RSS
 

Finally!

17 lis

Wyliczania alfabetu ciag dalszy! Skoro zmęczyłem każdą z części „Zmierzchu„, nie pozostało mi nic innego, jak zobaczyć również jej „epickie” zwieńczenie. Także stało się – jestem po seansie „Breaking Dawn, part II”.

Już na samym początku muszę przyznać, że część druga jest dużo lepsza od rozciągniętej i nudnej części pierwszej. Tempo wprawdzie wciąż jest niespieszne, ale tym razem na ekranie dzieje się więcej niż poprzednio. Obraz zaczyna się dokładnie tam, gdzie skończył się poprzednik – po przebudzeniu Belli, która odkrywa, że jest teraz wampirzycą. Informację tę przyjmuje z pełnym entuzjazmem, mówiąc nawet: „Urodziłam się po to, by zostać wampirem”. Czuje się lepiej i sprawniej. Wreszcie czuje, że żyje. Wszystko zdaje się ukladać po jej myśli. Powiększona rodzina przeżywa radosne chwile. Aż do czasu, gdy nad ich losem po raz kolejny zawiśnie ręka Volturi. Nie wchodząc w zbyt duże szczegóły (zresztą sam film pobieżnie opisuje motywację włodzarzy wampirzych klanów), Cullenowie muszą szykować się do bitwy z włoskimi krwiopijcami. Zaczyna się zbieranie sprzymierzeńców.

Ostatni film sagi można opisać następującymi przymiotnikami: kuriozalny,  uproszczony, schematyczny, stereotypowy, przesadzony i patetyczny. Dwie ostatnie cechy aż wylewają się z ekranu, zupełnie nie przystając do opowieści i ukazanych zdarzeń. Wszystko jest w tym filmie bowiem Tak-Śmiertelnie-Poważne, że jedyną reakcją, która przychodzi do głowy, jest śmiech. No, bo jak można z kamienną twarzą oglądać to, co bohaterowie wyczyniają na ekranie?! Odpowiednie, prześmiewcze podejście pomaga nie zwariować w trakcie oglądania podkręconych melodramatycznych sytuacji, a nawet wyciągnąć z nich sarkastyczną radość. Seans wypełniony parsknięciami śmiechu naprawdę nie jest tak straszną rzeczą.

Wydaje się zresztą, że umieszczenie całej gamy przesadzonych elementów mogło być założeniem twórców. W jakim innym wypadku tworzyliby sceny walk, zaprzeczających siłom grawitacji i wyglądającym jak wyjęte z kreskówek, niskoklasowych filmów akcji, czy gier wideo z początku lat 90-tych? Chyba nie sądzą, że takie sceny będziemy traktować śmiertelnie poważnie? Wystarczy, że sami bohaterowie nadmuchują wydarzenia nieproporcjonalnie do ich rzeczywistej wielkości. Myśli o celowym operowaniu kiczem przechodzą człowiekowi przez głowę kilkukrotnie podczas seansu. Niestety, śmiertelnie poważna reszta dzieła sprawia, że trudno jest wyzbyć się wrażenia, że jest to raczej wypadek przy pracy niż celowy zabieg twórców. Co tym gorzej świadczy o ich wyobrażeniach względem stanu umysłu widzów.

Warto dodać, że finałowa scena bitwy daje dużą dozę satysfakcji. Jest wprawdzie mocno przesadzona i podrasowana, jednak jest coś ciekawego w oglądaniu kiczowatej śmierci kolejnych postaci. Jakieś poczucie, że to definitywny koniec ich historii. Groteskowy sposób pozbawienia życia jako zadośćuczynienie za fakt, że ich losy nie były ciekawsze, pełniejsze, lepsze. Muszę też przyznać, że rozwiązanie tej sytuacji jest zaskakujące. Tak proste i śmiałe, że nie sposób zareagować na nie niczym innym jak gromkim śmiechem. Odważne posunięcie, prawdziwe deus ex machina, które tym mocniej unaocznia, jak bardzo seria podlana jest niepotrzebnym patosem.

Nie ma sensu rozwodzić się nad aktorstwem, gdyż mimo upływu lat, jego poziom niespecjalnie się poprawił. Każdy z bohaterów znów operuje tym samym zestawem min, który prezentował w poprzednich odcinkach. Wydaje się jednak, że aktorzy traktują swoje role coraz mniej poważnie, momentami grając je tak, że dostrzegamy nieprawdopobieństwo sposobu ich zachowania. Ostatnia część przynosi także całą plejadę nowych postaci. Żadna z nich nie zostaje jednak rozwinięta. Każda jest bardziej stereotypowa od poprzedniej, a na dodatek większość przewija się po ekranie tylko w scenach grupowych. Poziom kuriozalności i uproszczenia bohaterów widać zresztą już na samych plakatach poświęconych każdemu z nich.

Muzyka poprawiła się za to względem poprzedniej części. Tym razem w tle przewija się wiele popowo-rockowych balladyjek, które są miłe dla ucha. Niby nie zostają w głowie na dłużej, ale pasują do klimatu i odpowiednio go podbijają. Na słowa uznania zasługuje również ciekawa, klimatyczna czołówka. Cykl pór roku ukazany w skali makro i mikro, z dodatkiem czerwono-białych napisów i takichż filtrów obrazu przyciąga wzrok i zaskakuje spójnością stylistyczną. Widać niezłą realizację pomysłu stojącego za tymi kadrami.

Muszę przyznać, że po bolączkach „part I” spodziewałem się, że w trakcie seansu „dwójki” będzie ze mną dużo gorzej. A zaskakująco bawiłem się całkiem nieźle. Cała saga „Twilight” jest po prostu wdzięczną pożywką dla śmiechu, gdyż zawiera w sobie wiele tandetnych, nieprzystających elementów, pozorowanych na głębokie i szalenie poruszające. Cała (grzeszna) przyjemność, którą możemy z niej czerpać wynika więc w dużej mierze z odpowiedniego nastawienia. Jeśli nastawimy się, że będzie można pośmiać się z licznych absurdów, spokojnie przetrwamy seans. W innym wypadku może być naprawdę ciężko.

W ostatnim filmie jest scena, w której bohater czeka na dwustronny atak wrogów. Gdy ten następuje i przeciwnikom udaje się go unicestwić, tuż przed śmiercią, mówi: „Wreszcie!”. I tak chyba należy skwitować zakończenie całej sagi Zmierch. Wreszcie nadszedł jej koniec!

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags:

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS