RSS
 

It’s Alive!

09 gru

Frankenstein” w reżyserii Danny’ego Boyle’a, wystawiany na deskach brytyjskiego teatru National Theatre, z głównymi rolami należącymi do Benedicta Cumberbatcha i Jonny’ego Lee Millera, to spektakl niezwykły, przykuwający uwagę już od pierwszych minut i nie puszczający aż do dramatycznego końca.

Pierwsze chwile są wprawdzie męczące – oglądanie nowonarodzonego Stwora, gdy w konwulsjach przychodzi na świat i uczy się wykonywać pierwsze kroki, dłuży się i zaskakuje bliskością ukazania postaci. Sposób kadrowania jest bowiem niezwykle filmowy – wielorakie zmiany planów, bardzo duże zbliżenie na bohatera. Taka optyka sprawia, że doświadczenie z oglądanie spektaklu na ekranie jest nawet lepsze od teatralnego, a jednak takie do którego trzeba się przyzwyczaić. Z początku męczyły mnie te ciągłe zmiany planów, myślałem, że stateczna kamera z pierwszego rzędu też by mnie zadowoliła. Jednak z kolejnymi minutami coraz bardziej przekonywałem się do tej formuły. Tak mocno nawet, że z końcem sztuki nie wyobrażałem sobie, bym mógł obejrzeć ją w jakikolwiek inny sposób (no, może poza bytnością w samym Teatrze).

Opowieść o Victorze Frankensteinie i jego Stworze, poprowadzona została w niezwykle ciekawy, symetryczny wręcz sposób. Pierwszy akt skupia się na samym Stworze, ukazuje świat z jego perspektywy. Drugi to zaś opowieść widziana oczami Victora. Perspektywa Stworzenia i perspektywa Stwórcy wzajemnie się uzupełniają, wzajemnie przenikają, a najlepsze momenty sztuki to pojedynki słowne obu panów, w których tkwi cała siła tego przedstawienia, tej opowieści. Rozważania nad sensem życia, magii stworzenia, odpowiedzialności za czyny własne i innych. Wszystkie te elementy przykuwają uwagę, intrygują, nie dają widzowi spokoju. Wszystko to sprawia, że opowieść drobnymi krokami wkrada się do naszego serca, przyciąga uwagę, zadaje najbardziej odpowiednie pytania o kondycję ludzką, nie uciekając też od egzystencjalnych pytań. Dzięki początkowym scenom, gdy niewidomy mężczyzna rozmawia ze Stworem, uczy go mówić, czytać i rozmyślać, Stwór staje się bliski widzowi. Zaczynamy go lepiej rozumieć, współczuć mu, a jego losy stają się dla nas czymś ważnym.

Wzajemna zależność Stwórca i jego Kreacji, Ojca i Syna jest siłą napędową tej opowieści i stanowi główne zarzewie konfliktu. Stanowi swoiste starcie charakterów. Daje też widzowi niezwykle celne i trafne dyskusje, dotyczące Spraw Najważniejszych. Za sprawą doborowego aktorstwa obu Brytyjskich aktorów, całe przedstawienie ogląda się z nieustającym zainteresowaniem. Dodatkowym smaczkiem, dzięki któremu siła sztuki jest jeszcze większa, jest fakt, iż obaj aktorzy naprzemiennie grali obie postaci. Jednego wieczora to Cumberbatch był Stworem, a Lee Miller Victorem, by następnego dnia zamienić się rolami i grać „tego drugiego” bohatera. Ta zamienność sprawiła, że więź łącząca Stwórcę i jego Stworzenie stała się jeszcze mocniejsza, jeszcze bardziej namacalna i wyrazista. Właśnie ta symetria i wzajemne (nie)zrozumienie bohaterów sprawia, że sztuka Boyle’a porywa.

Właśnie dzięki temu teatralny „Frankenstein” wciągnął mnie do swojego świata, zaintrygował i nie pozostawił obojętnym. Wspaniała sztuka! Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak czekać na moment, w którym będę mógł zobaczyć Cumberbatcha w roli Stwora, (co, ku mojemu wielkiemu zadowoleniu nastąpi już dziś wieczorem).

Ocena: 9/10

PS. Coraz mocniej mam ochotę przeczytać wreszcie „Raj Utracony” Johna Miltona, dzieło literackie, które pojawia się w co trzecim thrillerze, co trzecim dziele, próbującym postawić jakąkolwiek diagnozę ludzkiej kondycji.

PS2. Głębsza, dosadniejsza analiza dzieła dokonana przez Zwierza Popkulturalnego oraz ciekawe spostrzeżenia Michała Nawrockiego.

PS3. Być może napiszę coś więcej po ponownym seansie dzieła.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS