RSS
 

The Concert Experience

15 maj

Ostatnie miesiące pełne były różnorodnych wrażeń, o których nigdy nie zapomnę. Jednymi z takich wrażeń były te koncertowe. Ten wpis wreszcie przybliży moje odczucia po najważniejszych z nich. Wybaczcie, że zMrazowiłem (słowo utworzone na potrzeby opisu sytuacji po koncercie Mraza, kiedy relacja z koncertu pojawiła się po czterech miesiącach od bytności w sali koncertowej), postaram się to jednak wynagrodzić szybkimi relacjami z trzech wspaniałych kopenhaskich występów.

FOALS (15.10.2013)

Koncert brtyjskiej grupy Foals to drugi live-act oglądany na obczyźnie. Tym razem koncert spełnił moje wszelkie oczekiwania i bawiłem się nieporówynwalnie lepiej niż na występie Macklemore’a. Może dlatego, że Foalsami jaram się nieco bardziej?

Występ rozpoczął się o dziewiątej z minutami w przyjemnym, nie-za-dużym, nie-za-małym, przystrojonym drewnianymi elementami klubie Vega. Przed właściwym występem czekał nas support w postaci grupy Say Lou Lou, którego dobór nieco nas zdziwił. Grupa brzmiała jak stuprocentowy pop, który nie do końca pasował do dokonań Foalsów. Support nie grał jednak zbyt długo, nie zrobił na mnie też szczególnego wrażenia. Był jedynie bonusem całego koncertu, który porwał tłum już w odpowiedni sposób.

Wokalista Yannis nie mówił wiele, ale i tak miał dobry kontakt z publicznością. Na szczególną uwagę zasługuje podwójna sesja crowd-surfingu z gitarą, a potem pałeczkami w dłoniach, podczas której muzyk nie przestawał grać oraz moment, w którym wokalista wspiął się na balkon i przybił piątkę ze zgromadzoną tam publicznością. Fajna, bardzo niecodzienna sprawa.

Zespół zagrał swoje największe hity, w większości pochodzące z najnowszego wydawnictwa „Holy Fire”, na czele z „My Number”, „Inhaler” oraz „Bad Habit”. Największe ożywienie i radość publiczności wzbudził jednak utwór „Two Steps Twice” zagrany na finał, podczas którego przez większość czasu widownia klęczała pod sceną, poproszona o to przez wokalistę. Wyczekując na wielki finał i wspólny energiczny podskok, wszyscy z chęcią wyśpiewywali onomatopeiczne „Pa Pa Ra Pa Pa Ra”, które zostało w mojej głowie do końca wieczoru. Było to świetne zwieńczenie wyjątkowej zabawy, jaką zapewnili nam muzycy podczas półtoragodzinnego występu.

Zespół nie zagrał jednak jednego z moich ulubionych kawałków w swoim dorobku, czyli dynamicznego „Cassius“. Nie wiem czemu, ale muzycy zupełnie zaprzestali prezentowania tego utworu. Kiedy w sierpniu oglądałem transmisję z ich występu w Lowlands, tam również nie zaprezentowali tego zacnego utworu. A szkoda! Niemniej jednak był to jedyny mankament w świetnym i dynamicznym kocercie, który niezmiernie mi się podobał.

Imagine dragons (04.11.2013)

O supporcie w postaci grupy pod przewodnictwem Dana Crolla nie ma w zasadzie po co pisać. Poza wynotowaniem utwory „Can You Hear Me?„, pamiętam, że chłopaki z UK nie zrobili na mnie żadnego wrażenia.

Równo w rok po pierwszym koncercie Imagine Dragons, oto miałem szansę zobaczyć ich ponownie. Tym razem w Kopenhadze, miejscu mojego obecnego pobytu. Grupa z Las Vegas nie zaskoczyla niczym podczas tego występu. Dali sprawny, żwawy show, któremu jednak zabrakło wisienki na torcie, by koncert znalazł się w topie najlepszych koncertów roku.

Dan miał niezły kontakt z publiką, choć był zdecydowanie mniej rozgadany niż przed rokiem. To wyraźnie ukazało mi jak zmienia się podejście artysty do widza, gdy grupa staje się bardziej znana i zaczyna grać dla szerszego grona odbiorców. Ze sceny padło mniej żartów, nie było mowy o żadnym zwrocie do konkretnych osób, czy uścisków z ludźmi spod sceny.

Zmniejszony kontakt z publiką nie oznaczał na szczęście całkowitego jego braku. Przyjemnym momentem był ten, gdy Dan zapytał ludzi zgromadzonych pod sceną, jak po duńsku mówi się „Kocham Cię”, a potem próbował powtórzyć to, co usłyszał.

High pointem było oczywiście wykonanie „Radioactive”, czyli piosenki, dzięki której Smoki zawojowały świat (oraz moją wyobraźnię, promuję przecież ten zespół i piosenkę aż od czerwca 2012) na bis. Dan wprawdzie zjadł jedną z najciekawszych części utworu, czyli początkowe westchnięcie, ale potem zrekompensował to fanom dynamiczną prezentacją utworu. Może nie tak magiczną, jak na Lowlands, ale równie dynamiczną. Jednak usłyszeć ten utwór na żywo to jest coś.

Pozostałe utwory prezentowały się równie okazale, co zresztą uwieczniłem na serii wideo poczynionych na koncercie. Na szczególną uwagę zasługuje świetne przedstawienie kawałka „Hear Me”, czy chóralnego wykonania „Nothing left to say”. Zabawa na występie Imagine Dragons była więc epicka, choć artyści nie urwali mi tyłka tak, jak to zrobili w Berlinie. Ale to chyba dlatego, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. ;)

Bastille (14.11.2013)

Opis koncertu Brytyjczyków należy zacząć od zauważenia, że ich support – To Kill a King zdecydowanie dał radę. Ta nieznana dotąd grupa zaprezentowała się z tak doskonałej strony, przykuwając uwagę widza nieprzeciętnym, popowo-rockowym dźwiękiem, że zauroczyła całą publiczność w przeciągu pierwszych kilku utworów. High-pointem ich występu była zaś utwór „Wolves”. Dzięki angażującemu chóralnemu śpiewaniu refrenu, rozgrzali publiczność, przed głównym punktem programu. Dodatkowym bonusem była możliwość spotkania członków zespołu po koncercie, zrobienia sobie z nimi fotki, dostania kilku autografów oraz zostania zaproszonym na styczniowy koncert grupy. (Co też uczyniliśmy, będąc oczarowani poczynaniami zespołu). Po pochwałach dla To Kill A King, przejdźmy do gwoździa programu, czyli grupy Bastille.

Jaki może być koncert, gdy zespół rozpoczyna go Twoim ulubionym utworem w całym dorobku? Oczywiście wyśmienity. Po dynamicznym wejściu wspaniałym „Bad Blood”, zespół utrzymał wysoki poziom do samego końca. Wartym wynotowania jest, że zanim usłyszeliśmy pierwsze nuty tej piosenki, członkowie zespołu weszli na scenę w takt intro do „Twin Peaks”.

Icarus”, „The Weight of Living”, „Laura Palmer”, „Of the Night” czy nowy utwór „Blame” wybrzmiały znakomicie w klubie Vega. Wokalista Dan miał świetny kontakt z publicznością, czego najlepszym przykładem był moment, w którym zszedł do tłumu rozentuzjazmowanych fanów, by wśród nich zaśpiewać jeden z utworów. Zakapturzony Smith przechadzający się wśród publiczności to jeden z najlepszych momentów tego koncertu, pokazujący, jak bardzo zespołowi zależy na świetnym kontakcie z uczestnikami show. A, że wokalista znajdował się także niedaleko mnie, to stanowi to dodatkowy bonus całej sytuacji.

Wspaniały, mesmeryzujący koncert, który sprawił, że zapałałem prawdziwą miłością do zespołu. Ich utwory nie dość, że świetnie sumowały poszczególne rozterki, które przeżywałem na początku semestru, to jeszcze wykonane na żywo dodawały im kolejnej warstwy wyśmienitości.

Koncert zwieńczył oczywiście utwór „Pompeii(wideo live), dzięki któremu Brytyjczycy wypłynęli na szeroką wodę uwielbienia rzeszy słuchaczy, zaśpiewany wraz z członkami To Kill A King. Zresztą to właśnie dzięki tej piosence zdecydowałem udać się na ich występ. Stwierdziłem, że jest tak genialna, że nawet tylko dla niej jestem w stanie wydać pieniądze na koncert grupy. Na żywo nie zawiodły żadnych oczekiwań i przysporzyła mi niezapomnianych wrażeń.

Podsumowując moje szybkie koncertowe przebieżki, ranking koncertowy prezentuje się następująco:

Bastille > Imagine Dragons > Foals

+ Bonus: TO KILL A KING (26.01.2014)

Po świetnym występie jako support Bastille, wybrałem się na ich solowy styczniowy koncert, odbywający się w małym klubie gdzieś na obrzeżach Kopenhagi.

Panowie znów zaprezentowali się z najlepszej strony, urzekając intymną atmosferą koncertu, śpiewając kilka utworów acapella, bez sprzętu, bez nagłośnienia. Ponownie high-pointem było chóralne wykonanie „Wolves”, jednak o miano najlepszej części koncertu walczyły ze sobą także piosenki „Fictional State”„ i „Howling”. Po koncercie na nowo odkryłem muzykę Brytyjczyków, o czym zresztą skrzętnie informowałem w „Muzyce Lutego”. Zgrabny mały koncert, który ponownie naładował moje akumulatory na dłużej. ;)

Dziękuję za uwagę podczas tej koncertowej przebieżki muzycznych uniesień ostatnich miesięcy. To chyba dobry moment, by przeprosić za pewien chaos myślowy, wypełniony licznymi wtrętami, panujący w tym wpisie. Pisząc te ralacje w parę miesięcy po koncertach wiele innych myśli po prostu przepływa przez moją głowę. Zamiast je lepiej filtrować, po raz kolejny decyduję się na swoisty strumień świadomości, umożliwiający pełniejsze ukazanie mojego stanu ducha. Jak widać na załączonym obrazku tego akapitu, myśli wtedy błądzą trochę bez celu. Czas więc postawić ostatnią kropkę i zwyczajnie powiedzieć: dziękuję za uwagę.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Music

 

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS