RSS
 

Savages

27 sty

Savages“ Olivera Stone’a, na podstawie książki Dona Winslowa, która urzekła mnie do tego stopnia, że poświęciłem jej osobny wpis, to opowieść o niesnaskach narkotykowych na pograniczu amerykańsko-meksykańskim i małej wojence, jaka rozpętała się między pojedynczymi dealerami, a wielkim kartelem.

„Savages“ jest adaptacją, która odbiega od oryginału, jednak należy wspomnieć że autor powieści był także współtwórcą scenariusza. Co jednak ważne pewnym problemem obrazu Stone‘a pozostaje stępienie pazura krytyki wymierzonej przez Winslowa, która była główną rzeczą, która przyciągnęła mnie do książki. Sarkastyczne podejście do poważnych spraw, ukazujące pewne mechanizmy niemalże w krzywym zwierciadle były tym co przykuło mnie do powieści najbardziej. W filmie brakuje kilku szpil, które zapadły w moją pamięć najbardziej. Zabrakło kilku smaczków (jak sceny z Facebookiem, czy rozmową Bena z Chonem dlaczego chcą zająć się akurat handlem narkotykami), jednak muszę przyznać, że ogólny odbiór obrazu był wyjątkowo pozytywny. Książkowa brutalność doskonale została ukazana na ekranie, niezwykle dosadnie ukazując to, co Winslow zaznaczył w swojej powieści.

Oczywiście adaptacja filmowa rządzi się swoimi prawami, więc jestem w stanie zrozumieć pewne zmiany, ba, nawet przez większość filmu bawiłem się całkiem przyzwoicie i z chęcią wystawiłbym filmowi notę 7,5/10, gdyby nie fakt, że: o co do cholery chodzi z tym zakończeniem?! Dlaczego zdecydowano się na podwójne rozwiązanie i to jeszcze w tak tandetny i amerykański aż do bólu sposób? Ba, dlaczego zdecydowano się na nie tyle rozminięcie się z (nieco zmienionym) pierwotnym zakończeniem, co postawienie go w jeden wielki nawias interpretacji, zwłaszcza, że to dopiero ta ostateczna wersja wydarzeń przypomina wytwór czyjejś wyobraźni. Mam poczucie, że to kolejny przykład obrazu, któremu szkodzi ostatnie siedem minut. Tak jak pisałem kiedyś w przypadku „Kodu Nieśmiertelności“ – ten film byłby dużo lepszy, gdyby nie dodano do niego tej ostatniej sekwencji, która obróciła sprawy o 180 stopni, niejako podważając wszystko, co widzieliśmy do tej pory. Pierwotne zakończenie jest w zgodzie z pierwowzorem, ukazuje ból jednostki w zmierzeniu z gigantem, a to które serwuje nam Stone’a jest przesłodzone aż do bólu i stojące w dużej opozycji do tego, co o świecie przedstawionym mówi cała reszta obrazu. To trochę smutne, bo do tego momentu obraz Stone’a mi się podobał (oczywiście książka jak zwykle jest dużo lepsza), kiedy zaś on nastąpił moją jedyną myślą było: WTF?! i trochę nie wiem za bardzo co mam z tym wszystkim zrobić.

Wiem na pewno, że obsadowo bohaterowie zostali dobrani wyjątkowo dobrze, choć osobiście czytając książkę (okraszoną filmową okładką), wyobrażałem sobie Bena z Chonem dokładnie na odwrót – Kitscha jako Bena, a Johnsona jako Chona. Takie charakterologiczne dobranie aktorów jednak sprawdziło się na ekranie, a wybór Lively na O. również wyjątkowo trafiony i zyskujący moją pełną aprobatę. To samo tyczy się Del-Toro jako Lado i Hayek jako Eleny. Aktorzy stanęli na wysokości zadania, by w wiarygodny sposób oddać to, co działo się w głowach każdego z nich, gdy ich świat wywrócił się do góry nogami. Momentami wprawdzie nie czuć stawki o jaką toczy się gra, na szczęście inne sekwencje nadrabiają ukazaniem presji, w jakiej znaleźli się bohaterowie. Ogólnie więc jestem zadowolony, choć do pełni szczęścia nieco mi zabrakło.

Jak zwykle ostatnio przepraszam, że ten wpis nie jest recenzją sensu strico, a bardziej luźnym zbiorem myśli na temat, ale uwierzcie mi – niezmiernie się cieszę, że w ogóle udało mi się zasiąść do napisania czegokolwiek (z weną i chęciami pisarskimi ostatnio na bakier) i że wreszcie zmierzyłem się z adaptacją jednej z najciekawszych książek, jakie czytałem w ostatnich latach. Jeśli najdzie mnie też dodatkowa wena spróbuję bardziej klarownie przelać moje myśli na papier.

Tymczasem, dziękuję za uwagę!

PS. Niezwykle spodobał mi się pewien cytat, dlatego na zakończenie postanowiłem go tutaj przytoczyć (będąc tym samym w zgodzie z moim wpise o książce) ;)

Elena do O.: „They may love you, but they will never love you as much as they love each other. Otherwise, they wouldn’t share you, would they?”

 
Komentarze (6)

Napisane przez w kategorii Movies

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Fakir

    28 stycznia 2014 o 19:57

    Chociaż nie pałam sympatią do książek o narkotykach, dilerach itp. to skoro tak ją polecasz, to może warto przeczytać:)

     
  2. ~Asia

    3 lutego 2014 o 18:00

    Dzięki za recenzję.

     
  3. ~HDprojekt

    4 lutego 2014 o 14:36

    Zapowiada się ciekawie. Chyba obejrzę. Dzięki za recenzję.

     
  4. ~Logos

    4 lutego 2014 o 14:40

    Ciekawy „luźny zbór myśli” :) Lubię adaptacje filmowe, więc mnie przekonałeś. Dzięki

     
  5. ~Rolkowa

    4 lutego 2014 o 14:47

    Dzięki za recenzję. Na pewno zabiorę się za wypróbowanie jak tylko znajdę odpowiednią ilość czasu ;)

     
  6. ~Adam44

    5 lutego 2014 o 12:00

    Zapowiada się całkiem nieźle. Może się skuszę. Dzięki

     
 

  • RSS