RSS
 

An evening with Jason Mraz and his guitar

14 mar

„An evening with Jason Mraz and his guitar”, czyli trzecie koncertowe spotkanie z Mr. A-Z było doświadczeniem innym od wcześniejszych (czyli Berlina i warszawskiego Palladium).

Poczynając od samego miejsca – Teatru Polskiego, gdzie wszystkie miejsca były siedzące, przez fakt, iż na scenie był tylko on – wokalista z gitarą (oraz drugą, „na potem”), który do kilku utworów usiadł przy keyboardzie, a kończąc na zestawie mniej oczywistych, najbardziej lirycznych piosenek – wszystko w tym kameralnym koncercie różniło się od poprzednich.

Gdyby to był koncert hip-hopowy można by rzec, ze artysta świetnie poradził sobie też bez tzw. zajawkarza, kogoś kto utrzymuje uwagę widowni między piosenkami. Amerykanin sam zabawiał słuchaczy między utworami, nie tylko dzieląc się zabawnymi anegdotami ze swojego życia, czy udzielając cennych rad dotyczących związków, ale także rzucając licznymi żartami wynikającymi z sytuacji (chociażby, strojąc gitarę, wspomniał, że ćwiczy się w wielu różnych dziedzinach, (jak joga czy ogrodnictwo(?)), ale także w „starożytnej chińskiej sztuce Tu-Ning (będącej zabawnym akcentowaniem angielskiego słowa „tuning”, czyli „strojenie”). Historie opowiadane między poszczególnymi piosenkami były urokliwe i zabawne, a opowieść o tym, jak doszedł do swojego brzmienia metodą prób i błędów i ćwiczenia głosu w najróżniejszy sposób, wydobywając z siebie coraz dziwniejsze onomatopeje, była chyba najciekawszą z nich. „Gdy zamiast dziwnych dźwięków, zacząłem specyficznie akcentować słowo „Love”, okazało się, że coraz więcej ludzi przychodzi na moje koncerty. Kiedy więc w trakcie jednego z nich ktoś krzyknął: „Zaśpiewaj swoją piosenkę o miłości” (a wtedy przecież wszystkie moje utwory zawierały to słowo), mogłem tylko odpowiedzieć: „-Czymże byłaby moja piosenka bez miłości?” „-Pewnie trwałaby dwie minuty”, usłyszałem w odpowiedzi”. Trzeba przygnać – niezwykle celna i prawdziwa riposta.

Poniedziałkowy koncert był też świetnym przykładem sztuki improwizacji i zabawy na scenie. Na początku występu Jason przedstawił nowy utwór, w którym zinkorporował tytułu piosenek z przebiegu całej swojej kariery, a inną rozpoczął niezwykle melodyjnym zaśpiewem słów „Blah Blah Blah”, unaoczniając przy tym nie tylko siłę swojego głosu, który był w stanie przesłonić treść utworów, co także potęgę zabawy i bycia obecnym w danym momencie. Opis tego zdarzenia nie jest bowiem równie zabawny i spontaniczny, co przeżycie go w danej chwili i poczucie pewnej jedności nie tylko z artystą, ale też z tłumem, który równocześnie wybuchnął śmiechem. W innych utworach często dodawał nowe fragmenty, czy dźwięki, „trochę na zasadzie jazzowej improwizacji, jestem ciekawy, gdzie mnie muzyka dziś poniesie”.

Zestaw piosenek był bardzo nieoczywisty i podpadający pod ideę-fix całego koncertu: „Wszystkie moje piosenki są o miłości”. Większość utworów stanowiły więc spokojniejsze, rozdzierające ballady w stylu „You and I Both”, „The Woman I Love”, „93 Million Miles”, czy śpiewane niemal na finał „I Won’t Give Up”. Świetnie wypadł w szczególności nowy materiał, zdający się być specjalnym zestawem piosenek koncertowych, nie pochodzących z żadnych dotychczasowych albumów, mający na celu rozruszanie widowni i ukazanie siły występu na żywo. Wspomniana wyżej piosenka, złożona z tytułów innych utworów, kawałek o „drugim dziadku”, jako kontrapunkt dla „Frank D. Fixer”, czy intrygujący utwór otwierający koncert, w którym artysta śpiewał o „byciu zmęczonym wojną” („I’m tired or the war”) (a sam utwór najprawdopodobniej nazywa się „Camouflage”). Wyśmienicie wypadł także utwór „Chocolate”, w którym artysta opowiadał jak należy udobruchać swoją partnerkę. „Po prostu daj jej czekolady” zdaje się być receptą Amerykanina na zły humor kobiety. Równie udany był kawałek „Work in Progress”, w którym padło piękne zdanie: „I’ve got few chapters left” („zostało mi jeszcze parę rozdziałów”), czy „Coming Undone”, który w refrenie brzmiał, jak coś co mogłoby wyjść spod ręki OneRepublic, bądź Justina Biebera, (w którym padł zresztą świetny tekst o tym, że to nie jest „fake music, this is not fake news, this is just my spirit”).

Największy hit artysty – „I’m Yours” pojawił się znienacka w samym środku setu, nie odciągając tym samym uwagi od reszty materiału, utrzymanego w innym stylu. Najżwawszym kawałkiem było w zasadzie „Butterfly”, zaśpiewane jednak w bardziej akustycznej, stonowanej wersji (co po części wynikało też z faktu, że na scenie był jedynie Mraz i gitara) oraz następujące tuż po nim wspomniane już „Chocolate”, które w niektórych fragmentach przypominało dokonania Justina Timberlake’a.

Ważnym momentem, będącym echem występu w Palladium było zaproszenie na scenę dziewczyny, która odezwała się do niego, by ponownie zaśpiewać z nim na scenie (poprzedni raz miał miejsce 6 lat temu w Pradze) kawałek „Lucky”. Moment ciekawy, dobry, ale jednak nie tak porywający, jak to, co wydarzyło się przed trzema laty.

Artysta wchodził też w inne interakcje z widownią. Czy raczej – widownia kilkakrotnie krzyczała do niego z sali, a ten odpowiadał na zaczepki ze sceny, zawsze przy tym żartując. Najciekawiej ograł sytuację, w której ktoś chciał „uścisnąć jego dłoń”. „Wiesz, poprzez ściskanie dłoni dzielimy się dużą liczbą zarazków. Lepiej się całować. Także po koncercie będę stał w lobby całując was wszystkich”.

Koncert był tak bardzo przemyślany i ustawiony pod konkretną koncepcję, że zabrakło w nim miejsca na prawdziwie spontaniczny moment, czyli… bis. Artysta zszedł ze sceny po dwóch godzinach grania i nie wrócił na nią, mimo ogromnego aplauzu widowni. Biorąc jednak pod uwagę, że poprzedni koncert, pierwszy w Polsce, Mraz dedykował wszystkim, którzy tak długo czekali na jego przybycie, że grał większość piosenek, które fani zasugerowali mu na Twitterze, można wybaczyć mu takie zagranie podczas występu w Teatrze Polskim. Zwłaszcza, że naprawdę dał z siebie wszystko, racząc nas prawdziwie emocjonującym zestawem nieoczekiwanych utworów.

Będąc na trzech różnych koncertach artysty, cieszę się niezmiernie, że były to diametralnie różne przeżycia. Pokazujące przy tym wszechstronność tego „zwykłego białego gościa z gitarą”, jak zdarza się o nim mówić (chociażby w „Family Guyu”). Trzy koncerty, na których byłem, były więc odmienne, różne i emocjonujące na innych poziomach. „An evening with Jason Mraz and his guitar” określiłbym więc jako wieczór idealny na wyciszenie, kontemplację, uspokojenie oddechu i ogólny relaks od znojów dnia codziennego. Innymi słowy – to naprawdę był wspaniały wieczór z Mrazem i jego gitarą. (A biorąc pod uwagę szybkie tempo ogłoszenia koncertu i rzeczywistego przyjazdu artysty, nie obraziłbym się, gdyby równie niespodziewanie odwiedził nas raz jeszcze w tym roku). W końcu „All you need is love”, cytując artystę, cytującego Beatlesów w jednym ze swoich kawałków opowiadającym o… miłości.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Music

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS