RSS
 

Anticlimatic.

26 lip

Prometeusz” Ridleya Scotta to film (w zamierzeniu) opowiadający o poszukiwaniach „początków ludzkości” oraz odpowiedzi na pytanie: Kto stworzył człowieka? W celu rozwiązania tej odwiecznej zagadki, grupa naukowców udaje się na odległą planetę, która wydaje się skrywać wiele cennych informacji.

Tak w największym skrócie prezentuje się zarys fabularny obrazu. Trzeba przyznać, że tematyka jest obiecująca, więc historia mogła zostać opowiedziana w intrygujący sposób. Niestety – przekucie idei w pełnoprawny scenariusz zawiodło.

Głównym mankamentem „Prometeusza” jest słabe kreowanie napięcia. W wielu momentach zamiast je podbudowywać i rozciągać sekwencje, by wycisnąć z nich jak najwięcej emocji, związanych z oczekiwaniem na nieuchronne, twórcy decydują się pokazać nam daną sytuację od razu po jej zapowiedzi. Bez żadnego wstępu, od środka, natychmiast. Dobrze ilustruje to scena, w której pierwszy raz widzimy ogromny posąg głowy, która spogląda z większości plakatów. Jej pokazanie na ekranie powinno być odpowiednio przygotowane, zaskakujące, budzące dreszcz. W skrócie – powinno przypominać wejście do sali pełnej jaj w „Obcym„. Twórcy postawili jednak na zupełnie inny efekt. Jej pierwsze ukazanie na ekranie wygląda bowiem tak: bohaterowie otwierają drzwi, a za nimi, w pełnym świetle, stoi głowa. Widać ją od razu, w całej okazałości. Dodatkowo sami bohaterowie wydają się nieszczególnie przejmować tym znaleziskiem, nie okazując zbyt wiele entuzjazmu co do nowego odkrycia. Takie ujęcie zdecydowanie nie buduje napięcia, a wręcz skutecznie je zabija.

Drugim problemem jest ogromna liczba dziur scenariuszowych, niedomówień i niespójności. Na dodatek takich, które widoczne są na pierwszy rzut oka. Czasami da się bowiem takie nieścisłości przykryć klimatem, czy interesującym ciągiem zdarzeń, przez co człowiek jest w stanie przymknąć na nie oko. W tym jednak wypadku historia poprowadzona jest tak, że wychodzą one na światło dzienne z chwilą ich pojawienia, co zwyczajnie psuje seans i mocno irytuje. Należy dodać, że nawet jeśli jakieś odpowiedzi w tym filmie się pojawiają, są tak skonstruowane, że rodzą następne pytania, na które nie uzyskujemy już odpowiedzi. Widać, że swój wkład w pisanie scenariusza miał Damon Lindelof, jeden z czołowych scenarzystów „Lost„. Zabiegi stosowane w filmie przypominają bowiem te, które znamy z serialu. O ile jednak twórcom „Zagubionych” udało się utrzymać klimat niepewności i zagadkowości bardzo długo, o tyle w „Prometeuszu” w zasadzie od chwili wejściu do „piramidy” oba te elementy gdzieś się zatracają.

Warto wspomnieć, że teoretycznie motorem napędowym historii jest kwestia: kto stworzył ludzi? Ścieranie się koncepcji kreacjonistycznej z ewolucyjną. Scott, wraz ze scenarzystami zdają się jednak nie opowiadać po konkretniej stronie sporu, niejako łącząc oba pomysły ze sobą. Co więcej – prowadząc ten wątek „po łebkach”, jak gdyby od niechcenia, odbierają mu ważność i pokazują, że te dylematy tak naprawdę nie mają znaczenia.

Słaby scenariusz próbuje ratować całkiem przyzwoite aktorstwo oraz niezła muzyka. Najciekawiej wypadli Michael Fassbender i Noomi Rapace. Być może dlatego, że ich bohaterowie są najlepiej napisani i pojawiają się na ekranie najczęściej. Fassbender jako David – android, który uczy się bycia człowiekiem i próbuje zrozumieć pobudki i zachowania ludzkich członków załogi, intryguje swoim stylem bycia, minimalizmem mimiki oraz faktem, że nigdy nie wiadomo co mu chodzi po głowie. Jest niejednoznaczny, co przyciąga uwagę. Fassbender świetnie wypadł w tej roli, gdyż pokazał, że potrafi stworzyć pełnoprawnego bohatera, umiejętnie grając go jedynie na kilku wyrazach twarzy i robiąc to w pełni świadomie. Rapace również radzi sobie nieźle. Jako doktor Shaw, która wraz z narzeczonym odnalazła wskazówki do miejsca „pochodzenia człowieka” jest odpowiednio zdeterminowana, by jej misja się powiodła. Wprawdzie bywają momenty, gdy jest nieco bezwolna i zachowuje się nieodpowiedzialnie, jednak da się kupić tę kreację bez zgrzytania zębami, przy odrobinie dobrej woli. Reszta obsady stanowi jedynie tło historii. Nie dość, że niewiele się o niej dowiadujemy, to jeszcze jej obecność mało wnosi do samej opowieści. Trochę na zasadzie – są, bo przecież ekipa nie mogłaby być dwuosobowa.

Muzyka pasowała do obrazu. Była odpowiednio patetyczna, uderzała w odpowiednie nuty. Wprawdzie nie była to innowacja, tylko zbiór dźwięków, które słyszy się często w produkcjach akcji. Parę utworów silnie kojarzylo mi się z dokonaniami Johna Williamsa, tworzonymi do filmów Spielberga. Mimo wszystko w większości scen sprawdzała się dobrze. Spokojnie można ją zaliczyć na plus.

Warto wspomnieć o zdjęciach Dariusza Wolskiego. W moim odczuciu były jedynie niezłe. Najlepiej wypadł prolog, w którym widzimy piękne pejzaże Islandii, ukazane w sposób, który sugeruje, że oglądamy obcą planetę. Reszta zdjęć nie robi już takiego wrażenia. Brakuje w filmie kadrów, które zostałyby w pamięci na dłużej i urzekły swoją piękną kompozycją.

Niestety, zawiodłem się. „Prometeusz” mnie nie przekonal. Głównie z powodu luk scenariuszowych i niedomówień, ale w ogromnej mierze z powodu braku napięcia. Ten film był zwyczajnie antyklimatyczny. Z bólem serca, gdyż liczyłem na dużo więcej, wystawiam więc najnowszemu dziecku Ridleya Scotta ocenę 6/10. Niemniej nie zniechęcam Was, gdyż to jeden z tych filmów, o których warto wyrobić sobie samemu zdanie.


PS. Niezawodny zespół HISHE niedawno zaprezentował swoją przeróbkę „Prometeusza”, w której wyraźnie pokazał kilka z największych absurdów scenariusza. Jeśli widzieliście już film, to wideo powinno Wam się spodobać. Jeśli nie – to jeden wielki spoiler, więc oglądacie na własną odpowiedzialność.

 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags:

Dodaj komentarz

 

 
  1. milczacy_krytyk

    27 lipca 2012 o 01:00

    Coś czuję, że to będzie największe rozczarowanie tego roku. I nadal pojąć nie mogę jak można było spierniczyć tak bądź co bądź świetny pomysł na ten obraz. Że też akurat Lindelof musiał poprawiać scenariusz, a nie ktoś inny z głową bardziej na karku. To mógł być wielki obraz, szkoda, ogromna szkoda.

    A HISHE jest przecudowne! Dziś je właśnie obejrzałem i naśmiałem ogromnie. I nawet zakończenie w nim jest lepsze niż w samym filmie ;/

    Pozdrawiam!

     
  2. Kaczy

    29 lipca 2012 o 11:32

    No, ja właśnie też nie wiem czemu tak podszedł do tej historii. Chyba ktoś mu nie powiedział, że nie tworzy kolejnego sezonu „Lost”, tylko zamknięty obraz, film, który musi być spójny i tworzyć całość. Swoją drogą nadal mnie dziwi czemu Scott zaakceptował taki scenariusz? Przecież tam niedopracowanych elementów jest tyle, że aż głowa mała.
    Tak przy okazji – Tom u siebie rzucił fajną uwagę – że jest książka, która tematycznie bardzo przypomina wydarzenia „Prometeusza” i jest napisana z dużym sensem („Randevouzs with Rama”). Ciekawe czemu nie mogli poszukać inspiracji właśnie tam?

    Co do PS’a, to mi też niezmiernie się podoba, a końcówka moim zdaniem tak właśnie powinna wyglądać. Bo w obecnej formie, to bardziej zrobili nam wodę z mózgu niż połączyli te opowieści z sensem. Chyba, że rzeczywiście ma powstać „dwójka”? Ale nie wiem czy chciałbym ją oglądać, po „poziomie”, jaki zaprezentowano tutaj.

    Pozdrawiam też!

     
 

  • RSS