RSS
 

This is My Kingdom Come! = Me & Imagine Dragons in Berlin City

15 lis

W zeszłym tygodniu pojechałem do Berlina. Na koncert. Zespołu, o którym już tutaj pisałem. Tak dobrze bawiłem się przez weekend, że postanowiłem napisać kilka akapitów o moich wrażeniach. Dla ugruntowania wspomnień oraz podzielenia się radością.

Na pierwszy ogień – słów kilka o samym pobycie. Do miasta przyjechałem ok. 12.30. Następnie udałem się na Olympiastadion, gdzie byłem umówiony z przyjmującą mnie pod swój dach koleżanką. Jako, że M. musiała pracować, czekało mnie samodzielne zwiedzanie terenów stadionu. Obiekt i jego okolice wywarły na mnie pozytywne wrażenie. Zaskoczyła mnie zwłaszcza ich wielkość. Stadion jest bowiem zbudowany w taki sposób, że zupełnie nie czuć, że może pomieścić aż 74 tysiące ludzi. Jego architektoniczny wzór sprawia bowiem wrażenie, jak gdyby cały miał zmieścić się na samej murawie warszawskiego Stadionu Narodowego.

Po spokojnym zwiedzaniu, natrafiłem na mecz piłki nożnej ligi młodzików. Gdy podszedłem na boisko, w trakcie pięciu minut drużyna czerwonych zdążyła strzelić trzy bramki. Postanowiłem więc zobaczyć całość meczu, gdyż na boisku działo się wiele. Ostatecznie mecz skończył się wynikiem 3:0 dla Czerwonych (Heatrha BSC-FC Energie), za to obfitował w wiele ciekawych akcji. (A ja pomyślałem sobie: „Wychodzi na to, że przyjechałem z Polski specjalnie na mecz Młodzików”).

Po meczu udałem się na wieżę widokową, a potem… na kolejny mecz. Tym razem rugby. I TO dopiero były emocje! Na boisku cały czas coś się działo. Piłka zmieniała właścicieli, a zawodnicy rzucali się na siebie z zaangażowaniem i werwą. Najlepszymi momentami były jednak te, w których zawodnicy obu drużyn podnosili jednego ze swoich, by Ci złapali w górze kopaną piłkę. Sposób, w jaki mężczyźni unosili się ku górze – podnoszeni na stopach przez kolegów z drużyny, wyglądał naprawdę ciekawie i filmowo. Istne slow-motion normalnie. Mecz tak mocno mnie wciągnął, że aż żałowałem, że skończył się mój „czas zwiedzania” i musiałem gnać na spotkanie z koleżanką, na powrót do jej czterech ścian. Przez to nie wiem nawet jaki był wynik końcowy. :( / ;)

Przed koncertem czekał mnie jeszcze wypad na jedzenie („najlepszy falafel w mieście”) i picie ze znajomymi M. Bawiłem się dobrze, choć oboje byliśmy nieco wypruci z energii. Ja – po podróży, M. – po pracy. Na szczęście pierwsze nuty koncertu przywróciły nam energię życiową. ;)

Drugi dzień wypełniło mi za to szlajanie się po ogromnym, ciekawym i pełnym różnorodnych zwierząt ZOO oraz wypad na Flohmarkt. Oba wydarzenia będę miło wspominać, choć żadne z nich nie było w stanie przyćmić mojego głównego celu podróży.

Gwoździem programu był oczywiście koncert Imagine Dragons w Roter Salon. Mały klub, cały oświetlony i udekorowany na czerwono. W środku – na oko 130 osób. Ciekawa atmosfera, choć niezły gorąc. Przed występem puszczane były alt-rockowe utwory, które umilały oczekiwanie i tak mocno przykuły naszą uwagę, że co chwilę sprawdzaliśmy co jest akurat grane. Przypuszczam zresztą, że piosenki dobrał sam zespół, gdyż znalazło się tam nawet „At Home” Crystal Fighters*, do którego miłość muzycy deklarowali jakiś czas temu na Twitterze.

Kiedy zespół wszedł na scenę, już od pierwszej piosenki („Rocks”) pokazał, że zdecydowanie należy do gatunku zwierząt scenicznych. Fajnie zresztą korespondowało to z faktem, że wokalista miał na sobie koszulkę z wizerunkiem pantery.  W uszy natomiast od razu rzuciło się świetne nagłośnienie, które idealnie oddawało każdy dźwięk wydobywający się z instrumentów. Uderzyła też dynamiczność, żwawe tempo, skoczność oraz świetny kontakt z publicznością. Wokalista Dan, co chwila nas zagadywał, komplementując miasto, klub, niemiecki majonez (sic!), rzucał żarcikami, a nawet prowadził monolog o Star Wars oraz przejęciu Lucasfilms przez Disneya.

Temat wywiązał się, gdy Reynolds zaczął mówić o swojej nietypowej fryzurze i o tym, że ucieszył się, że wielu Niemców też nosi podobną. Po czym dodał: „Anakin też taką miał. I nikt się z niego nie śmiał. W ogóle to – słyszeliście, że Disney kupił Lucasfilms? Jestem podekscytowany. Umysł się broni, ale sercu się podoba. Także w trakcie oglądania ma się frajdę, ale potem w rozmowie z kumplami mówi się „To już nie to, co stara trylogia. Ale i tak kocha się to oglądać, bo to przecież Star Wars”. Wokalista patrzy więc optymistycznie w przyszłość. Szkoda, że jego podejście nie było w pełni zaraźliwe. Ja wciąż posiadam więcej wątpliwości niż pozytywnych oczekiwań względem Epizodów VII, VIII, IX.

Wracając do samej muzyki – na środku sceny stały dwa bębny – duży i mały, które były wykorzystywane z dużą werwą przez Dana. Zresztą wszystkich pięciu członków grało na najwyższych obrotach. Energia zespołu udzielała się publiczności, która równie dynamicznie reagowała na ulubione kawałki. Przez większość czasu wyśpiewywaliśmy wszystkie teksty piosenek i podrygiwaliśmy w rytm muzyki. Nie można tego nazwać pełnoprawnym tańcem, co zresztą w ciekawy sposób zostało skomentowane przez samych muzyków. „Everybody Dance Now! – czasami zespoły tak krzyczą do publiczności. My tak nie zrobimy, bo wiemy, że czasami fajnie jest też po prostu postać i posłuchać. Także – Róbcie cokolwiek Was uszczęśliwia!”.

Najlepszym momentem koncertu było natomiast wykonanie „Radioactive”. Utworu, od którego zaczęła się moja przygoda z zespołem. Na żywo niósł równie silne emocje, co na nagraniu, a tłumne śpiewanie tylko je spotęgowało. Nietypowo zabrzmiało zaś „Tiptoe”. Nie tak skocznie, jak na płycie. Nieco ciężej, poważniej, „mroczniej”. Mimo wszystko bardzo ciekawie. Skoczność nadrobiono za to piosenkami „On top of the world”, „This Time”, „Cha Ching”, czy „Round and Round”. Energetycznie brzmiało też „Demons”, z którego pochodzi tytuł tego wpisu. Intrygujące było także chóralne śpiewanie fragmentów tego utworu, które brzmiało niemal jak skandowanie jakiegoś manifestu.

Na koniec zagrano dwa spokojniejsze kawałki, w tym „Nothing Left to Say”. Niezmiernie spodobało mi się, że koncert rozpoczął i skończył się dwoma utworami, które na płycie stanowią jedną ścieżkę. Na nagraniu „Rocks” następuje bowiem tuż po skończeniu „Nothing…”. Dzięki odwróceniu ich kolejności, tuż po ostatnim utworze, w mojej głowie automatem poleciał ciąg dalszy – tekst rozpoczynający „Rocks” („Where do we go from here?”), a tym samym myślami powróciłem do początku występu. Świetny pomysł!

Niestety obyło się bez jednego z moich ulubieńców, czyli utworu „Bleeding Out”. Najwyraźniej nie można mieć wszystkiego. Ten fakt stanowił zresztą jedynie mały mankament świetnego występu, który od razu trafił na moją listę najlepszych koncertów ostatnich miesięcy. (Choć miejsca nr. 1, czyli energetycznej bomby, zdetonowanej przez Franza Ferdinanda nie zdetronizował).

Koncert Imagine Dragons dobitnie uświadomił/przypomniał mi za to, że występy klubowe posiadają super klimat. Zupełnie inny od estradowego. Bardziej personalny, bezpośredni. Dan kilkukrotnie śpiewał do wybranej osoby, stojącej pod sceną, a w pewnym momencie wszedł nawet między ludzi i uściskał kilku z nich. Na dodatek tuż przed występem minęliśmy członków zespołu, gdy szli do garderoby. Nie mówiąc już o tym, że po koncercie zagadaliśmy Dana i zrobiliśmy sobie z nim zdjęcie. :)

Także, mówiąc krótko – bawiłem się świetnie i niezmiernie cieszę się, że zdecydowałem się pojechać do Berlina. To w zasadzie tyle, co chciałem napisać o moich koncertowych wrażeniach. Mam nadzieję, że wybaczycie mi pewną nieporadność w pisaniu o muzyce. Chciałem po prostu podzielić się moją radością oraz ugruntować wspomnienia. W tym miejscu chciałbym też serdecznie podziękować mojemu gospodarzowi. M. – dzięki przeserdeczne za gościnę oraz miłe towarzystwo. Jestem ogromnie wdzięczny! :)

 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Music

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Tom Braider

    15 listopada 2012 o 22:03

    Haha, widzę, że też zaczynasz kolekcjonować pokemony na koncertach :D.

     
  2. ~Kaczy

    17 listopada 2012 o 13:25

    Hue Hue! Na to wygląda! :D

     
 

  • RSS