RSS
 

Chelsea Teens!

24 kwi
"Chatroom" Hideo Nakaty to interesujący film, opowiadający o grupie brytyjskich nastolatków, którzy spotkali się w internetowym chatroomie i postanowili się zakumplować i rozmawiać ze sobą, jak często się da. 
Ich rozmowy szybko schodzą na nietypowe tematy. Takie, którymi niechętnie dzieliliby się z najbliższymi, w przestrachu przed oceną, niezrozumieniem, czy odrzuceniem. Tutaj, w internetowym światku, decydują się jednak odsłonić, zyskać pomoc od innych, podobnych do siebie osób. 

Szybko okazuje się jednak, że założyciel forum – William, interesuje się historiami innych nieco za mocno. Za bardzo dopytuje o szczegóły z ich życia osobistego. Poświęca im zbyt wiele uwagi. Doprowadzi to do tego, że zacznie bawić się z uczuciami innych. Manipulować ich zachowaniem. Najciekawsze, że trudno jest rozgryźć jego osobę. W pełni zrozumieć motywację jego zachowania. To bohater interesujący, przykuwający uwagę. Właśnie dlatego, że trudno w pełni pojąć, co nim kieruje. Dlaczego robi to, co robi. Elementy układanki, które mogą składać się na obraz przyczyn jego stanu ducha, są niepełne. Niedookreślone. A przez to tajemnicze. Aaron Johnson, który wcielił się w tego bohatera, bardzo dobrze wypadł na ekranie. Jest najbardziej rozbudowaną postacią, posiadającą najszerszy wachlarz cech. Właśnie jego osoba napędza akcję i przykuwa nas do ekranu. 

Można powiedzieć, że obraz Nakaty jest filmem mówiącym o zagubieniu i nieprzystosowaniu do realnego świata. O uczuciach odosobnienia, samotności, niezrozumienia. Oraz o poszukiwaniu pociechy w Internecie i wynikających z tego faktu niebezpieczeństw. 
Pod względem prowadzonej opowieści "Chatroom" przypomina więc "Salę Samobójcow" (kręconą mniej więcej w tym samym czasie). Filmowi Komasy, poprzez skupienie się na jednostkowym problemie, udało się jednak stworzyć posępniejszy, bardziej ponury klimat. Mimo, że sytuacja ukazana w jego filmie poprowadzona jest do ekstremum (będąc jednocześnie mniej prawdopodobna niż u Nakaty), przedstawiona jest bardziej wyraziście. Główną wadą "Chatroomu" jest bowiem jego zbytnia wielowątkowość. A w zasadzie wypływająca z niej płytkość i niedopracowanie poszczególnych scen i sytuacji. Gdyby twórcy mocniej skupili się na poszczególnych wątkach, mogliby wycisnąć z nich wiele emocji. A tak – bardziej prześlizgują się po konkretnych historiach, nie rozwijając ich w pełni. Nie dociskając emocjonalnego gazu. 
Na szczęście główny wątek, przedstawiający dążenie Willa do podburzenia jednego z członków grupy przeciwko samemu sobie, jest poprowadzony już całkiem zgrabnie. Niektóre sekwencje są w stanie trzymać w napięciu i budzić różnorodne emocje. Szkoda jednak, że nie udało się obdarzyć każdego z wątków filmu takim ich ładunkiem. Wtedy "Chatroom" oglądałoby się z ogromną przyjemnością. 

Na szczególną uwagę zasługuje strona techniczna obrazu. Jest bardzo dopracowana i prezentuje się wyjątkowo ciekawie. Scenografia, stroje, muzyka*, a przede wszystkim zabawa światłem, ukazująca kontrast między światem Internetu, a tym zewnętrznym, wyglądają naprawdę interesująco i cieszą oko.
Sam pomysł przedstawienia wirtualnego świata jest genialnie prosty i skuteczny. Przykuwający uwagę już od pierwszych scen. W reżyserskiej wizji, internetowy chatroom to bowiem zwyczajny pokój, znajdujący się pośród innych pomieszczeń, rozsianych w różnych miejscach jednego budynku. Bohaterowie, przebywający w tej przestrzeni, zachowują swoją twarz. Wyglądają tak samo, jak w "realu". Takie rozwiązanie umożliwiło ukazanie emocji, jakie rodzą się w bohaterach, pod wpływem internetowego kontaktu. 

"Chatroom" jest całkiem interesującą opowieścią. Nie żałuję czasu poświęconego na jej obejrzenie, choć uważam, że można ją było opowiedzieć jeszcze ciekawiej. W zaprezentowanej formie film Nakaty dostaje ode mnie ocenę 6,5/10. Sądzę też, że zasługuje na uwagę, jako "młodszy brat" "Sali Samobójców".

 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags:

Dodaj komentarz

 

 
  1. michal.broniszewski

    27 kwietnia 2012 o 08:28

    tyle razy już przekładano kinową premierę tego filmu, że chyba w końcu też się już skuszę i obejrzę. Choćby po to by porównać z Salą.

     
  2. Kaczy

    29 kwietnia 2012 o 21:43

    Na dodatek obecnie przy dacie premiery widnieje tylko enigmatyczne: 2012.
    Swoją drogą to nie jest film, który trzeba koniecznie oglądać w kinie, choć na wielki ekranie pewnie robiłby nieco większe wrażenie.
    Generalnie – obejrzeć zdecydowanie można, chociażby po to, by, jak sam mówisz – porównać z „Salą”. Zwłaszcza, że, przynajmniej moim zdaniem, polski film wygrywa z brytyjską produkcją. :)
    Z chęcią przeczytam co Ty sądzisz na ten temat. :)

     
 

  • RSS