RSS
 

Star Trek Into Darkness

26 gru

Aby zebrać dokładnie myśli, by móc napisać coś o „Star Trek: Into Darkness„, potrzebowałem dwoch seansów. Podobna sytuacja zdarzyła się przy pierwszej części Abramsowej rewitalizacji jednej z najsłynniejszych sag science-fiction. Najwyraźniej „Star Trek” i ja potrzebujemy się ze sobą zapoznać dłużej, by mój mózg był w stanie w odopowiedni sposób przelać moje wrażenia na papier.

Opowieść z sequela rozgrywa się po wydarzeniach z „jedynki”, które jednak nie zostają w żaden sposób przypomniane – widza po prostu rzuca się w wir nowej przygody z poznanymi wcześniej postaciami. Brak jakiejkolwiek ekspozycji pozwala twórcom wrzucić swoich bohaterów od razu w wir wartkiej akcji, dzięki czemu już pierwsza scena to walka o przetrwanie wszystkich członków załogi Enterprise.

Następnie dostajemy podwaliny głównej intrygi opowieści – oto łotr Harrison (czy też Khan, jak się potem dowiemy) ostrzeliwuje główną siedzibę Floty, a załoga Enterprise, w odwecie, postanawia wymierzyć sprawiedliwość za niegodny czyn. Tak rozpoczyna się poszukiwanie mężczyzny na terytorium wroga oraz gry między załogami poszczególnych statków, uwikłanych w intrygę. Najlepszą sceną w filmie była dla mnie ta z przelotem między statkami, gdy Kirk i Khan trochę na ślepo próbują „skoczyć z pędzącego po moście samochodu do zwykłego kieliszka”.

Aktorzy spisali się równie dobrze, co w części pierwszej, jeszcze lepiej czując się w skórze swoich bohaterów. Chris Pine, Zachary Quinto i Karl Urban w doskonały sposób ogrywają nietypowe przyjacielskie stosunki, które łączą Kirka, Spocka i Bonesa, chwilami pogłębiając tę relację względem części pierwszej. Cieszy rozbudowanie roli Scotty’ego, które umożliwiło Simonowi Peggowi na więcej chwil rozluźniającego humoru, prezentowanego nawet w chwilach zagrożenia.

Najnowszy dodatek obsadowy i główny powód wysokiego poziomu filmu, czyli Benedict Cumberbatch swietnie wypada w swojej roli, mimo że z powodu scenariuszowej dziury z początku trudno połapać się o co jego bohaterowi w zasadzie chodzi. Jeśli nie zna się kanonu, na dźwięk imienia Khan człowiekowi nie przyspiesza serce, a „Into Darkness” zbyt długo nie wyjaśnia czemu w zasadzie powinno. Sposób, w jaki zaprezentowano tego bohatera, choć ciekawy i rzeczywiście świetny aktorsko, nie oddaje jednak słów Starego Spocka, który mówi o nim jako najgroźniejszym wrogu, jakiego załoga Enterprise kiedykolwiek spotkała. W zachowaniu manipulującego Khana trudno chwilami wyczuć moc prawdziwego zagrożenia, choć zdajemy sobie sprawę, że powinno się tam znajdować. To jednak bardziej wina scenariusza, który nie nakreślił Khana wyraziściej, niż kreacji Cumberbatcha, która nie pozostawia wiele do życzenia. Stonowany, chytry i pełen spokoju Khan, nieczęsto pokazując jakiekolwiek emocje, jest w stanie skupić na sobie uwagę nie tylko członków załogi, ale i samego widza. Wyjątkowo korzystnie wypadają jego wspólne sceny ze Spockiem. Dzieje się tak dlatego, że pomiędzy panami widoczne jest podobieństwo charakterologiczne, które jednak posiada jedną różnicę. Spock jest mniej diaboliczny w swoich poczynaniach, co pozwala widzowi stanąć po jego stronie.

„Star Trek Into Darkness” jest ponadto dynamicznie sfilmowany, z niezłą choreografią walk i kilkoma intrygującymi sekwencjami akcji, rzeczywiście z ogromnym wykorzystaniem efektu lens-flares, który daje po oczach, że aż miło. Najnowszy film Abramsa ogląda się z zaangażowaniem i uśmiechem na ustach. A jednak cała historia porywa nieco mniej niż ta znana z „jedynki”. Choć stawka o jaką toczy się gra jest podobna, sposób jej prezentacji nie przykuwa uwagi aż tak mocno. W zasadzie trudno mi jednak sprecyzować w czym dokładnie tkwi mój problem. Po części jest to być może spowodowane niezrozumieniem planu Khana, który choć prosty, opowiedziany jest w zbyt zawoalowany sposób.

„Star Trek Into Darkness” to ponownie rozpędzony blockbuster, który przykuwa uwagę feerią barw, akcji i humoru, racząc nas dobrym aktorstwem, ale także nieco niedopracowanym scenariuszem. Przez większość seansu czuć bowiem pewne luki scenariuszowe, których nie potrafiłem zapełnić samodzielnie, nie znając pierwowzoru,  „Zemsty Khana”, na której kanwie luźno (?) opiero się ten film. To zaś sprawiło, że długo przekonywałem się do planu Khana, choć ostatecznie nie jest on wcale tak skomplikowany. Uczucie konfuzji towarzyszyło mi jednak przez większość pierwszego seansu, dlatego nie dałem się porwać historii tak mocno, jak powinienem. Z tego też powodu uważam, iż „Into Darkness” jest filmem słabszym niż „jedynka”, aczkolwiek chyba bardziej humorystycznym. Na szczęście za drugim razem obraz podobał mi się nieco bardziej niż za pierwszym, dlatego ostatecznie ocenę mogę podbić o pół gwiazdki w górę, co daje najnowszemu dziecku J.J. Abramsa notę 7,5/10. Część pierwsza zrobiła na mnie jednak większe wrażenie, stąd ocena taka, a nie inna. Być może jednak, kiedy wreszcie zasiądę do oryginalnych filmów, odkryję też magię faktu, iż jest to wyjątkowo udany remake. A przynajmniej taką właśnie opinię zasłyszałem od znawców tematu. Mimo wszystko – warto, bo to kawał rozrywkowego kina.

 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags:

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Adam44

    5 lutego 2014 o 12:03

    Na pewno będzie świetny. Z pewnością go obejrzę.

     
  2. ~Robert

    15 lutego 2014 o 12:40

    Szykuje się niezłe kino rozrywki z dużą porcją efektów specjalnych.Musze to zobaczyć.

     
 

  • RSS