RSS
 

Wyniki wyszukiwania dla zapytania ‘imagine dragons’

Imagine Dragons w Łodzi

03 lut

Mimo, że ostatnimi czasy mało udzielam się na blogu, poświęcając czas na działania związane z FILM.COM.PL, postanowiłem zrobić wyjątek dla kronikarskiego wpisu z serii tych muzycznych. Powód jest bowiem warty odnotowania. Wczoraj odbył się pierwszy polski koncert Imagine Dragons. Chwila, na którą czekałem od dawien dawna. Tak dawna nawet, że w międzyczasie skorzystałem z okazji i zaliczyłem dwa inne koncerty grupy – w Berlinie i Kopenhadze.

Koncert w Łodzi jest jednak szczególny, gdyż wreszcie grupa doceniła starania polskich fanów, którzy zasypywali ich media społecznościowe prośbami o przyjazd, (co zresztą zostało wprost skomentowane przez wokalistę w pewnym momencie koncertu). Grając niewiele ponad godzinę (1h 15min) zespół zaprezentował się jednak z wyjątkowo dobrej strony, bawiąc widzów mieszanką energetycznych hitów z drugiej płyty („Smoke and Mirrors”), nie zapominając oczywiście o największych przebojach poprzedniczki („Night Visions”).

Wszystko zaczęło się w rytm „Shots”, które pobudziło zgromadzoną pod sceną publiczność do gromkich reakcji, a gdy z głośników kilka utworów dalej poleciały pierwsze nuty „Roots”, najnowszego singla zespołu, (a na ekranach pojawiły się intrygujące wizualizacje, ukazujące korzenie drzew, owijające twarze członków zespołu), wiadomo było, że widzów czeka niezapomniany wieczór.

Jednym z ciekawszych i wartych oddzielnego komentarza momentów była początkowa przemowa Dana Reynoldsa, poprzedzająca wykonanie lirycznej wersji „Forever Young” z repertuaru Alphaville. Przemowa o sile muzyki, łączącej ludzi ponad podziałami i pomagającej jednoczyć się w trudnej sytuacji geopolitycznej, która obecnie panuje na świecie, była intrygującym momentem i ciekawym unaocznieniem ścieżki rozwoju, jaką przeszedł zespół od swoich początków. Kiedy bowiem przyjechali do Europy po raz pierwszy, na swoim pierwszym europejskim koncercie w małym Berlińskim klubie, wokalista zagadywał ludzi, pytając ich co sądzą o plotce na temat powstania nowych „Gwiezdnych Wojen”. Teraz, wypełniając koncertowe areny, podejmuje tematy z „wyższej półki”, przy okazji opiewając zawód muzyka, który „kocha całym sercem”, jak powiedział pod koniec przemowy. Stonowane, spokojne, bardzo liryczne wykonanie „Forever Young”, które nastąpiło potem, sprawiło, że publiczność mogła poczuć falę uniesienia, która rozchodziła się ze sceny na wszystkie sektory łódzkiego obiektu koncertowego. To liryczne wykonanie utworu można zresztą zaliczyć do jednego z highlightów wieczoru.

Drugim niezmiernie mocnym momentem była energetyczna bomba zdetonowana przy kawałku „I’m So Sorry” gdzieś w połowie setu, które wprawiło publikę w dziki szał pod sceną, wyzwalając w słuchaczach nieprzebrane pokłady energii. Największym zaskoczeniem okazał się jednak pisk publiczności przy pierwszych nutach „I bet my life”. Był to chyba jeden z najgłośniejszych pisków entuzjazmu, jakie mogłem słyszeć w ostatnich miesiącach. Skakaniu i tańcom w rytm hitu z drugiej płyty nie było końca. Chyba żaden inny kawałek nie wywołał tak energetycznej reakcji, mimo, że radość fanów, dla których zespół specjalnie zagrał dawno nie wykonywany utwór „Bleeding Out”, była ogromna. Hala koncertowa chóralnie zaśpiewała także wszystkie zwrotki „Demons”, a fala światła, która wypełniła halę w trakcie „Gold” (poprzedzonego świetnym spokojnym, akustycznym wstępem), wypaliła się zapewne na stałe na siatkówkach i w mózgach wielu osób. Zespół przechodził zresztą płynnie między energetycznymi utworami, porywającymi do tańczenia i skakania, a tymi, które dobrze słuchało się jedynie stojąc na płycie Atlas Areny. Pięknie wybrzmiało „Dream”, w trakcie którego światełka telefonów poszły w górę, czy „Hopeless Opus”, które lirycznie bujało publikę.

Szczególnie udane były także solowe występy poszczególnych członków zespołu, będące swoistym intro do kolejnych utworów. Nie dość, że pokazujące pasję, zaangażowanie, a często także wirtuozerię muzyków, to stanowiące do tego muzyczny rebus, swoistą zabawę w „Jaka to melodia?”* dla zgromadzonej w Atlas Arenie publiczności na to kto szybciej zgadnie, jaki utwór za chwilę zostanie zaprezentowany. Publika niemal zawsze celowała poprawnie, już po kilku nutach wykazując wielką radość z okazji zbliżającej się piosenki. Tym samym, zagrane na finał „Radioactive”, które pozwoliło wypłynąć zespołowi na szerokie wody mainstreamu, było jedynie jednym z wielu emocjonujących momentów łódzkiego koncertu. To pokazuje tylko, że Imagine Dragons nie są jedynie zespołem jednego hitu, ale skrupulatnie dostarczają fanom nowych materiałów, które będę oddziaływać na słuchaczy emocjonalnie. Muzyka rzeczywiście jest ponad podziałami.

PS. * Komentarz znajomego (pozdro MR), który „po jednej nutce” rozpoznał jeden „Polaroid”, jeden ze swoich ulubionych kawałków zespołu, który sam dażę dużym uczuciem.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Music

 

This is My Kingdom Come! = Me & Imagine Dragons in Berlin City

15 lis

W zeszłym tygodniu pojechałem do Berlina. Na koncert. Zespołu, o którym już tutaj pisałem. Tak dobrze bawiłem się przez weekend, że postanowiłem napisać kilka akapitów o moich wrażeniach. Dla ugruntowania wspomnień oraz podzielenia się radością.

Na pierwszy ogień – słów kilka o samym pobycie. Do miasta przyjechałem ok. 12.30. Następnie udałem się na Olympiastadion, gdzie byłem umówiony z przyjmującą mnie pod swój dach koleżanką. Jako, że M. musiała pracować, czekało mnie samodzielne zwiedzanie terenów stadionu. Obiekt i jego okolice wywarły na mnie pozytywne wrażenie. Zaskoczyła mnie zwłaszcza ich wielkość. Stadion jest bowiem zbudowany w taki sposób, że zupełnie nie czuć, że może pomieścić aż 74 tysiące ludzi. Jego architektoniczny wzór sprawia bowiem wrażenie, jak gdyby cały miał zmieścić się na samej murawie warszawskiego Stadionu Narodowego.

Po spokojnym zwiedzaniu, natrafiłem na mecz piłki nożnej ligi młodzików. Gdy podszedłem na boisko, w trakcie pięciu minut drużyna czerwonych zdążyła strzelić trzy bramki. Postanowiłem więc zobaczyć całość meczu, gdyż na boisku działo się wiele. Ostatecznie mecz skończył się wynikiem 3:0 dla Czerwonych (Heatrha BSC-FC Energie), za to obfitował w wiele ciekawych akcji. (A ja pomyślałem sobie: „Wychodzi na to, że przyjechałem z Polski specjalnie na mecz Młodzików”).

Po meczu udałem się na wieżę widokową, a potem… na kolejny mecz. Tym razem rugby. I TO dopiero były emocje! Na boisku cały czas coś się działo. Piłka zmieniała właścicieli, a zawodnicy rzucali się na siebie z zaangażowaniem i werwą. Najlepszymi momentami były jednak te, w których zawodnicy obu drużyn podnosili jednego ze swoich, by Ci złapali w górze kopaną piłkę. Sposób, w jaki mężczyźni unosili się ku górze – podnoszeni na stopach przez kolegów z drużyny, wyglądał naprawdę ciekawie i filmowo. Istne slow-motion normalnie. Mecz tak mocno mnie wciągnął, że aż żałowałem, że skończył się mój „czas zwiedzania” i musiałem gnać na spotkanie z koleżanką, na powrót do jej czterech ścian. Przez to nie wiem nawet jaki był wynik końcowy. :( / ;)

Przed koncertem czekał mnie jeszcze wypad na jedzenie („najlepszy falafel w mieście”) i picie ze znajomymi M. Bawiłem się dobrze, choć oboje byliśmy nieco wypruci z energii. Ja – po podróży, M. – po pracy. Na szczęście pierwsze nuty koncertu przywróciły nam energię życiową. ;)

Drugi dzień wypełniło mi za to szlajanie się po ogromnym, ciekawym i pełnym różnorodnych zwierząt ZOO oraz wypad na Flohmarkt. Oba wydarzenia będę miło wspominać, choć żadne z nich nie było w stanie przyćmić mojego głównego celu podróży.

Gwoździem programu był oczywiście koncert Imagine Dragons w Roter Salon. Mały klub, cały oświetlony i udekorowany na czerwono. W środku – na oko 130 osób. Ciekawa atmosfera, choć niezły gorąc. Przed występem puszczane były alt-rockowe utwory, które umilały oczekiwanie i tak mocno przykuły naszą uwagę, że co chwilę sprawdzaliśmy co jest akurat grane. Przypuszczam zresztą, że piosenki dobrał sam zespół, gdyż znalazło się tam nawet „At Home” Crystal Fighters*, do którego miłość muzycy deklarowali jakiś czas temu na Twitterze.

Kiedy zespół wszedł na scenę, już od pierwszej piosenki („Rocks”) pokazał, że zdecydowanie należy do gatunku zwierząt scenicznych. Fajnie zresztą korespondowało to z faktem, że wokalista miał na sobie koszulkę z wizerunkiem pantery.  W uszy natomiast od razu rzuciło się świetne nagłośnienie, które idealnie oddawało każdy dźwięk wydobywający się z instrumentów. Uderzyła też dynamiczność, żwawe tempo, skoczność oraz świetny kontakt z publicznością. Wokalista Dan, co chwila nas zagadywał, komplementując miasto, klub, niemiecki majonez (sic!), rzucał żarcikami, a nawet prowadził monolog o Star Wars oraz przejęciu Lucasfilms przez Disneya.

Temat wywiązał się, gdy Reynolds zaczął mówić o swojej nietypowej fryzurze i o tym, że ucieszył się, że wielu Niemców też nosi podobną. Po czym dodał: „Anakin też taką miał. I nikt się z niego nie śmiał. W ogóle to – słyszeliście, że Disney kupił Lucasfilms? Jestem podekscytowany. Umysł się broni, ale sercu się podoba. Także w trakcie oglądania ma się frajdę, ale potem w rozmowie z kumplami mówi się „To już nie to, co stara trylogia. Ale i tak kocha się to oglądać, bo to przecież Star Wars”. Wokalista patrzy więc optymistycznie w przyszłość. Szkoda, że jego podejście nie było w pełni zaraźliwe. Ja wciąż posiadam więcej wątpliwości niż pozytywnych oczekiwań względem Epizodów VII, VIII, IX.

Wracając do samej muzyki – na środku sceny stały dwa bębny – duży i mały, które były wykorzystywane z dużą werwą przez Dana. Zresztą wszystkich pięciu członków grało na najwyższych obrotach. Energia zespołu udzielała się publiczności, która równie dynamicznie reagowała na ulubione kawałki. Przez większość czasu wyśpiewywaliśmy wszystkie teksty piosenek i podrygiwaliśmy w rytm muzyki. Nie można tego nazwać pełnoprawnym tańcem, co zresztą w ciekawy sposób zostało skomentowane przez samych muzyków. „Everybody Dance Now! – czasami zespoły tak krzyczą do publiczności. My tak nie zrobimy, bo wiemy, że czasami fajnie jest też po prostu postać i posłuchać. Także – Róbcie cokolwiek Was uszczęśliwia!”.

Najlepszym momentem koncertu było natomiast wykonanie „Radioactive”. Utworu, od którego zaczęła się moja przygoda z zespołem. Na żywo niósł równie silne emocje, co na nagraniu, a tłumne śpiewanie tylko je spotęgowało. Nietypowo zabrzmiało zaś „Tiptoe”. Nie tak skocznie, jak na płycie. Nieco ciężej, poważniej, „mroczniej”. Mimo wszystko bardzo ciekawie. Skoczność nadrobiono za to piosenkami „On top of the world”, „This Time”, „Cha Ching”, czy „Round and Round”. Energetycznie brzmiało też „Demons”, z którego pochodzi tytuł tego wpisu. Intrygujące było także chóralne śpiewanie fragmentów tego utworu, które brzmiało niemal jak skandowanie jakiegoś manifestu.

Na koniec zagrano dwa spokojniejsze kawałki, w tym „Nothing Left to Say”. Niezmiernie spodobało mi się, że koncert rozpoczął i skończył się dwoma utworami, które na płycie stanowią jedną ścieżkę. Na nagraniu „Rocks” następuje bowiem tuż po skończeniu „Nothing…”. Dzięki odwróceniu ich kolejności, tuż po ostatnim utworze, w mojej głowie automatem poleciał ciąg dalszy – tekst rozpoczynający „Rocks” („Where do we go from here?”), a tym samym myślami powróciłem do początku występu. Świetny pomysł!

Niestety obyło się bez jednego z moich ulubieńców, czyli utworu „Bleeding Out”. Najwyraźniej nie można mieć wszystkiego. Ten fakt stanowił zresztą jedynie mały mankament świetnego występu, który od razu trafił na moją listę najlepszych koncertów ostatnich miesięcy. (Choć miejsca nr. 1, czyli energetycznej bomby, zdetonowanej przez Franza Ferdinanda nie zdetronizował).

Koncert Imagine Dragons dobitnie uświadomił/przypomniał mi za to, że występy klubowe posiadają super klimat. Zupełnie inny od estradowego. Bardziej personalny, bezpośredni. Dan kilkukrotnie śpiewał do wybranej osoby, stojącej pod sceną, a w pewnym momencie wszedł nawet między ludzi i uściskał kilku z nich. Na dodatek tuż przed występem minęliśmy członków zespołu, gdy szli do garderoby. Nie mówiąc już o tym, że po koncercie zagadaliśmy Dana i zrobiliśmy sobie z nim zdjęcie. :)

Także, mówiąc krótko – bawiłem się świetnie i niezmiernie cieszę się, że zdecydowałem się pojechać do Berlina. To w zasadzie tyle, co chciałem napisać o moich koncertowych wrażeniach. Mam nadzieję, że wybaczycie mi pewną nieporadność w pisaniu o muzyce. Chciałem po prostu podzielić się moją radością oraz ugruntować wspomnienia. W tym miejscu chciałbym też serdecznie podziękować mojemu gospodarzowi. M. – dzięki przeserdeczne za gościnę oraz miłe towarzystwo. Jestem ogromnie wdzięczny! :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Music

 

Ladies and Gentlemen, I present to you: the band Imagine Dragons

24 wrz

Chciałem przedstawić Wam moje najnowsze odkrycie muzyczne – amerykański zespół Imagine Dragons. Na dodatek w momencie, który zdecydowanie należy do nich. Na początku roku wydali (popularną) EPkę. W maju ich utwór pobrzmiewał w „Gossip Girl”. W czerwcu kawałek „Radioactive” trafił na mojego bloga. Dwa tygodnie temu wydali debiutancki album (który od razu trafił na #1 sprzedaży iTunesa). Ostatnio dostali się też na muzyczną playlistę serialu „Glee”. Ogólnie rzecz biorąc – mają dobrą passę.

I bardzo dobrze!

Imagine Dragons grają melodyjny pop, zmieszany z alternatywnym rockiem, gitarowymi brzmieniami, z dodatkiem elektroniki, instrumentów smyczkowych oraz ciekawym wokalem, przypominającym swoim tembrem kilku innych wykonawców. Na dodatek to trochę miks różnorodnych artystów. Każda piosenka budzi skojarzenia z dokonaniami innych zespołów. Da się tu odnaleźć dźwięki i muzyczne tropy przywodzące na myśl dokonania: (m.in) Kings of Leon, Coldplay, The Killers, OneRepublic, a momentami nawet Modest Mouse, 3OH!3, czy… Eminema. W tym braku stricte pojętej oryginalności i podobieństwie dźwiękowym do kilku grup, tkwi chyba siła zespołu. Dostajemy nowe utwory, ale podobne stylistycznie do innych kawałków, które znamy i lubimy, dlatego tak łatwo jest polubić też te nowe. Muzykę Amerykanów można po prostu określić jako: energetyczną, optymistyczną, przyjemną, wakacyjną.

Polubiłem ich już od czasu „Radioactive”, ale to kawałkami „Tiptoe” i „Bleeding Out” kupili mnie w 100%. Bardzo przyjemne granie, które obecnie niezmiernie mi się podoba.  Nie wiem czy tak będzie już zawsze, ale sądzę, że jest na to bardzo duża szansa. Bądź co bądź – wszystkich poprzednich artystów, których prezentowałem w tej serii, nadal słucham, lubię i cenię. Sądzę, że z Imagine Dragons będzie podobnie. Także polecam! :)

Dość gadania, czas przejść do słuchania. ;)

Enjoy!

 

 

 

 

 

Zaspół do odnalezienia na: Facebooku, MyspaceTwitterze oraz oficjalnej stronie.

 

PS. Kilka dni temu zespół ogłosił trasę po Europie. Najbliższy przystanek – Berlin, 3 listopada. Ktoś chce się wybrać? :)

PS2. A jakie są Wasze najnowsze odkrycia muzyczne?!

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Music

 

Music of February

08 mar

This time no introduction, just music. Listen and enjoy! :)

Imagine Dragons released a new album this month called „Smoke and Mirrors” and out of all the songs, those two caught me biggest attention. They are the fastest, most edgy one’s on the new album and show and interesting change of sound for the band. I loved them at first listen, just like I did with „Gold”, posted in the December/Janurary segment of „Music of”. The rest of the album needs a second listen yet, but either way I am awaiting anxiously the day the band will come to Poland. They are awesome live, so I really want to see them again.

I’m So Sorry Imagine Dragons

 

Friction Imagine Dragons

 

Earned It The Weeknd

Best part of the „Fifty Shades of Grey” movie was the soundtrack. Particularly – this song, which made the scenes feel way more romantic than they would have if it wasn’t for the perfectly placed pieces of bed-music.

 

All Yours Mont Oliver

News song by the Danish band, which inspired a post in the „Ladies and gentlemen, I present to you:” series. Pretty catchy, as everything coming from the band’s work. So when are you releasing the album?

 

Uma Thurman Fall Out Boy

A new album by Fall Out Boy is pretty good, but this song stands out among others and deserves the spotlight the most. So, here it is.

 

Wait on Me Rixton

Song heard on the radio. And I liked it. Not much into it.

 

A New Error Moderat

A song that greatly fits into the end credits of „Als wir traumten

 

+ bonus: Sing a Happy Song Cast of The Voices

Pretty catchy and pretty funny in the context of the whole movie. Enjoyable and very stucks-in-your-head-all-day song. ;)

 

+ Blast from the Past: Take Me to Church Hozier

First time I’ve heard this song was a year ago – in February – and thanks to a dear friend of mine – Eva. I’ve been playing it on repeat back then, so I am still liking it a year later, when it’s making some world fame all around. Good music is just good. TFD Eva for letting me know about it for such a long time :)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Music

 

Music of December & January

23 sty

Hey there! I kinda forgot to put up a music list for December, as I fell into the working mode at the job of my dreams. :) So now I am putting a quick collection of the songs I’ve been listening to lately (also on the radio) which cought my attention and made me smile. Or want to dance. Or just … yeah! Just listen! ;)

 

Gold Imagine Dragons

Different style and I buy it completely. That’s the Dragons I love! :D (Did I tell you that after knowing ALL of their music, their debut album seems like the least awesome stuff out of their discography?) ;)

 

Uptown Funk Mark Ronson feat. Bruno Mars

Very nice, very catchy oldschool tune. Nough said!

 

Que Pasa que ya no te veo Jowell Y Randy feat. Pitbull

The song I heard while driving a car in Hungary on my New Year’s trip with my friends. I liked it so much I’ve decided to look for it later. It reminds me of the Pitbull material he recorded for „2 Fast 2 Furious„, one of my favourite movies. ;)

 

Freaks Savage

ESKA discovery and I completely dig it! I cought see myself crazily dancing to it at our epic Erasmus parties! Or other parties as well for that matter! :D

 

Ten Tonne Skeleton Royal Blood

Eska Rock and Rock Radio play it often. And that’s how I fell for it so much! :) Completely my style! :D

 

Fever The Black Keys

Well, I love the original „Fever” and The Black Keys spin on it as eqully awesome as the original version and all those covers I loved before too! :D

 

My Life Kaiser Chiefs

I like it when it’s on the radio. Not really love it, but I won’t turn it off, so yeah – it’s nice! ;)

 

+ Blast from the Past

Sail Awolnation

The BEST song to listen on the way to work. I am telling you! Even Radio Eska knows it, as it actually plays every day when I drive to work. And when it doesn’t I put it up myself. Sometimes after it played on the radio! :D

Lonely Boy The Black Keys

Oh, it’s just a perfect song! Also reminding me of a completely different time in my life. Oh, I think I would enjoy their concert very much. Too bad I won’t be attending (but no worries – I will be doing something equally awesome that day :D (If you;re interested, you’ll learn what soon enough! :D Did I say I have a dream-job?) ;)

Live to Rise Soundgarden

Well, that was completely unexpected how deeply the memories surrounding this song were stuck inside me and how much emotional response a particular tune can have. Really – songs are one of the best vessels of emotions and memories. I hope it will be catharctic that I’ve put this song on this list. ;)

 

PS. I will try to post the BEST MUSIC OF 2014 soonish too!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Music

 

Music of November, part I

22 lis

Beginning of November gave me such an amazing music mix, that I’ve decided to share it quicker than usual. :D

And you can actually call this one – The Hunger Games mix, as I’ve discovered all of these songs due to the Katniss Everdeen saga. ;)

Who We Are Imagine Dragons

This song fell from the sky for me. I’ve noticed it on the end credits of „Catching Fire” while watching it the second time during one day. Intrigued by the Of Monsters and Men song, which I didn’t hear before, I’ve stuck to the end of the credits, when I saw the name of my favourite band. How on Earth did I miss this the first time around? What kind of fan am I? I feel so extremely happy that I

Especially beacause it lead me to discover…

Warriors Imagine Dragons

„Warriors”! Which I loved since the first seconds. This is exatly the kind of music I love from Imagine Dragons. Powerful, energetic and giving me the shivers down my spine and letting me feel so powerful myself. It’s exactly the kind of music they produce the best. Not that „I bet my life” stuff. THIS.IS.EPIC! :D <3

Yellow Flicker Beat Lorde



The first song that plays at the end credits of „Mockingjay, part 1″. It’s catchy, it’s nice and although it doesn’t suit the movie in 100%, it’s still pretty great.

The Hanging Tree Jennifer Lawrcence

The tune sung by the actress herself is an intriguing, a bit eery, but extremely emotional ballad that stays in your head for hours after hearing it for the fist time. Perfection! :)

As I’ve showed you all the songs from „The Hunger Games”, I’ve decided to add the track from the first movie, which suited it perfectly, was raw, emotional and full of power. And I’ve started listening to it again, as it nicely accompanies Lorde’s song from the third installment.

Two version, as they are a bit different and the demo was is even more raw. :) Both are cool :D

Abraham’s Daughter Arcade Fire (x2)

+ Bonus:

Silhouettes Of Monsters and Men

Song that playes at the end of „Catching Fire”, after „Magic” by Coldplay, which I still didn’t start to like. Sorry. ;)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Music

 

Music of October

12 lis

I slowly start to know what to exactly write in these music updates, so let me just present the music, alright ok? Hope you understand! :)

Show Me A Miracle Klaxons

After the concert I finally started to like this song. The funny thing is that my least-liked songs from the newest album, was the exact three singels they’ve put up. After the concert they finally started to grow on me. :)

West Coast The Neighbourhood

The song caught my attention during the bands concert, which made me download all the EP albums in addition to the longplay I already had. Very nice, very catchy, very good! :)

 

Blame Calvin Harris feat. John Newman

Good song from the radio! :)

 

I Bet My Life Imagine Dragons

As an Imagine Dragons fan, I was inclined to include this song. Even though that jury is still out on this one. It’s nice, but lacks… something to completely swoop me of my feet. And the chorus is the least appealing part actually. The verses are much more interesting, emotional and in the Imagine Dragons style I like. The chorus is just so… over the top I would say. I would even quote Keira Knightley from „Begin Again” – it’s too much trying to be stadium-pop, rather than just plain and simple as in verses.

 

Speaking of songs that don’t catch my attention 100%. This is the prime example – Geronimo Sheppard

Too much OneDirection, too little OneRepublic, even though the songs sounds like a mix of the too. It’s just that it’s too sweet, lacking the rock edge in the chorus which would make it unforgettable. The way it is presented now I kinda feel a bit ashamed for liking parts of it. It’s too sweet for my taste.

+ #BlastFromThePast

(a song I forgot to add in the previous parts of the „Music of…”)

Boy Oh Boy Diplo & GTA

Just a good party tune. :) (I guess partly it can be TFD Niklas) :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Music

 

Music of August

13 wrz

No introduction necessary this time I guess. I present to you new batch of awesome music, (re)discovered last month! ENJOY! :)

Ain’t No Mountain High Enough Marvin Gaye feat. Tammi Terrell

Tune straight from the „Guardians of the Galaxy” movie. In other words song called – I dare you not to be emotional while watching the montage with the scene this song is presented in. Pure emotional gold! :D


Hooked on a Feeling Blue Swede


Cherry Bomb The Runaways

Another awesome track out of the „Guardians of the Galaxy” playlist and an amazing reminder of a classic song, introduced in my life by the great teen show called „The O.C” (incidentally also staring Chris Pratt)

Riptide Vance Joy

Just an awesome song heard on the radio. I like it a lot! :)

Lovers on the Sun David Guetta feat. Sam Martin

TFD Hana for introducing this song to me. It started to grow on me everytime I hear it on the radio. :)

Wiggle Jason Derulo feat. Snoop Dogg

It’s very catchy (that repetetive beat in the chorus is so good), not serious and plays on the radio a lot ;)

God’s Whisper Raury

A song from the end-credits of „Lucy” and the best part of the whole movie. Nice tunes, just so! :)

 

BLAST FROM THE PAST section

Here I present to you music I was supposed to present in the previous posts, but for whatever reason I forgot. So here they are in all their glory! :)

Ready Aim Fire Imagine Dragons


Emma Imagine Dragons

I listened to both songs while randomly driving around the coastline in Roskilde, walking on the beach and stuff. Ah, good times! :)

(Bonus note: #SnobAttack. Now I actually like their stuff not from their album „Night Visions” way more than the one’s on that album (or maybe I’ve just heard them too often. (Although „Radioactive” still is my #1))

Jungle X Ambassadors

Song from Teen Wolf’s first episode. Also the song that iTunes gave me for free at almost the same time I saw the 4×01. Catchy! :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Music

 

Music of July

05 sie

July was the month of new CD’s coming into my hands, Roskilde Festival, which gave me a lot of new musical discoveries and the time when I came back to Poland and got my hands on Jason Mraz’s newest CD (which actually means that my whole Erasmus experience was under Mraz’s wings – I left to Denmark right after Jason’s concert in Warsaw and came back on the exact same date as his latest disc became public. Ah, how do you not love this guy? ;) ). So without further ado, here is the list of new musical discoveries made lately.

Love Runs Out OneRepublic

Newest song by OneRepublic, which acordying to the band was even recorded in Copenhagen, is a stellar song, which bring a huge smile to one’s face. It’s no „Counting Stars” (one of the best songs of 2013), but it still sounds simply amazing! :D

 

MR.A-Z’s newest CD is the slowest one yet, with the really chill slow tempo ballads, which all seem like played in the exact same style. It took me some time to like the album and for now there are only three songs on „YES!” that really stole my heart. The rest still needs a bit of work from my side ;) Nevertheless – here are my two favourites

Hello, You Beautiful Thing Jason Mraz


Long Drive Jason Mraz


O.Lover Jason Mraz

While listening to the new album and finding it a bit too on the slow side, I went back to the old albums as well and discovered some pretty nice tunes I didn’t fully discover before. One of them is the catchy and upbeat (although starting slowly and …) tune O.Lover. Favourite part? The fast finale with the „Mystic Lover” line <3

 

Battle Cry Imagine Dragons

Tune out of the Transformers soundtrack, where it took place of the ususal Linkin Park’s song. Catchy, well suited with the movie itself, clearly showcasing Dan Reynold’s intriguing voice. Although while hearing it in the movie I wondered if Chester could pull this voice off too, so I wasn’t 100% sure it was Dan (it was rather 80%). And the line „Do or Die” is a bit rip-off’y of 30 Seconds to Mars’ „Do or Die” song ;)

 

Klaxons’ new CD

Klaxons’ new effort is an interesting piece of work, which …

Out of The Dark Klaxons


Invisible Forces Klaxons


Rhytm of Life Klaxons

 

Kasabian’s new CD

Although I put some Kasabian’s song in the previous setlist, the last few weeks definitely belonged to them – playing their songs on constant repeat helped me travel thousands of kilometers and bring smile on my face every time. So I would like to continue sharing my love for the British band with you.

Treat Kasabian

After falling in love with them all over again after Orange Warsaw Festival and getting hands on their newest CD „48:13″ I couldn’t stop listening to them. Now I’ve finally got almost all CDs from their discography

Switchblade Smiles Kasabian


Bumblebee Kasabian


Doomsday Kasabian

 

Problem Ariana Grande feat. Iggy Azeala

I like this one mainly because of it’s rap parts ;)

 

Christopher isn’t a new name on this list, as I’ve presented his song „Told You So” in April and his collaboration on „Twerk It Like Miley” in June. After those events I have seen him live and what amazed me – even though he is strictly pop artist, even he sounded waaaaay better live than on the recordings and those two songs, acompanied with the two mentioned previously were definite highlights of the show. Live version of „High on Life” sounded even like something produced by Martin Garrix – something you cannot really hear in the studio version. Nevertheless – those are still pretty nice, catchy pop songs, so ENJOY! ;)

Mama Christopher


High on Life Christopher

 

PS. On the polish radio I’ve heard Undressed by Kim Cesarion and Liar Liar by Cris Cab – songs introduced few months back on the Music of the Month playlist ;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Music

 

Transformers: Wiek Zagłady

31 lip

Transformers: Age of Extinction„, czyli czwarta część historii o wielkich robotach zamieniających się w samochody, to zarówno sequel poprzednich części (a w zasadzie poprzedniej, trzeciej odsłony – o wydarzeniach z pierwszych dwóch odcinków świat się przecież nie dowiedział O.o), jak i pewnego rodzaju reboot całej historii.

O ludzkich bohaterach poprzednich części nie wspomina się tu nawet słowem, podążając za losami rodziny Yeagerów (ktoś widział „Pacific Rim” widzę). Papa Yeager (Mark Wahlberg) przypadkowo znajduje się w posiadaniu starej ciężarówki, która okazuje się… być Optimusem Primem. Od wydarzeń z Chicago (czyli akcji „The Dark of the Moon”) minęło pięć lat, w czasie których rząd podjął działania, mające na celu pozbycie się przybyszów z innej planety i „oddanie Ziemi jej mieszkańcom”. Innymi słowy – rząd poluje na znajdujące się na ziemii Autoboty, a następnie przeprowadza na nich testy, mające na celu pozyskanie sekretów Obcej technologii. To zaś sprawia, że bogu ducha winny ojciec rodziny postawi ją w nie lada niebezpiecześtwie. I to nie tylko ze strony rządu, który brutalnie zapuka do jego drzwi, dopytując się gdzie jest Szef Autobotów, ale także ze strony nowej bezimiennej rasy Transformersów, która pomaga ludziom w wyłapywaniu pozostałych przy życiu robotów.

Fabuła, a w zasadzie niekończąca się feeria scen akcji w pewnym momencie robi się jednak tak chaotyczna, że gdy nadszedł fiał zupełnie nie zorientowałem się, że to już koniec. Brakowało mi jakiejś klamry, pełnego domknięcia wątków. Być może było tak dlatego, że film posiada otwarte zakończenie, zapowiadające nowe wątki spreparowane pod kolejne odsłony serii. Które pewnie będą jeszcze dłuższe i jeszcze bardziej nadmuchane chaotyczną akcją. Mimo, że większość osób narzekało na chaos akcji już w poprzednich częściach, ja dostrzegłem go w pełnej krasie dopiero w najnowszym odcinku, podczas sekwencji końcowej, kiedy złapałem się na tym, że próbowałem prześledzić o co właściwie toczy się walka i jak bohaterowie dotarli do tego punktu historii. Bo choć motywacje postaci były zarysowane dość wyraźnie, rozpędzone tempo akcji, rozbiegana kamera oraz błędy w ciągłości historii zatarły ich wagę i znaczenie.

Film doskonale nadaje się do grania w drinking game – za każdym razem, gdy widzisz chamski, bijący po oczach product placement pijesz kolejkę i upijasz się do nieprzytomności w jakieś pięć minut. Pokazywanie róznorodnych logotypów zawsze było ważnym elementem filmów z tej serii, jednak to co robią twórcy w „czwórce” przechodzi ludzkie pojęcie. Nie ma wręcz kadru, w którym nie dałoby się dostrzec reklamy jakiejś znanej marki, czy to umieszczonej gdzieś w tle, czy to rozciągającej się na całą wysokość ekranu.

Świetnie ogląda się też grę aktorską, w szczególności Marka Wahlberga, który rzeczywiście każdą kwestię wypowiada w dokładnie taki sam sposób, akcentując dokładnie te same części zdania i ukazując identyczne zaangażowanie emocjonalne za każdym razem, niezależnie od dialogu, który właśnie prowadzi. Mając w głowie żarty ze sposobu jego wysławiania się, czynione chociażby przez Andy’ego Samberga, większość scen z początku filmu (a w zasadzie każdą wymianę zdań z córką) ogląda się z nieskrywaną radością. Istne comedic goldmine. Wartym wynotowania jest także niezwykle trafna uwaga Jakuba Popieleckiego, recenzenta FIlmwebu: „Sam Wahlberg wydaje się też niezbyt trafnie obsadzony. Kompletnie wbrew swojemu emploi (i wbrew zdrowemu rozsądkowi) gra tu bowiem domorosłego wynalazcę (coś w stylu J.F. Sebastiana z „Łowcy androidów”), który z trudem wiąże koniec z końcem i żyje marzeniami o tym, że wreszcie będzie miał swoje pięć minut. Taki 40-letni siedmiolatek. Coś jak Michael Bay”. Fajnym bonusem jest także oglądanie w epizodycznej roli T.J Millera, który swoim stylem bycia przypomina nieco swojego bohatera z doskonałego serialu HBO „Silicon Valley”.

Film ma też inne dobre momenty. Nowy sposób transformacji, przy użyciu cząsteczek transfomium wygląda na przykład nad wyraz korzystnie, stanowiąc nie lada ucztę dla oka. Bardzo dobry jest też moment przejścia po linach między statkiem kosmicznym, a Sears Tower. Sceny te giną jednak w sosie pełnej destrukcji miast, które z lubością ukazuje nam reżyser. Co jednak znamienne – „Age of Extincion” brakuje scen na miarę epickiej rozwałki Chicago z poprzedniej części (co za tym idzie – epickiej rozwalki jak w Avengers, przeciez te filmy pod tym wzgledem to w zasadzie jedno i to samo), a Hong Kong, w którym rozgrywa się finał historii w wielu momentach przypomina amerykańskie miasta, będące „bohaterami” poprzednich odcinków. Niby więc dostajemy pewnego rodzaju nowość i pewną „egzotykę”, ostatecznie jednak sfilmowana jest ona tak, że przypomina każdą inną wielką metropolię.

Muzyka umila seans, choć nie wychodzi poza standardowe melodie prezentowane w poprzednich odsłonach. Za to piosenka Imagine Dragons jest dobra, aczkolwiek come on, jej fragment, czyli tekst „Do or Die” zerżnięty przecież od Thirty Seconds to Mars. A w ogóle to gdzie do cholery jest Linkin Park? Przecież to nieodzowny element tej serii. Ogólnie to podczas fragmentów „Battle Cry” zdawało mi się, że słyszę Dana, ale mój mózg zastanawiał się nad tym czy przypadkiem Chester też nie byłby w stanie tak śpiewać. Weird music-ception z tym utworem. Co jednak znamienne – jest to dokładnie ta rzecz, która zostaje w głowie po seansie!

Transformers: Age of Extincion” mimo horendalnego czasu trwania (165 minut!) najwyraźniej nie wypełnilł wszystkich pomysłów scenarzystow na tę serię, gdyż otwarte zakończenie bardzo wyraźnie zapowiada, że opowieść o robotach ma wielkie szanse być kontynuowana. Pewnie w jeszcze bardziej chaotyczny i rozbuchany sposób.

Najkrótszą i najlepszą recenzją najnowszej części „Transformers” niech będzie parafraza słynnych nazw Facebookowych fanpage’y: Oglądanie Transformers dla beki to świetna zabawa. Normalnie aż nie mogę się doczekać, aż ekipa Cinema Sins zabierze się za ten obraz! :D

Ocena: 6-/10

PS. Brawa i największy śmiech na sali należą się za scenę walnięcia żołnierzy w policzek rozpędzonym kołem samochodu! Komediowe złoto!

PS2. Przytoczona wcześniej recenzja Filmwebu, posiada także inną niezwykle trafną uwagę -  „Reżyser o dziwo nawet nie bardzo potrafi oddać sprawiedliwości własnym fetyszom. Powiewanie flagą powiewaniem flagą, ale wyłaniający się z filmu portret Amerykanów trąci raczej drapieżną satyrą niż gloryfikacją (…)”. Rzucony mimochodem komentarz „It’s worse than waterboarding”, czy długa sekwencja, w której Agent CIA bez mrugnięcia okiem przystawia pistolet niewinnej dziewczynie, by jej ojciec wyjawił potrzebne im informacje, ukazują zwykle Prawych Amerykanów w wyjątkowo ciemnym świetle. Trzeba przyznać, że stanowi to nietypowe zagranie.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Movies

 
 

  • RSS