RSS
 

MRAZ is a Four Letter Word

20 gru

Stało się! Czuję się spełniony! My life’s complete! Ze spokojem mogę oczekiwać Końca Świata*, gdyż wreszcie doczekałem się koncertu Jasona Mraza!

O moim uwielbieniu do tego artysty pisałem już wielokrotnie, FanPage wciąż zdobi zdjęcie z jego podobizną, a cytat z mojej ulubionej piosenki stanowił przez dłuższą chwilę nawet tytuł tego bloga. A teraz jestem już po koncercie. Marzenie i lata oczekiwań właśnie się spełniły. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak spisać swoje wrażenia.

Berlin. Columbiahalle. Duży obiekt koncertowy, z parterem i piętrem, po brzegi wypełniony ludźmi w różnym wieku. Po wejściu do środka i ustawieniu się niedaleko sceny, moją uwagę przykuł transparent wywieszony na balkonie: „Poland waits for you. LOVE. Fans from Poland”. (Więcej na  jego temat później). Przed koncertem odbyły się jeszcze dwa występy supportujących artystów, z czego ja załapałem się na jeden. Wokalistka Ymani wypadła przyzwoicie, śpiewała melodyjnie i ogólnie była w porządku, niemniej nie przykuła mojej uwagi na dłużej. Nietrudno jednak powiedzieć dlaczego tak się stało. ;)

Oto bowiem nastąpił moment właściwy. Moment, na który wszyscy czekali. Mraz wychodzi na scenę. Ma kucyk, brodę, kapelusz i gitarę. (W pełni zdaję sobie sprawę, że ten opis jest w stylu tego dowcipu z „Family Guy’a”, ale jest też zgodny z prawdą. ;) ). Po nim wkracza ekipa muzyczna, która w najliczniejszym momencie, gdy wszyscy będą razem na scenie, liczy 10 osób. Saksofon, puzon, trąbka, perkusja, bębny, fortefian, dwie gitary, bas i drugi wokal, to całe wsparcie głosu Jasona, dzięki któremu każdy utwór jest wyjątkowo melodyjny i przykuwający uwagę.

Koncert zaczyna się w takt „Love Like Ours” i „Make It Mine”, a potem trwa przez 2 godziny i 5 piosenek na bis. Już przy pierwszych nutach wzruszyłem się ze szczęścia, bo tyle lat czekałem na ten moment. Silne emocje towarzyszyły mi zresztą wielokrotnie podczas tego koncertu, gdyż wirtuozeria Mraza i jego ‘wesołej kompanii’ objawiała się w każdym momencie. Muzycy stanęli na wysokości zadania, dostarczając świetnie zaaranżowanych kawałków. Niemal każdy utwór został zaprezenotwany w dłuższej wersji, poprzedzony improwizacją, czyli śpiewno-rapującym zagadywaniem publiczności.

Zabawa słowem i głosem oraz świetna dykcja to znaki firmowe Mr.A-Z’a i najmocniejsza strona koncertu. Najlepiej słychać te pozytywne przywary, w takich doskonałych kawałkach, jak moje ulubione „The Dynamo of Volition” i „You Fckn Did It„. Swoją drogą – usłyszeć na żywo (i to dwa razy) najlepszą frazę swojej ukochanej piosenki, na koncercie, na który czekało się od lat – bezcenne przeżycie. „I’m only a boy in a story, just a halucynatory” przez moment było nawet tytułem/nagłówkiem tego bloga. W wersji live zabrzmiało jeszcze lepiej niż na płycie i stanowiło dla mnie high-point całego występu.

Koncert obfitował w kawałki ze wszystkich płyt artysty, co stanowiło miły ukłon dla wieloletnich fanów. Największą radość tłumu wzbudziły jednak utwory z najnowszej płyty: „Love is a four letter word”, chyba najlepiej znane publiczności. Takie piosenki, jak „Lucky” i „I’m Yours”, które otworzyły Mrazowi drzwi do większej kariery również zostały przywitane gromkim wiwatem. Ten ostatni kawałek został zresztą tłumnie odśpiewany przez zgromadzoną publiczność i stanowił jeden z najjaśniejszych punktów całego występu. Interesująco wypadły też covery innych artystów, w szczególności „Three Little Birds” Boba Marleya, zaśpiewane w finale.

Artysta nie poskąpił też bisów, prezentując w tym czasie aż pięć dodatkowych utworów. Zaczął sam, będąc jedyną osobą na scenie, gdy śpiewał „This is what our love looks like”. W kolejnych kawałkach dołączało się do niego coraz więcej członków ekipy, by w finałowym „I Won’t Give Up” zaprezentować się już w pełnym składzie. Bardzo ciekawe zagranie, dające również towarzyszom Mraza możliwość wykazania się na scenie i dostania swoich pięciu minut.

Warto również wspomnieć, że w trakcie koncertu wyszło na jaw, jak liczna jest polska publiczność zgromadzona na sali. Gdy Jason dostrzegł plakat z napisem, zapraszającym go do Polski, wielokrotnie prosił, by to właśnie grupa polskich fanów śpiewała fragmenty utworów. (Potem śpiewali jeszcze Brazylijczycy, którzy również przyjechali ze swoją flagą, no i sami Niemcy oczywiście). Muszę przyznać, że chór polskich fanów był naprawdę głośny i zauważalny. W temacie plakatu warto również wspomnieć, że Jason zauważył ze sceny, że „zapraszają mnie do siebie”, a na koniec wskazał na napis, następnie na siebie, unosząc przy tym kciuki w górę, co dobrze rokuje na przyszłość i jego występowi w naszym pięknym, nadwiślańskim kraju. :)

Ja natomiast czuję się spełniony. Czekałem na ten koncert od lat, z emocji kilkukrotnie wzruszyłem się ze szczęścia, a przy moim najukochańszym „The Dynamo of Volition” tak dobrze się bawiłem i przy tym śpiewałem, że nie dość, że ludzie się na mnie obracali, to pod koniec nawet kazali uciszyć i stać spokojnie. Dziwni Ci Niemcy. Kto to widział – śpiewać na koncercie? :P

To chyba tyle, co mam do przekazania. Przepraszam za ogólniki, słabą jakość zdjęć oraz późny termin umieszczenia wpisu, ale wcześniej byłem pochłonięty sprawiami bieżącymi i nie potrafiłem go dokończyć. Cieszę się jednak, że wreszcie się udało. :)

PS. * – Pierwsze słowa tego wpisu pojawiły się już dawno temu, wtedy to zdanie miało mocniejszy wydźwięk. ;) Dzisiaj, w przeddzień Końca Świata, za długo się już nie naczekam. ;)

PS2. Duża liczba wideo z koncertu do odnalezienia tutaj!  :)

PS3. M, dziękuję serdecznie za gościnę! :)

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Music

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS