałaś, doskonale się orientujesz w znaczących elementach opowieści! :)
    To pokazuje jak wielką siłę oddziaływania mają „Gwiezdne Wojny”! :D

    Stworek, rzeczywiście – taki mniejszy, bardziej spłaszczony Jabba. ;) I szybciej się porusza. ;)

    Jak dla mnie 5,5 trafia w samo sedno poziomu tego filmu, także pozostaję przy swoim. ;)

    Co do kolejnych części to na razie naprawdę trudno coś przewidzieć, choć wydaje się, że raczej nie powstaną. Na pewno ja też nie czekam. Odmiennie od kontynuacji „Księcia Persji”, którą chętnie bym zobaczył, choć to chyba też mało prawdopodobne.

    -> Michał
    To czekam na relację. :)
    Poza tym – kto wie, może Ciebie ta produkcja bardziej przekona?

    -> Quentinho
    Bardzo dobrego! :D

    Pozdrawiam Was serdecznie! :)

     
  5. Natka

    13 marca 2012 o 19:17

    Oczywiście, że wiem trochę na temat Gwiezdnych Wojen (sądzę, że każdy coś na ten temat wie) gdyż mamy globalizację dzięki, której:
    – pojawiają się reklamy zabawek lub gier różnego rodzaju,
    – zwiastuny filmu,
    – rzeczy żywieniowe (jak guma, batoniki lub płatki),
    – nie omieszkam oczywiście dodać, że było się na terenach gdzie kręcono film:P (hahahaha)
    Mogę tak wymieniać i wymieniać:).

     
  6. Kaczy

    17 marca 2012 o 11:29

    No, prawda, prawda! :)
    Chodziło mi właśnie o to, że to jest właśnie fajne, że Gwiezdne Wojny są tak wpisane w naszą kulturę pod wieloma względami, (chociażby ich cytowanie w niezliczonej liczbie produkcji), że nawet bez oglądania jakiejkolwiek części, tyle się o nich wie. Klasyka po prostu! :D

    A co do bycia w Tunezji, na (byłym) planie filmowym, to oczywiście zazdroszczę. :) Farciara! ;)

    Pozdrawiam
    (i przepraszam za opóźnienie w odpisywaniu).

     
  7. ~Augusta

    10 listopada 2016 o 21:16

    nieprzedramatyzowany

     
  8. ~Ero linia

    15 listopada 2016 o 06:58

    nieprzekontrolowywanie

     
  9. ~darmowa wróżba

    29 listopada 2016 o 01:24

    niepowiązanie

     
 

  • RSS