RSS
 

Mleko i Papaja*, czyli: My Awesome Days at Open’er Festival 2012

14 lip
Po raz czwarty wybrałem się na gdyński festiwal, by chłonąć feerię dźwięków i przeżywać wiele muzycznych uniesień. Do tegorocznego Open’era starałem się nawet przygotować bardziej niż w latach poprzednich, sprawdzając większą liczbę artystów niż zwykle. (Co zresztą można było śledzić na Facebookowym FanPage‚u). To działanie się opłaciło, gdyż nowo-poznane utwory automatem brzmiały dużo ciekawiej w wersji live. 

Nowa ekipa też dopisała (pozdrawiam serdecznie!) i było tak dobrze, że pobyt zleciał wyjątkowo szybko i nim się obejrzeliśmy, czas było wracać. Teraz nie pozostaje więc nic innego, jak zgodnie z tradycją spisać wrażenia po konkretnych koncertach, dla utrwalenia wpomnień i pozostawienia pamiątki dla przyszłych pokoleń. :P
Także, bez dalszych słów wstępu, oto tegoroczna, lekko grafomańska relacja z Open’er Festival.

Dzień 1
Pierwszym koncertem, na jaki się w tym roku udaliśmy, był występ tria:Fisz Emade Tworzywo. Panowie wypadli nieźle, choć trudno było tu dosłuchać się poziomu, jaki Fisz prezentuje w swoich materiałach solo, na czele z hitami: „Czerwona Sukienka”* i „Warszafka Płonie”*. Niemniej „Huragan” na tyle przypadł mi do gustu, że przez następne dni zdarzało mi się słyszeć jego refren, kołaczący się po głowie, a usłyszany mimochodem tekst: „Na kolorowym ksero kseruję swoją krew” ubawił mnie tak mocno, że musiałem go zapisać i się nim podzielić. Występ był zwyczajnie dobry, ale nie pozostawiający za sobą niezapomnianego wrażenia.

The Kills zaprezentowali zaś bardzo dobre, gitarowe granie, które przypadło mi do gustu, mimo że nie porwało i nie zawładnęło moim umysłem i ciałem. Być może jednak, gdyby koncert trwał dłużej niż godzina dziesięć minut, wkręciłbym się w tę muzykę bardziej. A tak – występ Killsów był zwyczajnie przyzwoity i zaostrzył jedynie apetyt na artystów występujących później. Najlepiej wypadły zaś hity: „Fuck The People” i „Sour Cherry„, które miały werwę podobną do swoich płytowych odpowiedników.

Po tym jak dwa lata temu Yeasayer nie przypadł mi do gustu, w tym postanowiłem dać zespołowi drugą szansę, bo na płycie prezentują się naprawdę dobrze. I opłaciło się! Tym razem panowie zdecydowanie nie zawiedli i słuchało się ich wyjątkowo dobrze. Drugi wolalista nauczył się śpiewać/wyleczył się z choroby, więc od razu słuchało się go 100 razy lepiej. Piosenki były żwawe i żywiołowe, więc takie, jak lubię najardziej. Nie było wprawdzie (albo ja przyszedłem za późno) mojego ukochanego „Rome”, ale „O.N.E” wyszło im bardzo dobrze, także radość jednak była. :)
(Tylko moglyby być dlłuższe te koncerty. Bo co to jest – 1h10min? A i Killsi i Yeasayer tyle właśnie grali).

Björk mam do powiedzenia tylko, że jej muzyka była dla mnie za spokojna i za malo w moim stylu. Także pobyłem pod sceną tylko przez kilka utworów i w moim odczuciu ten koncert był jedynie OK. A w zasadzie to w ogóle mnie nie obszedł.

W przeciwieństwie do występu Gogol Bordello! To była energia w najczystszej postaci i świetny sposób na naładowanie akumulatorów. Muzycy wiedzieli jak porwać publiczność i w 110% przekonać ich do swojej muzyki. Ten koncert miał wyśmienity klimat i rozpędzone tempo, co przełożyło się na ogólnę radość i uniesienie. Moc zdecydowanie była! Najlepszym momentem był ten, gdy muzycy zaprezentowali utwór „Break The Spell”, którym porwali nas tak mocno, że stał się on najczęściej przypominanym kawałkiem podczas wyjazdu! Zwyczajnie najlepszy koncert pierwszego dnia, co automatem zagwarantowało mu miejsce w Topie całego festiwalu. :) Świetna robota!

Niestety trafiłem tylko na ostatni utwór koncertu The Ting-Tings, więc nie wiem jak spisał się duet podczas całego występu. Jeśli jednak ostatni kawałek był wyznacznikiem ogólnego poziomu tego wydarzenia, powiedziałbym, że artyści wypadli świetnie. „That’s Not My Name„, które grali na końcu było bowiem naprawdę fajne, żwawe i wpadające w ucho. Może Ting-Tings pojawią się jeszcze kiedyś w Polsce, to będę mógł ocenić całość ich dokonań na żywo.

New Order zaprezentowali dobre, gitarowe, rockowo-popowe granie w brytyjskim stylu. Koncert rozkręcał się powoli, ale odkąd artyści zagrali najlepszą piosenkę swojej koncertowej setlisty, czyli „586″, złapali temat i zaprezentowali naprawdę wysoki poziom. Słuchało się ich z uśmiechem na ustach, patrząc jak tłum podryguje w rytm kolejnych utworów.

+ Słyszane przelotem:
Tres.B – jedyne, co zapisałem w notatkach pisanych na świeżo, to „fajne, gitarowe brzmenie”. Teraz jednak zupełnie nie pamiętam ich koncertu (no, poza gitarą w kształcie motyla), więc chyba jednak nie było aż tak dobre, skoro wyparłem je z pamięci. Sorry.
Dva – z początku spoko, później powtarzające się w utworach dźwięki zaczęły być nieco denerwujące. Nic więc dziwnego, że poza tymi uwagami, z koncertu tych Młodych Talentów nie pamiętam nic.

Dzień 2
Drugi dzień przywitał nas wszechogarniającą, gęstą, lepką i mokrą mgłą, która osiadła na całym terenie festiwalowego miasteczka. Widoczność była niewielka, ale trzeba przyznać, że ta mleczna otoczka dodawała pewnego uroku. Najlepszym jednak jest to, że w mieście tego dnia była piękna pogoda, dopiero nad Babimi Dołami rozciągało się to pogodowe kuriozum. ;)

Dzień rozpoczęliśmy spóźnieniem się na koncert Dry The River, który ominął nas w całości, gdyż w momencie, w którym weszliśmy do namiotu, padła właśnie ostatnia nuta. Nie usłyszeliśmy nawet fragmentu końcowego utworu, bo całość porządnie zagłuszała nam scena Młodych Talentów, której głośniki ustawione były wyjątkowo głośno. No nic – aż tak nam nie zależało!

Na pocieszenie powiem, że Młode Talenty, które grały tak głośno, były naprawdę dobre. Pipes and Pints, bo to właśnie ten zespół grał wtedy na scenie, to porządne rockowe granie, z przytupem i w akompaniamencie dud i ostrej perkusji. Naprawdę przyzwoite!

Niewiele mam do powiedzenia o projekcie Penderecki/Greenwood, poza tym, że dziwna muzyka wraz z wzszechogarniającą mgłą, tworzyła lekko „schizowy” klimat. Jeśli mam być w pełni szczery to nie podeszła mi ta mieszanina muzyki klasycznej z elektroniką. Słyszałem ciekawsze zestawienia tych gatunków.

Pablopavo i Praczas byli tylko OK. Pamiętając chilloutowy występ Pablopavo i Ludzików w słonecznym Krakowie oraz świetną energetyczną bombę w postaci zeszłorocznego koncertu Vavamuffin na tej samej scenie, tegoroczny występ prezentował się wręcz przeciętnie. Kawałki były nieco za spokojne, choć broniły się niezłymi tekstami. Najlepszy i tak pozostał kawałek z repertuaru Vava, a reszta przeszła przez tłum bez większego echa. NicTo! Pablo już pokazał co potrafi, teraz może grać w nowych projektach, jeśli ma na to ochotę. Dobrze, że wraca jednak do zgranej ekipy, bo wtedy wypada najlepiej.

Cieszę się niezmiernie, że dałem szansę grupie Bon Iver. O ile próby słuchania ich nagrań, skończyły się nieoczekiwanym fiaskiem*, o tyle koncertowo mnie do siebie przekonali. Na ich występie dobrze się bawiłem, wokal mi się (wreszcie) podobał, a spokojna muzyka dobrze współgrała z mglistą aurą wokół. Na dodatek klimatu dodawały stojące na scenie świece, a muzyka sączyła się miło z głośników, otaczając nas z każdej strony i ogrzewając nasze serca i umysły. Naprawdę mi się podobało! :)

Energetyczny występ Major Lazer był wyjątkowo dobrym wstępem do koncertu Justice. Dynamiczne połączenie różnych stylów muzycznych: dobrej elektroniki, dupstepu i dancehallu, doprawionych serią różnorodnych remiksów sprawił, że pod sceną była naprawdę porządna zabawa. Kontakt z publicznością zachowany, a jeden śmiałek z tłumu(?) nawet rozebrany na scenie. Takie rzeczy tylko na World Stage!

Justice, czyli tegoroczne elektroniczne „pierdolnięcie” nie zawiodlo! :D Zabawa na poziomie 100%, rozpoczęła się już od świetnego „Genesis” (od czego by innego?) i trwała do samego końca. Wprawdzie trochę żałuję, że Francuzi zagrali tylko 30sek mojego ulubionego „On’N'On”, szybko przechodząc do nastepnego utworu, ale cóź – najwyraźniej nie można mieć wszystkiego. Na szczęście pozostałe kawałki wypadły wyjątkowo dobrze, także było do czego skakać i tańczyć razem z tłumem. Zresztą szaleliśmy tak mocno, że aż zgubiłem okulary! Na szczęście szybko udało się je znaleźć i dziękować Bogu, że były nierozdeptane. Także ogólnie rzecz biorąc: dużo emocji, jestem zdecydowanie na tak, a występ Justice najlepiej podsumuje słowo: czad!, bądź gromki okrzyk: TAK!!!! :)

Dzień 3
Bloc Party wypadli przyzwoicie i dobrze bawiłem się na ich koncercie. Kele zdecydowanie dał radę na wokalu, za to muzyka momentami brzmiała bardzo nietypowo. (Np. o tym, że usłyszałem kawałek „Flux” dowiedziałem się z setlisty (sic!), tak inaczej był on zagrany). Mimo wszystko – zabawa była, a sam występ oceniam jako dobry, choć nie świetny. Wybaczam jednak, bo bardzo ich kiedyś lubiłem i nadal dobrze się ich słucha.
Dostaliśmy zresztą sporo kawałków z trzeciej płyty (której akurat nie znam) oraz kilka nowych utworów. Te najnowsze brzmiały zresztą na tyle ciekawie, że chyba skuszę się na krążek „Four”, gdy pojawi się już na sklepowych półkach pod koniec sierpnia. W bonusie i zupełnie nieoczekiwanie dostaliśmy też mini-cover „We Found Love” Rihanny i Calvina Harrisa, który Kele zaśpiewał przed jedną z piosenek. Nie ma to jak nietypowy wybór. ;)

Występ Franza Ferdinanda to bez dwóch zdań najlepszy koncert tegorocznej edycji! Na dodatek najbardziej tłoczny! :) To, co działo się pod sceną jest aż nie do opisania słowami. Tam zwyczajnie trzeba było być! Eksplozja emocji, energii i euforii aż zwalała z nóg. Prawdziwe szaleństwo! Wszystkie piosenki zyskały takiego pazura, że aż nie dało się ich potem słuchać w wersji z płyty, bo bladły w porównaniu z koncertowym wykonaniem. Panowie zaprezentowali też kilka nowych utworów, na czele z niezłym i całkiem zabawnym: „King of the Earth/King Of The Trees and Animals”. Najlepszym momentem był natomiast ten, gdy wszyscy członkowie zespołu zaczęli wspólnie „nachrzaniać” na perkusji*. Miód dla uszu, energia dla ciała i szeroki uśmiech na twarzy. Co tu dużo mówić – Franz jest stworzony dla takich scen! Ich koncert w Stodole z przed kilku lat, choć dobry, nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia, jak to, co panowie zaprezentowali w Gdyni. Klasa sama w sobie! Koncertowe zwierzęta, ot co!

Na występ M83 trafiłem pod koniec, przez co słyszałem jakieś cztery utwory. A, że wśród nich znalazło się też świeżo odkryte „Midnight City„, to nie narzekam. Końcówka była OK, ale nie wciągnął mnie ten koncert. Jedynie nieźle mi się go słuchało, choć może gdybym wpadł od początku wciągnąłbym się bardziej.

O ile na Franzu był dziki tłum, o tyle podczas występu The Cardigans pod sceną wiało pustkami. Luzy były tak duże, że bez najmniejszego problemu znaleźliśmy się tuż pod sceną. Dzięki temu z bliska mogliśmy zobaczyć, że Nina Persson nie wygląda na wokalistkę zespołu z dwudziestoletnim stażem. Muzycznie było natomiast przyjemnie, gdyż kawałki zespołu były w większości spokojne i chilloutowe, gdzieś pomiędzy popem, a lekkim rockiem, a takie brzmienie dobrze wypadło w ten ciepły lipcowy wieczór.

Ostatecznie nie dotarłem na występ Public Enemy, czego nieco żałuję, gdyż słyszałem, że był wyjątkowo udany. Na dodatek muzykom z Franza udało się na nim być, a nawet bawić na scenie. Ekipa z Bloc Party też gdzieś była w tłumie, bo Kele miał podczas swojego koncertu koszulkę z ich logo, a na swojej stronie zamieślili nawet to zdjęcie.

+ Słyszane Przelotem:
Panowie z Klezmafour, słyszani przelotem wypadli naprawdę nieźle, prezentując utwory z ciekawym akompaniamentem bębnów i skrzypiec, które szybko wpadły mi w ucho.
Przez chwilę byłem też na występie Julii Marcell, którą przywitały tłumy. Grane przez zespół utwory były przyzwoite, ale nie pozostały mi na dłużej w pamięci, dlatego nie mam o nich nic konkretnego do napisania.

Dzień 4
O ostatnim dniu można w skrócie powiedzieć, że w ogóle nie dało się odczuć, że to już finał. Jak na dzień zamykający, był on zwyczajnie za spokojny, zbyt melancholijny i nie robiący takiego wrażenia, jak powinien, pamiętając emocje z poprzednich lat. Na dodatek dzień rozpoczął się godzinnym seansem deszczu, który zmienił ziemię w błotnistą krainę. Trzeba przyznać, że takich warunków na Openerze jeszcze nie uświadczyłem. ;)

Tego dnia najlepiej wypadli chyba muzycy z Mumford and Sons, którzy zaprezentowali się z bardzo przyzwoitej strony, grając swoją mieszanką rocka i folku. W ucho w szczególności wpadł mi jeden z nowych utworów grupy oraz hit „Little Lion Man„, który na żywo brzmiał równie dobrze, jak na nagraniu. Artyści zrobili na mnie pozytywne wrażenie także tym, że nie tylko dziękowali widzom po polsku, ale odważyli się powiedzieć kilka słów więcej w naszym języku, serdecznie nas witając i ciesząc się z przyjazdu do naszego kraju. Miło z ich strony! ;) Ogólnie zrobili na mnie pozytywne wrażenie, także koncert oceniam na plus.

Występ The Mars Volta był za to nietypowym przeżyciem. Niby dobrze słuchało mi się dokonań grupy, ale zupełnie mnie one nie porwały. Nie wprawiły mojego ciała w ruch, choć pewne próby podgrygiwania do melodii były. To chyba przez brak chwytliwej linii melodycznej, która ustąpiła dźwiękom urywanym, ciągle zmienianym i nierozrkęcającym się w pełni. Jak gdyby muzycy nie mogli zdecydować, jaki fragment utworu chcą teraz grać, co chwila przeskakując do nowych nut, nowych zalążków melodii. Taka jest jednak chyba przypadłość rocka progresywnego, więc może nie powinienem się dziwić.
Wokalistę natomiast możnaby określić chyba tylko jako „dziwaka”. Dziwaka, który miał nietypowy i bardzo żywy kontakt z publicznością. Po odebraniu bukietu słoneczników od fanów, rozwalił je na perkusji, po czym cisnął pod scenę. Od innych pożyczył maskę koguta i zaśpiewał w niej cały utwór. Ogólnie rzecz biorąc starał się jak mógł, by urozmaicić ten występ i nawet nieźle mu to wyszło. Szkoda tylko, że mnie nie wciągnęło w pełni.

Na występie Janelle Monae byłem jedynie przez kilka utworów, w drodze z Maina do Tentu. Być może zostałbym nieco dłużej, gdyby nie kiepskie nagłośnienie tego koncertu, które sprawiło, że słabo było słychać wokalistkę. W związku z czym nawet te kilka utworów nie przykuło mojej uwagi na dłużej. Szkoda, bo singlowe „Tightrope” musiało brzmieć wyjątkowo ciekawie.

Na koncert Friendly Fires przyszliśmy lekko spóźnieni. Trafiliśmy na sam środek Tenta, w tłum ludzi. W ciągu 15 minut znaleźliśmy się jednak tuż pod sceną, tak łatwo było się tam przedostać. W trzecim rzędzie od barierki natrafiliśmy na lajtowe pogo, a co chwilę podnosiliśmy także kolejne osoby do stage-divingu. ;) Pod tym względem było więc wyjątkowo fajnie. Muzycznie też dopisało, choć trochę nie mogę odżałować, że nie usłyszałem na żywo ani „True Love”, ani „Photobooth”, ani nawet „Jump in the Pool„, czyli kawałków, które lubię chyba najbardziej z dorobku Brytyjczyków. Na szczęście było „Hawaian Air”, które utkwiło mi po tym koncercie w pamięci. W pełni wakacyjny klimat i przyjemne dźwięki sprawiły, że występ grupy Eda MacFalane’a bardzo mi się podobał.

Z koncertem The XX mam natomiast pewien problem. Sam nie do końca wiem co o nim myślę. Z jednej strony był udany i artyści zaprezentowali się z przyzwoitej strony. Z drugiej – był chyba nieco za spokojny, jak na Maina i tak dużą publikę. I czegoś mi w nim zwyczajnie zabrakło. Niby wszystko było na swoim miejscu, ale brakowało jakiegoś elementu, który przyciągnąłby moją uwagę i nie odpuścił. Może to jednak aura wszechogarniającego błota, nieprzerwanego tłumu i stania w nim samodzielnie? (Rozdzieliłem się wtedy z grupą, żeby znaleźć się jak najbliżej sceny). Nie mogę się pozbyć wrażenia, że ten koncert wypadłby lepiej, gdyby artyści grali w namiocie, bądź jakieś scenie klubowej. Być może ten występ wypadłby też inaczej, gdyby „był(a) możliwość odbioru w pozycji leżącej, na trawie, z gwiazdami nad głowami”, jak sugerowali autorzy strony Brotherhood of Opener. A tak – pełna ambiwalencja!
(Choć moje ulubione „Heart Skipped A Beat” wypadło dobrze!)

Ostatnim koncertem tegorocznej edycji był występ Brygady Kryzys, czyli jednego ze starych zespołów polskiej punk-rockowej sceny muzycznej. I cóż mogę o nim powiedzieć? Mógł być, choć niestety trochę bez polotu i szaleństwa. Widać, że panowie byli już nieco zmęczeni, a wiek też robił swoje. (Przepraszam). Na szczęście nie wypadli źle, tylko nie tak dobrze, jak mogilby, gdyby byli w pełni formy. Na koniec zagrali chyba najbardziej znaną „Centralę”, na bisa dorzucili „Gandzię” i ta próbka chyba wystarczy za opowieść, jak wyglądał cały koncert.

+ Koncert Cool Kids of Death był „bez szału”, jak mówią mi szybkie uwagi z telefonu. ;)
A słyszany przelotem występ grupy Volume w Alter Space był zwyczajnie masakryczny. „Rzępolenie” do potęgi czwartej, bez żadnego ładu, pomysłu, czy nawet linii melodycznej. Już wiem o co chodzi Tomowi B., gdy używa określenia: „bleeding ears” (krwawiące uszy). Tak – było aż tak źle! (Choć i tak pod sceną była garstka słuchaczy. Może przegrali jakiś zakład? :P)

Podsumowując: Najlepsze występy tegorocznej edycji to: Franz Ferdinand(!), Gogol Bordello, Justice i… (New Order?).

+ Kronikarska uwaga: Nie dotarliśmy na Silent Disco, choć byliśmy już trzy metry od wejscia :( Także zasada: „tak blisko, a tak daleko” w natarciu.

I to by było na tyle! Trochę się w tym roku rozszalałem z długością relacji, mam nadzieję, że dało się to czytać i że dotrwaliście do końca. ;) Na zakończenie dodam jeszcze, że bardzo serdecznie pozdrawiam moją wyjazdową ekipę, dzięki której bawiłem się wyśmienicie. :) Jeszcze raz: dzięki! :)
Podpisano: Kaczy, kurczę!* ;)

PS. * – Oh, the Inside Jokes! :P
PS2. Przepraszam za słabą jakość niektórych materiałów wideo, ale nie zawsze dało się znaleźć takie, które odpowiadałyby standardom. Na pocieszenie dorzucam odnaleziony zapis PEŁNYCH KONCERTÓW: The KillsPublic EnemyThe Mars Volta oraz Bloc Party, a jak w przyszłości znajdę zapis pozostałych wymienionych we wpisie utworów, to je tu dorzucę.
(PS3. Zdjęcia pochodzą z oficjalnego FanPage’a Openera, a konkretniej stąd: 1234).

 
Komentarze (4)

Napisane przez w kategorii Music

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. quentinho

    18 lipca 2012 o 18:28

    Ja byłem w Dolinie Charlotty na „Ray Manzarek&Robbie Krieger of THE DOORS”. Powaljący koncert, najlepszy na jakim byłem. Nie dość, że znaleźli wokalistę śpeiwającego praktycznie tak samo jak Morrison (Dave Brock), to na ddoatek mimo cholernej ulewy, zaciech na widowni był olbrzymi. Po prostu zaśpeiwać z trzema tysiami widzów „Light My Fire” i zachrypnąć – bezcenne :)

     
  2. Kaczy

    19 lipca 2012 o 15:32

    No to super! :D Koncerty są właśnie po to, by dawać niezapomniane wrażenia i zapewniać energetycznego kopa na długi czas! Także cieszę się niezmiernie, że się dobrze bawiłeś. Zresztą widać, że ten występ zrobił na Tobie piorunujące wrażenie, bo na Filmwebie widziałem, że dodałeś chyba wszystkie możliwe filmy o Doorsach! :)

     
  3. quentinho

    20 lipca 2012 o 14:24

    „Doors” kocham od bardzo dawna, ale dopiero po koncercie mnie naszło, by sprawdzić, ile filmów o nich nakręcili :D No i szczena opadła :D Trza nadrobić zatem sporo :D

     
  4. Kaczy

    21 lipca 2012 o 12:20

    Tak właśnie przypuszczałem! :)
    Chodziło mi właśnie o to, że po koncercie Twoja miłość musiała wzrosnąć, skoro tak ochoczo rzuciłeś się na produkcje filmowe im poświęcone. :)

     
 

  • RSS