RSS
 

Fall Out Boy + Linkin Park in Wrocław

24 wrz

Czasowy powrót na polską ziemię przywitał mnie nie lada niespodzianką. Oto dzięki szczęściu zaprzyjaźnionej blogerki z QOHamKino, miałem okazję udać się do Wrocławia na koncert Fall Out Boya oraz Linkin Park. Nie byłbym sobą, gdybym nie opisał tego wydarzenia choć w kilku słowach, także zapraszam na relację z tegoż koncerciwa.

Koncert Fall Out Boy zamiast zaspokoić apetyt na występy na żywo zespołu, jedynie go wzniecił i już czekam na ogłoszenie ich własnego koncertu, w jakimś klubie, najchętniej w Warszawie (Stodoła?). Panowie zaprezentowali się bowiem z wyjątkowo korzystnej strony, grając żwawo, energetycznie i z werwą! Mogliby mieć wprawdzie nieco lepsze nagłośnienie, gdyż momentami wokal ginął gdzieś pod przykrywką gitar, ale na szczęście przez większość czasu Patrick i spółka byli odpowiednio słyszalni.

Chłopaki z USA zagrali godzinny koncert, wypełniony hitami z całej dyskografii zespołu. W setliscie znalazło się nawet miejsce dla ich doskonałego coveru „Beat It„, nie wspominając już o dwóch kawałkach, które otworzyły im drogę do światowej sławy – „Sugar, We’re Going Down” oraz „Dance Dance”. Na przykładzie tych kawałków można zresztą zobaczyć/usłyszeć, jak Fall Out Boy ewoluował przez lata. Gdy w 2005 roku Pete Wentz i ekipa prezentowali ten kawałek, Patrick Stump nie potrafił w zasadzie śpiewać. Magia „Sugar, we’re going down” polegała raczej na ich nieposkromionej młodzieńczej energii i niezłych riffach, a nie ponadprzeciętnym wokalu. Utwór, wykonany na żywo, po wielu latach od debiutu, prezentował się już doskonale. Odchudzenie wizerunku Stumpa dobrze wpłynęło tez ja jego predyspozycje wokalne.

Zespół zagrał większość kawałków z najnowszego wydawnictwa „Save Rock and Roll”, jak również zaprezentował najlepsze kawałki w swojej karierze. Rozpoczęło się, tak jak najnowsza płyta – od utworu „Phoenix„, który dobrze zwiastował energetyczną bombę wieczoru. Następujące niedługo potem „Alone Together” utwierdziło tylko publiczność w rockowej mocy zespołu,  a dynamiczne i bezkompromisowe „I don’t care” jeszcze mocniej ugruntowało tę opinię. Moje ukochane „Just One Yesterday” wybrzmiało natomiast mniej więcej w połowie koncertu, niosąc ze sobą moc energii oraz lekko inną, nieco wolniejszą aranżację. Nawet partie wokalistki Foxes w wersji Patricka posiadały odpowiednią moc. Mimo, że nie był to high-point koncertu (na płycie ten kawałek brzmi jednak o nutę bardziej epicko), zdecydowanie był jednym z pozytywniejszych momentów wieczoru. Jeśli zaś o high-pointy chodzi to waham się między wykonaniami „Beat It„, a „Dance Dance”, które chyba rozruszały publiczność najbardziej.

Całość zakończyła się mniej więcej po godzinie w rytmach dynamicznych „Thnks Fr Th Mmrs” i „Saturday”, które świetnie puentowały wyśmienity występ. All in all, występ Fall Out Boy był świetną przystawką do równie udanego i równie energetycznego koncertu Linkin Park. Mam nadzieje, ze udało Nam się zarazić ich miłością do polskiej publiki, i tak jak Linkin Park na stale wpiszą nasz kraj na swoja listę.

Fall Out Boy, Thks Fr Th Mmrs!

And Pete – Happy BDay!

Wraz z nastanie mroku nadszedł jednak czas na główną gwiazdę wieczoru, czyli kwartet/ kwintet(?) chłopaków z USA. Linkin Park zaczęli z grubej rury, już w drugim kawałku oferując „Given Up”. Tłum już od pierwszych nut był niezwykle rozochocony, chłonąc każde słowo i wers, padające ze sceny. Widać, że zespół ma w Polsce oddanych fanów, dlatego tak chętnie często przyjeżdża do naszego kraju.

Bardzo fajnym pomysłem było remixowanie swoich piosenek, dodając im dubstepowego edge’a, jak i mieszanie fragmentów swoich kawałków, by utworzyć zgrabne mash-upy. Tłum oszalał z radości, gdy z ust Mike’a Shinody poleciały linijki najlepszej piosenki jego drugiej grupy, Fort Minor, „Remember The Name„, która wklejona była w trzy-utworowy segment jego niezależnych dokonań, zaprezentowany przez wokalistę w pewny momencie koncertu.

Numb” z preludium w postaci melodyjnej inkantacji Jaya-Z (tutaj wykonywana przez Shinodę) również zebrał jedne z najgłośniejszych braw. Środek setu stanowił natomiast zbitkę nieco spokojniejszych piosenek z dokonań zespołu. Utwory, takie jak „Shadow of day”, „Leave Out All The Rest”, czy „Castle of glass” (w nieco zremiksowanej wersji) wypełniły tę część koncertu. Stanowiły mila chwile oddechu przed szaleństwem, które miało nastąpić na koniec, a które rozpoczęło się wraz z zagraniem kawałka „Faint”.

Zabrakło mi wisienki na przepysznym torcie w postaci „Nobody’s Listening„, jednego z moich ulubieńców na ich najlepiej przyjętej „Meteorze”. Pod koniec rzucili również w widzów podpalonym dynamitem, reprezentowanym przez takie kawałki jak świetne utwory „Transformersowe„, czyli „What I’ve Done” i „New Divide”. Na sam koniec Amerykanie dali widzom wspaniale „Bleed It Out„, które umożliwiło fanom odkrycie w samym sobie wewnętrznego wybuchowego zapłonu. Szal, jaki odbył się pod scena jest aż nie do opisania słowami i „Bleed It Out” zdecydowanie należy do jednych z najlepszych wystąpień tego roku. Sam koncert również wpisuje się na moją listę najlepszych wydarzeń na żywo.

Kolaboracja Linkin Park z Fall Out Boyem okazała się strzałem w dziesiątkę, gdyż ich wspólny koncert ukazał jak w zasadzie bardzo zbieżne stylistyczne są to grupy. Operują podobną rockową stylistyką, a ich kawałki potrafią wywołać podobne emocje.

 
Komentarze (4)

Napisane przez w kategorii Music

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Dorota

    25 września 2014 o 16:03

    Super, byłam na tym koncercie, to niesamowite doznanie :)

     
  2. ~Ariel

    10 listopada 2016 o 15:30

    nieprzymurowanie

     
  3. ~Ero linia

    15 listopada 2016 o 06:10

    niepowygrzebywany

     
  4. ~wróżka na telefon

    28 listopada 2016 o 23:20

    niepowdychanie

     
 

  • RSS