RSS
 

The X-Men Experience

19 maj

W ramach przygotowań do „X-Men: Days of Future Past”, postanowiłem odświeżyć sobie poprzednie filmy z serii. Poniższy wpis będzie więc krótką przebieżką po myślach, które mnie naszły podczas rewatchu.

X-Men, reż. Bryan Singer, 2000

Film, od którego wszystko się zaczęło. Pamiętam, że jako dzieciak podczas wizyty w Paryżu z rodzicami pierwszy raz ujrzałem plakat filmu Singera. Bohaterowie przedstawieni w niebieskiej poświacie równocześnie przykuwali mój wzrok, jak i odstraszali. Czułem pewien dreszczyk emocji, patrząc na nietypowych bohaterów, jednak podczas całego pobytu nie było mowy, bym nie spojrzał na plakat, mijając go na mieście. Pamiętam też, że idąc na film z przyjacielem zastanawialiśmy się czy dobrze trafiliśmy, gdy pierwsza sekwencja zwiastowała „Poland 1944”. Jakież było nasze zdziwienie i zadowolenie, że oto jednak jesteśmy w odpowiedniej sali kinowej, a moce Magneto ujawniły się w tak dramatyczny sposób. Film porwał mnie swoją formułą, przeraził tym, co przydarzyło się Senatorowi Kelly’emu, zaintrygował postacią Mystique oraz zauroczył finałową walką w Statule Wolności. Miał tempo, humor i ciekawych bohaterów. Tak oto zrodziła się moja „X-Menowa” miłość, która miała trwać długo, a której pełna eksplozja nastąpiła już po trzech latach, kiedy na ekrany wszedł „X-Men United”. „X-Men” oglądany po latach to nadal przyzwoity film, który przykuwa wszystkimi wymienionymi elementami i który bardzo ładnie zarysowuje ciekawą granicę w podejściu do walki o swoje prawa, o czym zresztą zgrabnie napisał Dawid Przywalny w swoim hatakowym artykule „Komiksologia”. Warto takze wynotować, że pierwsi „X-Meni” to początki kinowego panowania Marvela. Jeszcze bez logo i sceny po napisach, ale wyniki kasowe i przychylność krytyków już wtedy zaczęła wyznaczać poziom spod znaku jakości studia.

Ocena: 7/10

X-Men: United, reż. Bryan Singer, 2003

X-Men: United”, czy jak widnieje w sekwencji tytułowej filmu, po prostu „X2” to obraz, który rozpoczyna się z hukiem, od wprowadzenia niezwykle ciekawego mutanta (Nightrawler) i atakiem na Prezydenta Stanów Zjednoczonych. Fabuła jest bardzo zgrabnie poprowadzona, zahaczając  o tajemniczą przeszłość Wolverine’a, nowe zagrożenie dla mutantów ze strony starego przeciwnika oraz wprowadzając nowe postacie drugoplanowe, które przykuwają uwagę i zapewniają sporo rozrywki. Świetne zwroty akcji (fraza „And now find all the humans” pozostała w mojej głowie od czasu pierwszego seansu te wiele lat temu) i ciekawie poprowadzone walki przysparzają wielu pozytywnych wrażeń. Po pierwotnym seansie „X2” stali się moją ulubioną częscią sagi i w zasadzie tak pozostało po dziś dzień. Aczkolwiek oglądając ten odcinek ponownie, zauważam, że wiele rzeczy nie zostało w pełni wyjaśnionych, a niektórym postaciom brakuje trochę backstory, by jeszcze mocniej przejąć się ich losem. Ale dobry action-action-action zostaje zachowany, więc w zasadzie nie ma na co narzekać. Dobre kino rozrywkowe, przysparzające pozytywnych wrażeń. Aha – no i dostajemy już charakterystyczne marvelowskie logo oraz scenę, która w dzisiejszych czasach pewnie byłaby bonusem po napisach (symbol Phoenix). Rozrywka na poziomie, do której chce się wracać.

Ocena: 8/10

X-Men: The Last Stand, reż. Brett Ratner, 2006

W ramach przygotowań do najnowszego filmu poczytałem trochę ciekawostek dotyczących słynnej serii. Jedną z nich była kwestia ukazania sesji treningowych w Danger Roomie oraz ukazanie wątku Sentineli. Ponoć Singer miał plany, by sceny te pokazać już w pierwszych dwóch filmach, jednak z powodu cięć budżetowych, dwukrotnie mu się to nie udało. Jakże więc dziwnym i niefortunnym jest, że to właśnie trzeci film z serii, już nie pod jego artystyczną pieczą pokazuje te sceny, na dodatek w pierwszych dziesięciu minutach, robiąc to jednak trochę bez serca. W obecnej formie wyglądają one trochę jak odhaczanie pomysłów z listy niż sensowny zabieg scenariuszowy. Zresztą „The Last Stand” ogólnie charakteryzuje się bezsensownymi zabiegami scenariuszowymi, które tylko irytują widza. Weźmy na przykład takiego Magneto i jego relację z Mystique. Kiedy ona ratuje go przed nietypowym rodzajem broni, zostając tym samym uleczona ze swojej mutacji, jego reakcją jest „Uratowałaś mnie. Ale teraz przykro mi, nie jesteś już jedną z nas”. I odchodzi, pozostawiając ją samą sobie. Wyjątkowo surowe traktowanie kogoś, kto jest twoim najbliższym sojusznikiem i przyjacielem. Charakterologiczne wzruszenie ramion na krzywdę bliźniego zupełnie zabija rozwój postaci i jest bezsensownym pomysłem. To samo wzruszenie ramion budzi u widza zabicie wielu pierwszoplanowych postaci. Śmierć kanonicznych bohaterów nie zyskuje tutaj ani grama emocjonalnego bagażu, który powinien towarzyszyć tym wydarzeniom, pozostawiając widza ze scenariuszowym chaosem, z którego de facto nic nie wynika. Niby myśl „dla lepszego jutra ogółu, poszczególne jednostki muszą zginąć”, gdzieś tam widnieje, ale brak temu wszystkiemu jakiegoś mocniejszego kopa, który sprawiłby, żebyśmy tym wszystkim prawdziwie się przejęli. Rozpierduchę robią ładną, scena z mostem Golden Gate należy do jednej z moich ulubionych w serii, ale całości zwyczajnie brakuje serca. Ratner zwyczajnie nie czuje tej serii, nic więc dziwnego, że wszyscy wieszają psy na tej odsłonie przygód mutantów. Na plus można za to zaliczyć pojawienie się pierwszej w „X-Menowym” uniwersum sceny po napisach, będącej zresztą niezwykle ważną dla przyszłości serii.

Ocena: 4,5/10

X-Men Geneza: Wolverine, reż. Gavin Hood, 2009

W trakcie rewatchu celowo pominąłem „Genezę: Wolverine’a”, gdyż ten film z wielu powodów, które zgrabnie kiedyś opisałem, nie przypadł mi do gustu. Najchętniej zrobiłbym tak samo, jak sam bohater i wymazał sobie jego wydarzenia z pamięci. A zamiast ponownego seansu, zafundowałem sobie krótkie (choć i tak dość męczące 15-minutowe)Everything Wrong” oraz dużo żwawsze, niezwykle celny „Honest Trailer”.

Ocena: 4=/10

The Wolverine, reż. James Mangold, 2013

Ostatni film z X-Menowej serii, który zawitał na ekranach, jednak chronologicznie rozgrywający się tuż po „Ostatnim Bastionie”. No i poziomem raczej zbliżony do tego filmu, a nie „X2”, czy „Pierwszej Klasy”, więc obejrzałem go wcześniej, co by całego rewatcha na wysokiej nucie zakończyć. Pominięcie „Genezy” zdaje się dobrym ruchem, bo „The Wolverine” też jakoś chce zapomnieć o swoim poprzedniku, odwołując się do niego jedynie w pojejedynczej scenie. Obraz Mangolda pokazuje zresztą folklor kultury Japonii, Wolverine’a czyniąc poniekąd postronnym świadkiem rodzinnego dramatu o przejęcie władzy w firmie. Ważnym pionkiem w grze. Co ciekawe – takie postawienie sprawy umożliwiło filmowi naprawienie błędów poprzednika i dało widzowi film, który naprawdę może się podobać. Dzieje się tak za sprawą historii, w której Logan nękany jest wizjami zmarłej Jean Grey, nie potrafiąc dojść do ładu z burzliwymi wydarzeniami z San Francisco. Pomocna natura wygrywa w nim jednak, gdy stary przyjaciel prosi go o pomoc, a na miejscu staje się świadkiem wielkiej niesprawiedliwości, która dotyka młodą dziewczynę.

Film Mangolda oglądałem w dwóch wersjach – PG13 oraz R, która jest dłuższa o kilka minut. R-ka od wersji kinowej różni się w zasadzie tym, że dostała trochę więcej przekleństw i jedną krwistą akcję z ninja – gdy Yukio „kosi” ich ciała specjalną maszyną, którą aż chciałoby się nazwać kosiarką. Szkoda tylko, że z ostatecznej wersji filmu wycięto fajną bonusową scenę na zakończenie, ukazującą Yukio dającą Loganowi jego charakterystyczny żółty strój. Byłoby miło zobaczyć go w takim kombinezonie choć przez chwilę w kolejnym sequelu, który pewnie dojdzie kiedyś do skutku. Najważniejsza scena po napisach, bezpośrednio nawiązująca do „Days of Future Past” rozgrywa się bowiem w dwa lata później od czasu wydarzeń „Wolverine’a”, więc twórcy sprytnie zostawili sobie furtkę do przyszłych sequeli.

Ocena: 7=/10

X-Men: First Class, reż. Matthew Vaughn, 2011

Ponowny seansPierwszej Klasy” uświadomił mi, że to właśnie jest najlepszy film z „X-Menowej” serii. Najbardziej wyważony, najbardziej poruszający, najbardziej zapadający w pamięć. Wszystko dlatego, że każda z zaprezentowanych postaci dostaje tutaj swoje pięć minut i odgrywa ważną rolę dla całości historii. Niezmiernie podoba mi się też osadzenie opowieści w latach 60. i powiązanie jej z Kryzysem Kubańskim. Zabieg, który sprawdził się w „Watchmenach”, świetnie sprawdza się też tutaj. Na dodatek w pewnym momencie pada nawet zdanie: „We can avange him”, co przywodzi na myśl inne superbohaterskie ugrupowanie. Oglądanie jak rodzi, a potem nadwyręża się przyjaźń Erica i Charlesa to rzecz niezwykła, a dylematy Raven/Mystique są czymś, co napędza większość filmów z serii „X” – kwestię pogodzenia się z samym sobą. W „Pierwszej Klasie” wszystkie wątki są niezwykle zgrabnie połączone, przysparzając masy pozytywnych wrażeń. Wspaniałe są sceny młodzieńczej wolności, gdy nowi członowie drużyny ujawinają swoje zdolności. Drugim pięknym motywem jest rozwój przyjaźni między Ericiem, a Charlesem, którego high-pointem jest moment, w którym Xavier pomaga Lehnsherrowi kontrolować swoją moc, próbując obrócić satelitę. Pomaga mu wtedy odblokować dawno zapomniane wspomnienie. Wspaniały, emocjonalny moment. „Pierwsza Klasa” jest więc, no cóż, pierwsza klasa!

Ocena: 8,5/10




Najlepszy utwór całej „X-Menowej” sagi, idealnie oddający emocjonalną siłę, którą niesie za sobą seria. #GoodJob Henry Jackman!

Aaand done! Teraz czuję się już w pełni gotowy do czwartkowego seansu „Days of Future Past”, z którym wiążę duże nadzieje. Szybka przebieżka po „X-Menowym” świecie przypomniała mi, jak przyjemnie rozrywkowe są to filmy i jak miło spędza się z nimi czas.

Na koniec wpisu warto zaznaczyć, że moje oceny poszczególnych części nieco różnią się od tych, wystawionych tuż po pierwotnym seansie. Większość nieco poleciała w dół, ale aż sam zaskoczyłem się, gdy zorientowałem się, że taki „The Wolverine” za drugim razem wciągnął mnie bardziej, przysparzając lepszej rozrywki. Czy to kwestia tych dodatkowych kilku R-kowych minut? A może wiedząc co się szykuje, byłem bardziej skłonny przymknąć oko na parę z wynotowanych wcześniej mankamentów? Ciekawa sprawa!

 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Seks rozmowy

    15 listopada 2016 o 11:43

    niepozdejmowany

     
  2. ~tutaj

    29 listopada 2016 o 19:04

    niepoprzysłaniany

     
 

  • RSS