RSS
 

Fast & Furious 6

02 lip

Film Justin Lina z 2013 roku

„Furious 6“ (a.k.a „Szybcy i Wściekli 6“), czyli szósta część rozpędzonej serii o kierowcach, ich dziewczynach i samochodach, zaczyna się tam, gdzie skończył się odcinek poprzedni. Dom i Brian wiodą sobie spokojne życie na Wyspach Kanaryjskich. Gdy w Moskwie ma miejsce nietypowe włamanie, Agent Hobbs stwierdza, że jest tylko jedna ekipa, która może zrozumieć działania szajki stojącej za nim i pomóc w uchwyceniu złoczyńców. Ekipa Doma. Hobbs przyjeżdża więc na Kanary, by prosić Dominica o pomoc, kusząc go informacją o tym, że… Letty żyje! Tak rozpoczyna się najnowszy odcinek wysokooktanowej rozrywki, która po raz kolejny udowadnia, że logika gra drugorzędną rolę w rozbuchanych i niewiarygodnych scenach akcji.

Nowy odcinek przysparza wielu pozytywnych wrażeń, dając widzowi nie tylko efektowne wyścigi po ulicach miast, ale także klasyczne mordobicie z interesującą choreografią oraz kilka momentów tak nierealnych, że aż świetnie wyglądających na ekranie. Sceny na moście na autostradzie czy łamiące prawa fizyki rozwiązania zastosowane w efektownym finale na pasie startowym lotniska, pozwalają człowiekowi wyłączyć komórki mózgowe i zwyczajnie chłonąć przesadzoną akcję. A choć próg niewiarygodności w kilku momentach zostaje przekroczony, niezobowiązująca konwencja serii pozwala przymkąć oko na te chwile i dać się ponieść rozpędzonej wyobraźni twórców. W interesujący sposób wybrnięto także z pomysłu finałowej sceny poprzedniego odcinka, z niezastąpioną Evą Mendes. Zapowiadany wtedy powrót Letty wypadł na ekranie w naturalny, choć lekko naciągany sposób, przysparzając widzowi pozytywnych wrażeń, pozwolając na nowo oglądać „początki“ związku Torretto i Ortiz. Do tego każdy członek załogi znany z poprzednich części dostał swoje zadanie do wykonania, co obfitowało w wiele rozpędzonych scen z każdym z bohaterów.

Świetna jest już sama czołówka, która przypomina widzowi najważniejsze wydarzenia poprzednich epizodów, wrzucając go w sam środek akcji. Bardzo zgrabnie wykorzystano także fragmenty fabuł poprzednich odcinków, by upleść z ich elementów nową historię, tworząc większą spójną całość. Na plus należy zaliczyć także piękne zapętlenie całej opowieści, dzięki któremu „szóstka“ spokojnie mogłoby stanowić ostatni rozdział historii. Twórcy jednak w sprytny sposób zostawiają sobie otwartą furtkę dla kontynuacji, wykorzystując do tego pewne wydarzenie z najmniej lubianej trzeciej części cyklu. Domykają tym samym fabularną lukę, która wisiała nad serią od tegoż odcinka.

Obsada poradziła sobie równie dobrze, co wcześniej, z lekkością portretując swoich bohaterów. Każdy członek „starej brygady“ miał szansę zaprezentować najlepsze cechy swojego charakteru, dając możliwość cieszenia się z ponownego przebywania w towarzystwie starych znajomych. Ciekawym dodatkiem byli także Carla Carano oraz Luke Evans, którzy prostymi środkami stworzyli wiarygoną dwójkę bohaterów, idealnie pasujących do świata „Szybkich i Wściekłych“. Agentka Hobbsa oraz główny bad-guy nowego odcinka w kilku momentach dają popis „bad-assowatości“ swojego charakteru, dając widzowi powód do radości. Plusem są sceny z udziałem drugoplanowych bohaterów wcześniejszych odcinków, którzy popychają akcję do przodu. Nawet obligatoryjny epizod gwiazdy rapu na drugim planie zostaje spełniony, dzięki rólce Rity Ory, która otwiera wyścig ulicami Londynu. Fajnym jest też fakt, że castingowcom udało się znaleźć większego Herkulesa, kogoś większego i bardziej umięśnionego od Dwayne‘a „Somoan Thora“* Johnsona i Vin Diesela razem wziętych, by wzbudzał w bohaterach poczucie zagrożenia i mógł być dla nich równym przeciwnikiem.

Muzyka jak zwykle stoi na niezłym poziomie, przypominając dokonania z poprzedniej części cyklu. Piosenki różnych arytstów oraz utwory instrumentalne Briana Tylera łatwo wpadają w ucho, choć tym razem nie zostają w głowie na dużo dłużej. A choć „We Own It“ brzmi nieźle na ekranie, tej piosence brakuje czegoś do zostania kolejnym hitem na miarę wszechobecnego „Danza Kuduro“, czy znakomitego „Pump It Up“ wcześniejszych odsłon. Nie ma jednak na co narzekać, gdyż w tym momencie seria „Fast and Furious“ jest już radosnym samograjem, także pod względem muzycznym. Dobrane utwory idealnie oddają klimat panujący w serii, podbijając tempo zdarzeń.

„Furious 6“ to rozbuchana zabawa na całego, którą ogląda się z radością i zaangażowaniem, a która jednak nie rozwala systemu tak mocno, jak poprzednia odłona cyklu, która wyniosła go na wyżyny rozrywkowego blockbustera. „Szóstka“ to bardzo przyjemna, niezobowiązująca rzecz, która może spodobać się nie tylko fanom serii, ale i nowym widzom (przetestowane w praktyce). A jednak taka, która nie porywa tak mocno, jak poprzednik, mimo że stawka, o którą prowadzona jest gra, teoretycznie jest wyższa. Dlatego #6 zalicza spadek ocenowy i plasuje się na… trzeciej pozycji całej serii, zaraz po #5 i #2. „Ride or Die“.

Ocena: 7+/10

PS. *Jak Agenta Hobbsa ma zapisany w telefonie Tej. ;)

 
Komentarze (3)

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags:

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~ania

    3 lipca 2013 o 12:00

    treściwie :)pozdrawiam ;)

     
  2. ~sklep internetowy lego

    20 lipca 2013 o 23:21

    Wszystko rzeczowo przedstawione

     
  3. ~michal.broniszewski

    28 lipca 2013 o 12:07

    a to chyba wreszcie zobaczę w przyszłym tygodniu :)

     
 

  • RSS