RSS
 

The Final Chapter

28 lip

The Dark Knight Rises”, czyli zwieńczenie trylogii Christophera Nolana o Mrocznym Rycerzu, to film, który w ciekawy sposób domyka wątki opowieści o Batmanie.

Jako, że obraz stanowi jedną z najbardziej oczekiwanych premier tego roku, postanowiłem nie pisać zbyt wiele o samej fabule, by nie psuć Wam zabawy z odkrywania jej samemu. Zauważę jedynie, że scenariusz napisany jest z sensem, wydarzenia budzą emocje, zwroty akcji zaskakują, a dodatkowym plusem są liczne odniesienia do poprzednich części cyklu, dzięki którym widać, że ta historia to większa, spójna całość. Gdyby się uprzeć, dałoby się wprawdzie znaleźć kilka niedomówień, jednak zupełnie nie psują one seansu, gdyż rekompensowane są klimatem, wciągającą akcją oraz wyśmienitym aktorstwem.

Film stara się uderzać w wyższe tony i stawiać poważniejsze, egzystencjalne pytania. Jak mantra powraca tu znane z „Batman Początek”: „Czemu Upadamy?! (By nauczyć się podnosić z powrotem na nogi!)”. Mimo, że stawka jest wysoka, a podobne pytania się piętrzą, nie osiągnięto tu tak wysokiego poziomu podniosłości, jak w „Mrocznym Rycerzu“. Być może dlatego, że Bane, mimo całego swojego nikczemnego charakteru i dążenia do zniszczenia miasta, nie stanowi takiego wcielenia Zła, jakim był Joker. „Nikt nie panikuje, gdy wszystko idzie zgodnie z planem”, jak zauważył sam umalowany złoczyńca. I właśnie w tym tkwi chyba pewien problem z postacią Bane’a. Jego motywacja jest zbyt zrozumiała, za łatwa do opisania, by poruszać tak bardzo, jak działania poprzednika. To po prostu inny typ złoczyńcy. Łatwiej go zrozumieć, co sprawia, że nie budzi tak dużej grozy. Najbardziej obawiamy się przecież tego, kogo nie do końca rozumiemy. Taka osoba jest wtedy zupełnie nieprzewidywalna. Bane taki nie jest. Swój plan wprowadza w życie systematycznie i z pełną premedytacją. Mimo wszystko – jest godnym przeciwnikiem Batmana.

Dzieje się tak dlatego, że Tom Hardy staje na wysokości zadania i tworzy ciekawego bohatera. Mimo że dysponuje jedynie głosem oraz odsłoniętymi oczami, gdyż resztę twarzy skrywa za nietypową maską. Jego czyny stanowią jednak wystarczający dowód na nieugiętość jego charakteru. Bane jest interesującym wrogiem, ponieważ udaje mu się wprowadzić w życie to, co próbowali zrobić wcześniejsi przeciwnicy Batmana – doprowadzić do zagłady miasta, pogrążając je w totalnym chaosie, niszcząc urzędy władzy i oddając ją w ręce ludzi.

Równie dobrze sprawdziła się Anne Hathaway, jako włamywaczka Selina Kyle, znana również jako Catwoman. Jest kobieca, zadziorna i w ułamku sekund potrafi przejść od niewinnej, bezbronnej niewiasty, w pokazującą pazury dziewczynę, która doskonale wie czego chce i nie zawaha się przed niczym, by swój cel osiągnąć. Ta postać intryguje i przyciąga uwagę. A choć dowiadujemy się o niej wielu rzeczy, nie miałbym nic przeciwko, by bohaterka była jeszcze bardziej rozbudowana i pojawiała się na ekranie częściej.

Nieźle wypadł też Joseph Gordon-Lewitt, jako policjant, który wierzy w stare zasady i stara się żyć zgodnie z pewnym uznanym kodeksem wartości. Jest ciekawą postacią, zwłaszcza, gdy weźmiemy pod uwagę jego wpływ na komisarza Gordona oraz ich wzajemną, wręcz mentorską relację.
O tej dwójce chętnie dowiedziałbym się zresztą jeszcze więcej, jednak w napływie wątków rozumiem czemu nie było to możliwe. Uczucie pewnego niedosytu wynika zaś z faktu, że bohaterowie są tak interesująco zarysowani, że z przyjemnością spędziłbym z nimi więcej czasu.

Ekipa znana z poprzednich części również stanęła na wysokości zadania. Zaprezentowała się z najlepszej strony, urzekając nas występami, do któregych przyzwyczaiła w tej serii. Cieszy również fakt, że można tu oglądać niemal całą obsadę „Incepcji„. Sprawdziła się tutaj równie dobrze, co w poprzednim obrazie Nolana, dlatego jej angaż do finału Batmana cieszy. Duży uśmiech pojawił się na mej twarzy, gdy w króciusieńkiej roli pojawiła się nawet Ellen Page. (A przynajmniej aktorka wyglądająca, jak ona).

Zabrakło wprawdzie roli na miarę Jokera Heatha Ledgera, jednak trudno jest się też do czegokolwiek przyczepić. Na dodatek tym wyraźniej widać, jak doskonałą kreację stworzył świętej pamięci aktor i jak trudno jest ten wyczyn powtórzyć.

Muzyka jest znakomita. W dużej mierze dlatego, że często słychać tutaj główny temat muzyczny Batmanów Nolana, który robrzmiewał wielokrotnie w „Mrocznym Rycerzu”. Brzmi majestatycznie i podniośle, przez co nadaje filmowi klimatu. Utworów Hansa Zimmera słucha się doskonale, gdyż niosą one ogromny ładunek emocjonalny i nie sposób przejść obok nich obojętnie. Muzyka porusza w człowieku odpowiednie „struny” i wprowadza w odpowiedni nastrój. Warto też wspomnieć o umiejętnym wykorzystaniu momentów ciszy. Sekwencji bez akompaniamentu muzyki jest w tym filmie kilka i za każdym razem robią one wrażenie. Ten zabieg sprawia, że jeszcze bardziej przeżywamy to, co widzimy na ekranie, gdyż nic nie odciąga naszej uwagi od samego obrazu. Bardzo śmiały zabieg, który sprawdził się wyjątkowo dobrze. Te momenty mocno się dzięki temu wybijają, gdyż cisza aż rezonuje wtedy w uszach. Świetny pomysł!

Co tu dużo mówić – podobało mi się! Choć film nie porwał mnie i nie wciągnął tak mocno, jak poprzednik, bawiłem się wyjątkowo dobrze i bardzo chętnie udam się na ponowny seans! Na razie jednak stwierdzam, że finał zrobił na mnie mniejsze wrażenie niż wyśmienity „The Dark Knight”, dlatego po pierwszym seansie wystawiam mu „tylko” mocne 8/10. Do pełni szczęścia zabrakło mi tej nutki szaleństwa i nieokiełznania, która stanowiła największą siłę „drugiego rozdziału” opowieści. Poprzednim obrazem z serii Nolan postawił poprzeczkę tak wysoko, że trudno ją było przeskoczyć. I choć w moim odczuciu to zadanie się nie udało, nietrudno dostrzeć, że dostaliśmy film, stanowiący świetną rozrywkę, który ogląda się z dużym zainteresowaniem. Na pewno warto zobaczyć go w kinie i dać się porwać wizji Nolana, choć ta odbiega nieco od tego, co pokazywano w dwóch poprzednich filmach.

PS. Zastanawia mnie też czemu Gotham wygląda inaczej niż we wcześniejszych odsłonach opowieści. Bardzo mocno przypomina Nowy York, choć wcześniej było bardziej jak Chicago. Muszę przyznać, że ta zmiana mnie zaskoczyła, bo miejsce akcji przecież się nie zmieniło.

 
Komentarze (9)

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags:

Dodaj komentarz

 

 
  1. milczacy_krytyk

    29 lipca 2012 o 01:56

    Właściwie zgadzam się ze wszystkim co napisałeś. Podobało mi się, chwilami bardzo, choć pozostał pewien niedosyt, bo jednak nie wciągnęło mnie tak mocno jak przy poprzedniej części. Może drugi seans będzie lepszy. Tak było w przypadku „Incepcji” może i „… Rises” takie się okaże :]

    A co do pytania w PS. to odpowiedź jest całkiem prosta: bo zdjęcia do tej części kręcono (m.in.) w Nowym Jorku, a nie tak jak poprzednio w Chicago. A zmiana być może wynika z tego, że Manhattan zdecydowanie bardziej nadaje się do „grania” miasta na wyspie, które można odciąć od reszty świata niż właśnie Chicago ;)

    Pozdrawiam

     
  2. Kaczy

    29 lipca 2012 o 11:36

    „Incepcja” już przy pierwszym seansie zwaliła mnie z nóg i dała taką radochę, jak dawno żaden film! :)
    Prawdą jest jednak, że „Rises”, choć pozostawił niedosyt (pewnie z powodu tych niemożliwych do spełnienia oczekiwań, które zrodziły się po doskonałym „Dark Knight”), to jednak seans skończyłem z uśmiechem i „Ja chcę jeszcze raz” przelatującym przez głowę. Także trzeba przyznać, że film się udał! :)

    Jeśli chodzi o PS’a, to ja TO akurat rozumiem i zauważyłem. ;) I mimo, że ta zmiana pewnie rzeczywiście jest podyktowana tym o czym piszesz, nie zmienia to faktu, że mnie zaskoczyła i nie przekonała w 100%. Skoro to ma być spójna wizja, to czemu zezwolono na zmianę? Tzn. wiesz – aż tak mi to nie przeszkadzało, tylko trochę trudno się było przestawić. Zresztą taką samą reakcję miałem, jak diametralnie zmienili Hogwart w trzecim Potterze. To tworzy taką nieścisłość pewną, choć nie oznacza, że nowe miasto/nowe okolice zamku nie sprawdziły się dobrze. Tylko, że odstają od wcześniejszej wizji, więc trzeba się na to przestawić. ;)

    Pozdrawiam, przy okazji mówiąc, że za komentowanie u Ciebie zabiorę się w niedalekiej przyszłości. ;)

     
  3. michal.broniszewski

    29 lipca 2012 o 12:25

    a ja dopiero jutro obejrzę….:(

     
  4. milczacy_krytyk

    30 lipca 2012 o 01:10

    Z Gotham w Nolanowskiej trylogii Batmana jest w ogóle chyba największy problem, bo w tych filmach nie ma żadnej spójnej wizji tego miasta. W każdej części wygląda ono inaczej, choć mnie zmiana jego wyglądu zaskoczyła bardziej przy poprzedniej części, gdy z mrocznej trudnej do określenia metropolii zamieniło się ono w Chicago. Rozumiem czemu Nolan nie udziwnił tego miasta tak jak Burton, ale ten brak spójności dziwi równie mocno jak Ciebie.

    Hogwart zmienił się w trzeciej części HP? Zupełnie tego nie zauważyłem :D

    Pozdrawiam ;)

     
  5. Kaczy

    30 lipca 2012 o 01:47

    -> Michał
    No, ale to nie ma co się smucić! Czeka Cię świetna rozrywka! :D

    -> Milczący
    Hmm – to prawda, CHOĆ między „Początkiem”, a „Mrocznym Rycerzem” nie różnią się jeszcze tak diametralnie. Tzn. TAK – wycięto całą część z Narrows i Arkham Asylum, ALE są też miejsca, które wyglądają tak samo. Na przykład pościg w obu częściach dzieje się w niemal tych samych podziemiach, na tych samych ulicach. Także akurat ta zmiana między „jedynką”, a „dwójką” nie była dla mnie trudna do przełknięcia. Odebrałem to trochę tak, jakbyśmy oglądali po prostu inną część miasta.
    Natomiast w „trójce” ta wizja już bardzo mocno odstaje, bo przecież Chicago to nie Nowy York! ;)

    Gotham u Burtona jest za to bardzo spójne. Akcja praktycznie dzieje się w tych samych miejscach, a jak pojawiają się nowe, to od razu wiadomo, że są w obrębie tego samego miasta. ;) Na dodatek wygląd metropolii jest bardzo w jego stylu. Niektóre miejsca są wyraźnie wykreowane w jego głowie (cmentarze, ZOO(!), nawet wygląd drzew(!) – wszystkie automatem odnosiły mnie do „Nightmare Before Christmas”). Na dodatek kumpel zwrócił mi ostatnio uwagę i ma w tym dużo racji, że Gotham u Burtona bardzo silnie inspirowane jest Metropolis.

    W ogóle cieszę się niezmiernie, że ta dyskusja się wywiązała, bo akurat mam na mega świeżo te filmy, więc różnice w wizjach miasta też silnie rzuciły mi się w oczy. Pewnie też dlatego to zauważyłem podczas seansu i tutaj skrzętnie wynotowałem. ;)

    Jeśli zaś chodzi o Hogwart, to – serio nie zauważyłeś?! Przecież tam się zmieniła calusieńka okolica zamku oraz rozkład wyjść, itd., nie mówiąc już o innej chatce Hagrida, nowej Wierzbie Bijącej and so on. To się tak ogromnie rzucało w oczy, że aż mnie zaskoczyłeś tym, co mówisz. ;)

    Pozdrawiam serdecznie! :)

     
  6. milczacy_krytyk

    31 lipca 2012 o 23:29

    Z „Początku” niestety bardzo mało już pamiętam, to co najwyraźniej mi w pamięci zostało to ostatnie sceny w pociągu nad miastem, zupełnie nie pasujące do żadnej metropolii i pewnie stąd to moje wrażenie, że jest większa różnica między jedynką i dwójką niż dwójką a trójką. Bo w Mrocznych Rycerzach Gotham jest sklejką prawdziwych miast, a w jedynce ani tak wielkim dziwadłem jak Gotham Burtona (tak, tak Metropolis się kłania), ani też tak ‚zwykłym’ miastem jak Chicago czy NY.

    Naprawdę nie zauważyłem tej zmiany ;] Nie pamiętam przynajmniej większych różnic. To co jednak mnie przy trójce zaskoczyło już w przy pierwszych zwiastunach, to to, że bohaterowie zamiast przez większość czasu biegać w szkolnych szatach, nawet w Hogwarcie ubrani byli jak zwykłe nastolatki.

    Pozdrawiam

     
  7. Kaczy

    3 sierpnia 2012 o 11:15

    Tak, pociąg dojeżdżający do Wayne Tower niejako górującego nad miastem, to coś nietypowego, choć w Chicago też jeżdżą podobne pociągi. No i właśnie – w „Mrocznym Rycerzu” też jest scena pod takim torem kolejki, stąd też może moje podejście, że to to samo miasto, tylko inny jego wycinek.
    Ale uwaga a propos nieprzypominającej niczego Metropolii w „jedynce” – true! To miasto samo w sobie – Gotham City właśnie. :)
    (CHOĆ już wtedy zawierającym w sobie elementy Chicago, bo np. podziemne ulice w tym mieście też są. Miasto pod miastem, rozciągające się pod znaczną częścią centrum!)

    Hmm – no to bardzo ciekawe. :) Mi się od razu rzuciła i choć rzeczywiście seria na tym skorzystała, z początku miałem reakcję: Ale jak to?! No, ale to wszystko może wynikać z faktu, że ja te filmy oglądałem ciągiem, tzn. do trójki „przygotowywałem” się, przypominając poprzednie części, do czwórki chyba też, (potem dopiero do siódemki nadrobiłem całość), więc może stąd łatwiej mi było to dostrzec?
    Co do ubran jeszcze, to tak – ta zmiana tez nastapila. Chyba miala na celu takie urealnienie opowiesci, czy cos, jesli dobrze pamietam. Zreszta chyba wygodniej im bylo latac po okolicy w takich ciuchach niz w szatach, które mogą o wszystko zaraz zahaczyć. :P

    Pozdrawiam i do napisania! ;)

     
  8. ~Alek

    7 sierpnia 2012 o 22:10

    Swoją drogą, Ellen Page nie grała, wydaje mi się, że mylisz ją z Juno Temple (grała koleżankę Seliny Kyle)

    Pozdrawiam :)

     
    • ~Kaczy

      7 sierpnia 2012 o 23:01

      Nie, ta zbieżność nazwisk akurat jest super zabawna i ją wychwyciłem, ale mi chodziło o inną postać, pojawiającą się na dosłownie jedną scenę – Matkę Dziecka Urodzonego w Więzieniu. Tamta aktorka jest mega podobna do Ellen Page. Juno Temple (ta prawdziwa) już nie! ;)

      Pozdrawiam również! :)

       
 

  • RSS