RSS
 

Transformers: Wiek Zagłady

31 lip

Transformers: Age of Extinction„, czyli czwarta część historii o wielkich robotach zamieniających się w samochody, to zarówno sequel poprzednich części (a w zasadzie poprzedniej, trzeciej odsłony – o wydarzeniach z pierwszych dwóch odcinków świat się przecież nie dowiedział O.o), jak i pewnego rodzaju reboot całej historii.

O ludzkich bohaterach poprzednich części nie wspomina się tu nawet słowem, podążając za losami rodziny Yeagerów (ktoś widział „Pacific Rim” widzę). Papa Yeager (Mark Wahlberg) przypadkowo znajduje się w posiadaniu starej ciężarówki, która okazuje się… być Optimusem Primem. Od wydarzeń z Chicago (czyli akcji „The Dark of the Moon”) minęło pięć lat, w czasie których rząd podjął działania, mające na celu pozbycie się przybyszów z innej planety i „oddanie Ziemi jej mieszkańcom”. Innymi słowy – rząd poluje na znajdujące się na ziemii Autoboty, a następnie przeprowadza na nich testy, mające na celu pozyskanie sekretów Obcej technologii. To zaś sprawia, że bogu ducha winny ojciec rodziny postawi ją w nie lada niebezpiecześtwie. I to nie tylko ze strony rządu, który brutalnie zapuka do jego drzwi, dopytując się gdzie jest Szef Autobotów, ale także ze strony nowej bezimiennej rasy Transformersów, która pomaga ludziom w wyłapywaniu pozostałych przy życiu robotów.

Fabuła, a w zasadzie niekończąca się feeria scen akcji w pewnym momencie robi się jednak tak chaotyczna, że gdy nadszedł fiał zupełnie nie zorientowałem się, że to już koniec. Brakowało mi jakiejś klamry, pełnego domknięcia wątków. Być może było tak dlatego, że film posiada otwarte zakończenie, zapowiadające nowe wątki spreparowane pod kolejne odsłony serii. Które pewnie będą jeszcze dłuższe i jeszcze bardziej nadmuchane chaotyczną akcją. Mimo, że większość osób narzekało na chaos akcji już w poprzednich częściach, ja dostrzegłem go w pełnej krasie dopiero w najnowszym odcinku, podczas sekwencji końcowej, kiedy złapałem się na tym, że próbowałem prześledzić o co właściwie toczy się walka i jak bohaterowie dotarli do tego punktu historii. Bo choć motywacje postaci były zarysowane dość wyraźnie, rozpędzone tempo akcji, rozbiegana kamera oraz błędy w ciągłości historii zatarły ich wagę i znaczenie.

Film doskonale nadaje się do grania w drinking game – za każdym razem, gdy widzisz chamski, bijący po oczach product placement pijesz kolejkę i upijasz się do nieprzytomności w jakieś pięć minut. Pokazywanie róznorodnych logotypów zawsze było ważnym elementem filmów z tej serii, jednak to co robią twórcy w „czwórce” przechodzi ludzkie pojęcie. Nie ma wręcz kadru, w którym nie dałoby się dostrzec reklamy jakiejś znanej marki, czy to umieszczonej gdzieś w tle, czy to rozciągającej się na całą wysokość ekranu.

Świetnie ogląda się też grę aktorską, w szczególności Marka Wahlberga, który rzeczywiście każdą kwestię wypowiada w dokładnie taki sam sposób, akcentując dokładnie te same części zdania i ukazując identyczne zaangażowanie emocjonalne za każdym razem, niezależnie od dialogu, który właśnie prowadzi. Mając w głowie żarty ze sposobu jego wysławiania się, czynione chociażby przez Andy’ego Samberga, większość scen z początku filmu (a w zasadzie każdą wymianę zdań z córką) ogląda się z nieskrywaną radością. Istne comedic goldmine. Wartym wynotowania jest także niezwykle trafna uwaga Jakuba Popieleckiego, recenzenta FIlmwebu: „Sam Wahlberg wydaje się też niezbyt trafnie obsadzony. Kompletnie wbrew swojemu emploi (i wbrew zdrowemu rozsądkowi) gra tu bowiem domorosłego wynalazcę (coś w stylu J.F. Sebastiana z „Łowcy androidów”), który z trudem wiąże koniec z końcem i żyje marzeniami o tym, że wreszcie będzie miał swoje pięć minut. Taki 40-letni siedmiolatek. Coś jak Michael Bay”. Fajnym bonusem jest także oglądanie w epizodycznej roli T.J Millera, który swoim stylem bycia przypomina nieco swojego bohatera z doskonałego serialu HBO „Silicon Valley”.

Film ma też inne dobre momenty. Nowy sposób transformacji, przy użyciu cząsteczek transfomium wygląda na przykład nad wyraz korzystnie, stanowiąc nie lada ucztę dla oka. Bardzo dobry jest też moment przejścia po linach między statkiem kosmicznym, a Sears Tower. Sceny te giną jednak w sosie pełnej destrukcji miast, które z lubością ukazuje nam reżyser. Co jednak znamienne – „Age of Extincion” brakuje scen na miarę epickiej rozwałki Chicago z poprzedniej części (co za tym idzie – epickiej rozwalki jak w Avengers, przeciez te filmy pod tym wzgledem to w zasadzie jedno i to samo), a Hong Kong, w którym rozgrywa się finał historii w wielu momentach przypomina amerykańskie miasta, będące „bohaterami” poprzednich odcinków. Niby więc dostajemy pewnego rodzaju nowość i pewną „egzotykę”, ostatecznie jednak sfilmowana jest ona tak, że przypomina każdą inną wielką metropolię.

Muzyka umila seans, choć nie wychodzi poza standardowe melodie prezentowane w poprzednich odsłonach. Za to piosenka Imagine Dragons jest dobra, aczkolwiek come on, jej fragment, czyli tekst „Do or Die” zerżnięty przecież od Thirty Seconds to Mars. A w ogóle to gdzie do cholery jest Linkin Park? Przecież to nieodzowny element tej serii. Ogólnie to podczas fragmentów „Battle Cry” zdawało mi się, że słyszę Dana, ale mój mózg zastanawiał się nad tym czy przypadkiem Chester też nie byłby w stanie tak śpiewać. Weird music-ception z tym utworem. Co jednak znamienne – jest to dokładnie ta rzecz, która zostaje w głowie po seansie!

Transformers: Age of Extincion” mimo horendalnego czasu trwania (165 minut!) najwyraźniej nie wypełnilł wszystkich pomysłów scenarzystow na tę serię, gdyż otwarte zakończenie bardzo wyraźnie zapowiada, że opowieść o robotach ma wielkie szanse być kontynuowana. Pewnie w jeszcze bardziej chaotyczny i rozbuchany sposób.

Najkrótszą i najlepszą recenzją najnowszej części „Transformers” niech będzie parafraza słynnych nazw Facebookowych fanpage’y: Oglądanie Transformers dla beki to świetna zabawa. Normalnie aż nie mogę się doczekać, aż ekipa Cinema Sins zabierze się za ten obraz! :D

Ocena: 6-/10

PS. Brawa i największy śmiech na sali należą się za scenę walnięcia żołnierzy w policzek rozpędzonym kołem samochodu! Komediowe złoto!

PS2. Przytoczona wcześniej recenzja Filmwebu, posiada także inną niezwykle trafną uwagę -  „Reżyser o dziwo nawet nie bardzo potrafi oddać sprawiedliwości własnym fetyszom. Powiewanie flagą powiewaniem flagą, ale wyłaniający się z filmu portret Amerykanów trąci raczej drapieżną satyrą niż gloryfikacją (…)”. Rzucony mimochodem komentarz „It’s worse than waterboarding”, czy długa sekwencja, w której Agent CIA bez mrugnięcia okiem przystawia pistolet niewinnej dziewczynie, by jej ojciec wyjawił potrzebne im informacje, ukazują zwykle Prawych Amerykanów w wyjątkowo ciemnym świetle. Trzeba przyznać, że stanowi to nietypowe zagranie.

 
Komentarze (3)

Napisane przez w kategorii Movies

 

Tags:

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Anetka

    10 listopada 2016 o 12:23

    niepotrojenie

     
  2. ~sex telefon

    15 listopada 2016 o 04:52

    niepryzmujący

     
  3. ~źródło

    29 listopada 2016 o 09:55

    nieprzyrzucany

     
 

  • RSS