RSS
 

Jason, you’re the woman I love!

27 gru

We Fckn Did It! Dzięki doskonałej polskiej ekipie wśród publiczności (w tym mojej skromnej osoby), która została zauważona przez Jasona na koncercie w Berlinie, Amerykanin przyjechał na polską ziemię. Na mniejszy, kameralny, wręcz akustyczny koncert. W związku z tym w warszawskim Palladium, na scenie byli tylko Jason, gitara oraz mini-”perkusja”, przygrywana przez Monę Tavakoli.

Jako, że była to pierwsza wizyta artysty w Polsce, kilka dni przed występem, Jason ogłosił wspólne układanie setlisty na swoim Twitterze, z wyborami samych fanów. Na koncercie rzeczywiscie skorzystał z tych propozycji, grając utwory, jak „0% Interest„, „Gypsy MC”, czy „1000 Things”, które znajdują się na jego pierwszej, wydanej własnym kosztem składance „Jason Mraz” (o której, co dziwne, dowiedziałem się dopiero dzięki temu układaniu setlisty. Weird!).

Jako jeden z pierwszych utworów wybrzmial także utwór „Curbside Prophet„, z debiutanckiego albumu nagranego dla dużej wytwórni. Pierwsza godzina wypełniona była więc mieszanką utworów z własnej produkcji debiutem, a tym pod skrzydłami wytwórni. To sprawiło, że początek koncertu nie był wypełniony hitami, przez co momentami dało się słyszeć narzekania widowni. „Dlaczego on tak to zrobił?” było jednym z pytań, które padły tego wieczora od osób stojących za moimi plecami. Taka formuła koncertu dla najstarszych, najwierniejszych fanów była strzałem w dziesiątkę, aczkolwiek ja czułem pewien dyskomfort, gdyż zdałem sobie sprawę, że jest jeszcze wiele nieznanych (dla mnie) kawałków w dorobku artysty. Z drugiej strony miałem szansę usłyszeć początki muzyka i ujrzeć ewolucję, którą przeszedł.

Jason miał niezły kontakt z publicznością, ale w wielu momentach to partnerująca mu Mona kradła całe show. Wszystko dzięki niesamowitej ekspresji mimiczno-scenicznej, która sprawiała, że człowiek nie mógł przestać się uśmiechać patrząc na ten duet na scenie. Cytat z tytułu tej notki pochodzi zresztą z jej ust, które wypowiedziała w trakcie utworu „The Woman I Love”. Ich wspólne przekomarzania oraz zachęcanie widowni do działania oglądało się z nieskrywaną przyjemnością.

Dwoma high-pointami całego koncertu, oczywiście poza usłyszeniem ulubionych kawałków na żywo, (uwiecznionych na wideo, którym dzieliłem się już tutaj), było:

1) Zaproszenie dziewczyny, która miała tego dnia urodziny, na scenę i zaśpiewanie z nią całego „Lucky”. Po początkowej konsternacji widowni i wstrzymaniu oddechu co z tego wszystkiego wyniknie, okazało się, że dziewczyna ma naprawdę niezły głos, więc wykonanie tego utworu wypadło wyjątkowo korzystnie. Genialny prezent urodzinowy!

2) Zacytowanie inspirującego listu, który Jason dostał pocztą od polskiej fanki, opowiadającym o tym jak muzyka Jasona jest inspiracją dla autorki korespondencji. Jason zaś stwierdził, że to ona jest dla niego inspiracją, bo w zasadzie on tylko gra swoją muzykę, nie robi nic szczególnego. Przytoczył też interesującą analogię do tego co robi i jak oddziałuje na ludzi: „Kiedy grasz na ulicy, niektórzy przystają Cię posłuchać, bo nadajecie na tej samej fali („Dude, you’re playing my song”)”.

Wspomniane ulubione kawałki, czyli „Dynamo of Volition” i „You Fckn Did It” zostały wyśpiewane idealną dykcją, czym artysta zyskał gromką aprobatę publiczności, czyniąc również z tych utworów osobiste high-pointy wieczoru. Wyśpiewane na koniec „I’m Yours”, jednego z najważniejszych utworów w dorobku artysty, wraz z rzuceniem w widownię dużych kolorowych balonów również wspominam niezwykle ciepło. A „Plane” i „Song for a friend” zaśpiewane na bis dopełniło tylko wizji idealnego koncertowego przeżycia, które będzie się wspominać przez długi okres.

Artysta znów zagrał 2,5 godzinny koncert, większość setlisty wypełniając starymi, mniej znanymi utworami. Niestety znów nie doczekałem się „Coyotes”, jednego z moich faworytów w twórczości Jasona, jednak z dumą potwierdzam, iż w setliście pojawiła się moja propozycja w postaci „5/6”. Na szczęście spokojnie mogę więc dalej chodzić na jego koncerty, by doczekać tej perełki w postaci „Coyotes”. „Hope to see you soon” to ostatnie słowa, które padły z ust Mr.A-Z’a, więc jest duża szansa, że rzeczywiście się uda.

Przepraszam za skrótowość tej relacji (i prawdopodobnie pominięcie kilku elementów, które urzekły mnie w tym koncercie), wynikającej z faktu dokończania jej w wiele miesięcy po odbyciu się samego wydarzenia. Nie wiem dlaczego zajęło mi to tyle czasu (no dobra, wiem – wyjazd i chłonięcie całym sobą nowego środowiska „trochę” odwróciło moją uwagę od pisania), cieszę się jednak, że wreszcie udało mi się coś o tym wspaniałym koncercie napisać.

 
Komentarze (7)

Napisane przez w kategorii Music

 

Tags:

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Pepe

    7 stycznia 2014 o 11:25

    Dzięki za relację. Wbrew końcowym wnioskom, jest dość obszerna.

     
  2. ~michal.broniszewski

    13 stycznia 2014 o 16:36

    bardzo fajna relacja. Żałuję, że mnie tam nie było…

     
  3. ~Emila.

    13 stycznia 2014 o 23:27

    Cóż, relacja naprawdę fajna (można łatwo przypomnieć sobie koncert ^^)! Jakoś nie pamiętam, żeby cytował list, ale to pewnie wynika z mojej niezaawansowanej znajomości angielskiego (bo o muzyku na ulicy już kojarzę). Szkoda, że nie poprosiłam nikogo, żeby mi zdjęcie zrobił :D

    I fakt – czułam się trochę dziwnie na koncercie, bo też nie znałam wszystkich piosenek… Takie lekkie zdziwienie ;)

     
  4. ~Kamil

    17 stycznia 2014 o 11:21

    Ta dziewczyna przynajmniej będzie pamiętała swoje urodziny do końca życia. Nie mógł jej dać lepszego prezentu.

     
  5. ~Ole

    17 stycznia 2014 o 13:22

    Super relacja. Uwielbiam takie opisy, ze szczegółami i tym co mówił.

     
  6. ~Mariusz

    19 stycznia 2014 o 21:46

    zjawiskowo musiało być, a dziewczyna która miała urodziny nie zapomni ich do końca życia :):) dzięki za relacje

     
  7. ~Adam44

    5 lutego 2014 o 12:06

    Relacja świetna. Na pewno było fantastycznie.

     
 

  • RSS