RSS
 

Champion Sound(s), czyli Cool Times at CLMF ‘12

22 sie

W tym roku znów udało mi się odwiedzić Kraków podczas Coke Live Music Festival. I ponownie bardzo dobrze się bawiłem. Chętnie podzielę się swoimi wrażeniami, dlatego zapraszam na relację z tegorocznej edycji festiwalu.

Dzień 1

Pierwszy dzień rozpoczęliśmy wpadnięciem na kawałek koncertu grupy Kim Nowak, czyli kolejnego projektu braci Waglewskich, który oglądaliśmy w tym roku na żywo. Rockowe, żwawsze granie sprawdziło się dobrze, jako otwarcie imprezy. Również spokojniejsze kawałki prezentowały się przyzwoicie, choć wciągały nieco mniej. W skrócie – było OK.

Na drugi ogień poszedł występ grupy Fair Weather Friends. Ten polski zespół zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Wrażenie zrobiła na mnie różnorodna stylistyka utworów oraz interesujący tembr głosu wokalisty. Momentami brzmiał bowiem dokładnie jak Caleb Followill, by w innych utworach przywodzić na myśl specyficzny głos wokalisty Everything Everything. Za każdym razem brzmiał jednak dobrze i razem z muzyką mocno wpadał w ucho.
W zasadzie cały występ przypadł mi do gustu. Nie obszedł mnie jedynie jeden kawałek, w którym wykonawcy postanowili zsamplować utwory Blur i Florence + The Machine. Brzmiało to dziwnie i było zupełnie zbyteczne. Sam utwór miał wystarczająco dobry podkład muzyczny, by nie musieć podpierać go kawałkami innych artystów. Poza tym jednym utworem, rockowe, popowe, nieco hip-hopowe, czy wpadające w r&b kawałki grupy brzmiały już ciekawie. A wykorzystanie „Fortune Player” w niezłej reklamówce festiwalu uważam za strzał w dziesiątkę.

Koncert Mystery Jets był natomiast przeżyciem niemal detektywistycznym. Rozwiązywanie różnorodnych tajemnic zespołu zajęło nam znaczną część występu. Poszukiwaliśmy odpowiedzi na piętrzace się pytania: Czemu wokalista pryszedł o kulach? Gitarzysta jest jego ojcem? Co?! Jak to?! Czy Blaine ma flagę polską na kamizelce? Odkrywanie tych „tajemnic” umilała nam przyjemna popowo-rockowa muzyka zespołu. W głowie najbardziej zostało „Two Doors Down„, jednak wszystkie utwory szybko zdobyły naszą przychylność, dzięki swojemu interesującemu brzmieniu.
Ciekawymi były też podejmowane przez wokalistę próby mówienia po polsku, na czele z (niecodziennym) „Bóg z Wami”. Mystery Jets wywarli na nas na tyle pozytywne wrażenie, że byliśmy szczerze zawiedzeni, że grali jedynie godzinę.

Zwłaszcza, że muzycy z The Roots rozkręcali się powoli. Przez pierwsze pół godziny byli jedynie nieźli, ale nie przykuwający pełnej uwagi. Jak gdyby robili sobie rozgrzewkę przed właściwą cześcią występu. Ta nastąpiła, gdy perkusista z bębniarzem zrobili małą „bitwę na dźwięki”. Po tym „preludium” muzycy dostali energetycznego kopa i zaprezentowali się z dużo lepszej strony. Zaczęli grać bardziej „zadziorne”, rockujące utwory, zapętlajac muzykę tak, by dany utwór nie kończył się jak najdłużej. Wypadło to dobrze, gdyż publiczność rownież nie chciała końca co lepszych kawałków.
Rootsi oprócz swoich najbardziej znanych utworow (z „The Seed” na czele), zaprezentowali również dwa z repertuaru innych artystów. Konkretniej – Guns & Roses i Led Zeppelin. Ich wersje „Sweet Child o’ Mine” i „Immigrant Song” brzmiały przyzwoicie, choć nie umywały się do oryginałów.
Fajnymi momentami były również zastygnięcia muzyków jak w stopklatce. Najlepiej wypadł w tym gitarzysta, który w jednej pozycji wytrzymał trzy metry od barierki, znajdując się idealnie poza zasięgiem rąk fanek. Muzyk był nieubłagany i nie przysunął się ani o milimetr, pozostawiając fanki z niedosytem. Wyglądało to nad wyraz dobrze, choć fanki musiały być zawiedzione. ;)
Było dobrze, co tu dużo mówić.

The Killers zaczęli natomiast z grubej rury, już na samym początku grając „Somebody Told Me”, dzięki czemu już od pierwszych chwil zyskali przychylność publiczności i uruchomili w nich pokłady energii i tanecznych ruchów.
Póżniej było równie dobrze. Brandon ma bardzo dobry wokal na żywo, łapie niezły kontakt z publiką, także zabawa była przednia. Killersi zagrali dużo hitów, na czele z „Mr.Brightside„, „Read My Mind”, czy „Spacemenem”, a także uraczyli nas kilkoma nowymi kompozycjami, z czego najlepiej wypadł utwór „From Here On Out”, zagrany podczas bisów. Natomiast świetne i chóralne/tłumne wykonanie „All These Things That I’ve Done” sprawiło, że fraza „I’ve got soul, but I’m not a soldier” stała się niejako hymnem naszego wyjazdu, najczęściej śpiewaną piosenką.

Warto wspomnieć też o niezłym wystroju sceny, z konturem góry oraz postawioną na niej literką K. Uwagę przykuwał też Piorun, ustawiony (prawie) na środku sceny, skrywający keyboard Brandona. Zresztą w pewnym momencie w górę poleciala chmura konfetti, przyciętego w te dwa kształty, także każdy mógł zaopatrzyć się w swój prywatny zestaw symboli zespołu.
Na uwagę zasługuje też fakt, że podczas bisów, Brandon wyszedł na scenę w czerwonej koszulce z polskim godłem, co stanowilo bardzo mily akcent.

Killersi dali energetyczny, bardzo dobry występ, który jednak nie umywał się do tego, co na Openerze zaprezentował Franz Ferdinand. To chwilowo mój koncertowy #1 i chyba sporo czasu minie zanim jakiś zespół ich przebije.

Wpadliśmy też na kilka utworów polskiego tria Kamp!. Panowie grali wporządku elektronikę, której miło się słuchało, choć nie porwała nas do tańca. Niemniej dokonania kapeli prezentowały się na tyle dobrze, że koncert stanowił dobre zwieńczenie udanego dnia.

Pierwszy dzień skończylismy jednak tak naprawdę dopiero wypadem do Silent Disco. W końcu udało nam się dotrzeć na tę imprezę w słuchawkach. Od lat próbowaliśmy się na nią dostać, ale dopiero teraz dopięliśmy swego. Muszę przyznać, że było to całkiem zabawne doświadczenie. Dwa, a potem trzy kanały muzyczne – dwa klubowe i jeden pełen starych hitów, głównie z lat 80-tych, zapewniały nam dobrą rozrywkę. Szybko dało się zorientować, że większość osób wybrała właśnie trzeci kanał. Refreny piosenek śpiewane chóralnie wypełniały bowiem co chwila namiot Silent Disco. Wystarczyło na chwilę zdjąć słuchawki, by przekonać się, że brzmi to nad wyraz ciekawie. Zabawa była więc udana i dobrze przygotowała nas na emocje drugiego dnia.

Dzień 2

Niedzielę rozpoczęliśmy występem Crystal Fighters, którzy zaprezentowali się z najlepszej strony. Już od początku zaskoczyli dawką pozytywnej energii i muzyką, przywodzącą na myśl cygańskie granie. Tłum był zachwycony i chętnie podrygiwał w rytm kolejnych utworów. Mi też bardzo się podobało, wkręciłem się w większość kawałków, a największe wrażenie zrobiły na mnie: „Champion Sound” i „Xtatic Truth„. Zresztą te dwa utwory tak mocno zapadły mi w pamięci, że stanowiły też podkład pod pisanie tego tekstu. Bardzo ciekawe, wpadajace w ucho kompozycje, które automatycznie chce się puszczać na instant-repeatcie. Zresztą cały koncert wywarł na mnie wrażenie – swoim klimatem, energetycznymi bombami, zdetonowanymi przez żywą muzykę oraz kilkoma spokojniejszymi utworami, które rownież dobrze bujały publiczność. Szkoda, że muzycy grali tylko godzinę.

Występ Snoop Dogga też był przyzwoity. Artysta wyszedł na scenę przy dźwiękach jednego z najstarszych hitow – „Still Dre” i szybko zahaczył o swoje najbardziej znane dokonania. Włączając w to utwory, w których wystepuje gościnnie. Plusem było to, że odwrotnie niż Kanye w zeszłym roku, Snoop śpiewał całe kawałki, nie tylko swoje fragmenty tekstu. Tym sposobem usłyszeliśmy nawet jak nawija w takich utworach, jak „California Girls”, czy „Signs”. Wypadło to lepiej i naturalniej niż puszczanie samego podkładu, jak to zrobił West. Snoop zaprezentował też kilka utworów z nadchodzącego krążka, czyli owoc prac pod pseudonimem Snoop Lion (born in Zion). Reggujące kawałki wypadły nieźle, choć nie przykuły takiej uwagi, jak rapowe utwory artysty. Świetnie wypadł w szczególności kawałek „Young Wild and Free„, śpiewany wraz z tłumem na zakończenie występu.

Warto wspomnieć też o zaskakującej oprawie koncertu. O ile flaga w kolory rastafariańskie z podobizną Snoopa była jeszcze zrozumiała, o tyle obecność faceta w stroju psa już nieco dziwiła. Zwłaszcza, że oprócz podpalania ogromnego jointa, pies wymachiwał też ogromnym penisem. WTF?! Snoop wykazał się też bardziej wyszukanym poczuciem humoru, gdy podczas jednego z pierwszych utworów zachęcił publikę do wyciągnięcia telefonów, a następnie przybrał odpowiednią pozę i rzucił: „A teraz zróbcie zdjęcie”. Szczwany! ;) Ogólnie rzecz biorąc – było nieźle!

Koncert Placebo też należy zaliczyć do udanych. Mimo, że jedynie kilka utworów mocno mnie porwało, całość była na tyle melodyjna, przemyślana i dobrze dobrana, że nie sposób było się nudzić. Wielką radość sprawiło mi, że muzycy zagrali także mój ulubiony utwór w ich dorobku, który de facto jest coverem kogoś innego (Kate Bush). Mowa o utworze „Running Up That Hill”, który urzekł mnie swoim spokojnym brzmieniem i ogromnymi pokładami klimatu już za pierszym razem, gdy go usłyszałem kilka lat temu (w pierwszym odcinku czwartej serii „O.C”), a w wersji koncertowej wypadł równie dobrze. Sprawdziły się też utwory z nowej płyty, na czele z „Battle For The Sun”.

Muzycy utrzymywali też fajny kontakt z publicznością. Szczególnie gitarzysta, który nie dość, że schodził ze sceny, by przywitać się z fanami, to jeszcze zachęcał ich do działania podczas konkursu o głośne krzyczenie. Nawet Brianowi zdarzyło się rzucić kilka uwag w stronę publiczności, a to ponoć nie zdarza się często na koncertach jego zespołu. Ten musiał być więc wyjątkowy. :) Dla mnie był zwyczajnie udany!

Dzień zakończyliśmy występem grupy Azari & III. Było to przyjemne klubowe granie, które wyciągnęło z nas jeszcze kilka nieskrępowanych, tanecznych ruchów. Szczególnie dynamicznie było podczas takich kawałków, jak „Manic”, czy „Reckless with your love”. I mimo, że poznałem te kawałki dopiero podczas koncertu, bawiłem się tak dobrze, jakbym znał je od dawna. :) Także, jak dla mnie – idealne  zakończenie udanej dwudniowej imprezy.

 

I to by było tyle, jeśli chodzi o tegoroczną relację. Na zakończenie chciałem serdecznie pozdrowić moją festiwalową ekipę, podziękować za świetną zabawę, a jednocześnie przeprosić Was za grafomański styl tego wpisu. Po raz kolejny przekonuję się, że pisanie o muzyce to nie taka prosta sprawa. Może czas zrozumieć Pana Gouldę i jego teksty najeżone dziwnymi nazwami? ;P

PS. Sorry za brak wszystkich wideo do wersji live wymienianych piosenek, ale nie zawsze dało się znaleźć coś sensownego.

PS2. W bonusie dorzucam krótką przebieżkę po kilku koncertach, dzięki uprzejmości InteriaTV: The Killers, Crystal Fighters, Mystery Jets.

(Zdjęcia pochodzą z oficjalnego FanPage’a Coke’a: 1,2)

 
Komentarze (4)

Napisane przez w kategorii Music

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Łukasz Korczewski

    22 sierpnia 2012 o 22:54

    Dzięki za rzetelną relację.Tym mocniej, że kontuzja kostki uniemożliwiła mi uczestnictwo w tegorocznym Coke’u.

    Pozdrawiam ;)

     
    • ~Kaczy

      23 sierpnia 2012 o 15:24

      Cieszę się, że mogłem pomóc w takim razie. :)

      Również pozdrawiam oraz witam na stronie! :)

       
  2. ~michal.broniszewski

    26 sierpnia 2012 o 08:52

    zazdroszczę w takim razie, zwłaszcza koncertu The Killers. Za rok spróbuję się wybrać:)

     
    • ~Kaczy

      2 września 2012 o 13:36

      Killersi zdecydowanie dali radę! :)

      Spróbuj, spróbuj – festiwale to naprawdę super sprawa! :)

       
 

  • RSS