RSS
 

Klaxons w Warszawie

17 paź

Kiedy dowiedziałem się, że Klaxons przyjeżdżają do Polski, bylem wniebowzięty! Od mniej więcej dwóch lat marzyło mi się zobaczyć Brytyjczyków na żywo po raz drugi! Ich koncert na Openerze niezmiernie mi się bowiem podobał, a ja coraz częściej łapałem się na słuchaniu ich muzyki, podrygując w jej takt przy wielu okazjach.

Z radością przyjąłem wiec nieoczekiwaną zmianę terminu, która umożliwiła mi stawienie się na wydarzeniu. Nie obyło się bez utrudnień, ale ostatecznie stawiłem się o 00.30 pod bramami głównej hali Soho Factory, pod Grolsch Stage, na FreeFormFestival. Tak – stawiłem się tylko i wyłącznie na koncert Klaxons, bo nawet i to okupowane było bólem serca rozłąki z moimi Erasmusowymi gośćmi, którzy wtedy pojawili się w moich skromnych progach. To jednak relacja koncertowa, więc kończę z prywatą.

Koncert rozpoczął się kilkanaście minut po pierwszej, a jako że bramy otwarto dopiero o 01.05, szczęśliwym zbiegiem znalazłem się w drugim rzędzie pod sceną, skąd miałem doskonały ogląd na sytuację. Umożliwiło mi to oglądanie artystów w dużym zbliżeniu – ich pot i (niemalże) łzy szczęścia były widoczne w najmniejszym detalu. Mogłem też oglądać ich ogromne zaangażowanie w każdy wykonywany  utwór.

Członkowie zespołu wyszli odziani w białe stroje i od razu uderzyli z grubej rury, grając utwór „New Reality”, który zaśpiewali z uśmiechem na ustach, co rusz śmiejąc się do widowni. Co czynić gdy zespół zagra Twój ulubiony utwór już na samym początku? Tak stało się tym razem, gdyż mój faworyt - ”Atlantis to Interzone” wybrzmiał już jako drugi kawałek tego ponad godzinnego koncertu. Bawił doskonale, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że gdyby zaserwowano go nam na deser, wzbudziłby jeszcze większy entuzjazm. Z jednej strony było to więc świetne otwarcie energetycznego występu, z drugiej łapałem się później na oczekiwaniu na ten właśnie utwór, jak gdyby nie dopuszczając do siebie, ze już go usłyszałem.

Po dynamicznym „Atlantis to Interzone” (nieco jednak stonowanym w porównaniu z wybuchowym wykonaniem na Openerze) nastąpiło „Children of the Sun”, które dość szybko kupiło mnie po przesłuchaniu najnowszego longlpaya grupy. Następujące chwilę później „Gravity’s Rainbow” było jednym z jaśniejszych punktów koncertu. Tak wyrazistym, że aż utkwiło w mojej głowie po zakończonym występie.

Koncert był częścią trasy promującej najnowszy krążek grupy – „Love Frequency„, nie dziwi więc, że większość utworów zagranych przez zespól pochodziło właśnie z tego wydawnictwa. Najlepszym wykonaniem z nowego zestawu utworów może poszczycić się „Invisible Forces„, które porwało tłum do wspólnych skoków i gromkiego śpiewania linijki „You Make Me Feel Real„.

Wykonanie live umożliwiło mi przekonanie się także do pierwszych trzech utworów z płyty, będących ponadto trzema singlami promującymi album. „New Reality„, „There Is No Other Time”, i „Show Me A Miracle” podczas zapoznawania się z krążkiem kupowały mniej najmniej. Niektórych nawet nie potrafiłem dosłuchać do końca. Posiadają one bowiem zbyt popowy wokal i nieco zbyt elektroniczny bit, jak na kawałki sygnowane logo zespołu. Na koncercie grupa zagrała je jednak w tak przekonujący sposób, że moje podejście do nich uległo zmianie i teraz cały krążek śmiga już w moich słuchawkach.

Najbardziej jednak podobały mi się powroty do przeszłości, na czele ze wspomnianymi „Atlantis to Interzone” i „Gravity’s Rainbow”. Przeciętnie wypadł hit, który otworzył drogę do kariery zespołu, czyli niezapomniane „Golden Skanks”, zagrane gdzieś w środku  setlisty. Na szczęście „Magick” zabrzmiało już z odpowiednią werwą i przytupem, porywając tłum do tańca.

Zakończenie na bis utworem „It’s Not Over Yet” było strzałem w dziesiątkę i miłym powrotem do korzeni, po koncercie wypełnionym nowościami. Wyzwoliło dodatkowe pokłady energii zgromadzonej pod sceną widowni, stanowiąc kropkę nad i całego występu.

Ostatecznie koncert Klaxons był dla mnie wyśmienitą rozrywką, która mogła jednak być dopięta na dodatkowy guzik, by dać przepyszną wisienkę na smakowity tort. Koncert nie miał bowiem tej werwy, którą znałem z Namiotu Openera, ale to też dlatego, że widownia zgromadzona w Soho Factory była wielokrotnie mniejsza niż w Gdyni. W ogólnym rozrachunku cieszę się jednak niezmiernie, że miałem szansę spełnić jedno z marzeń i zobaczyć Klaxonsow na żywo po raz drugi. To co – byle do następnego koncertu?

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Music

 

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS