RSS
 

Wyniki wyszukiwania dla zapytania ‘woodkid’

“The Golden Age”, czyli dzieło skończone Woodkida

10 maj

Woodkid – Drewniany Chłopiec? Muzyczny wirtuoz? Poznajcie młodego Francuza i jego artystyczne alter-ego. 

Yoann Lemoine, bo tak naprawdę nazywa się Woodkid,  tworzył wcześniej teledyski dla innych gwiazd (m.in Drake’a i Rihanny, Lany Del Ray, czy Katy Perry), jednak w pewnym momencie zapragnął większej swobody artystycznej i możliwości przelania własnych pomysłów na muzykę i obraz. Rozpoczął więc pracę nad solowym projektem, sygnowanym własnym nazwiskiem. No, prawie. „Woodkid to nie ja, Woodkid to imię, które przyszło mi do głowy w trakcie pracy nad albumem, nad historią, którą chciałem dzięki niemu opowiedzieć.”

Pierwszą próbą samodzielnego dzieła było skomponowanie kawałka „Iron” oraz wyreżyserowanie wysmakowanego teledysku, który zachwycił wszystkich, którzy się z nim zetknęli. Utwór pojawił się nawet w trailerze „Assassin’s Creed’a”, co umożliwiło mu dotarcie do szerszej publiczności. „Nie pamiętam już jak poznałem Woodkida.  Pewnie tak jak większość, czyli przez zwiastun do gry „Assasin’s Creed”, który wykorzystywał fragmenty z jego pierwszego singla „Iron”.  Zaciekawiła mnie ta muzyka, zaciekawił czarno-biały teledysk, ale wtedy jeszcze nie na tyle by całkiem oszaleć na punkcie jego twórczości” – wspomina Milczący Krytyk, autor bloga reviews.blox.pl. Ja natomiast pamiętam dokładnie w jakich okolicznościach zapoznałem się w twórczością artysty. Stało się to, dzięki temu statusowi na stronie wyśmienitego polskiego zespołu Straightminds. I tak to już poszło! Tomasz wspomina to natomiast tak: „Później… później była chyba EPka, cztery utwory, a wraz z nią spore zaskoczenie, że prócz rozbuchanych utworów Woodkid potrafi pisać też piosenki małe, skromne, bliskie słuchaczowi, a jednocześnie pozostać w swojej stylistyce, korzystać z tych samych instrumentów, nadal pozostając spójnym. Cudne „Baltimore’s Fireflies” i „Wasteland” przyciągnęły mnie na dłużej. Ciekawy akcent, nieśmiały głos, przepiękne aranżacje, niesamowity klimat piosenek – ich rozmarzenie, zawarty w nich smutek, tęsknota za tym co minęło, co jest już nieosiągalne. A jednocześnie utwory te charakteryzowała niesamowita energia. Elektronika i klasyczne instrumenty, bębny, trąby, skrzypce – klimat nie do podrobienia.  I od tego momentu byłem już kupiony.”

Po miniaturowej formie Epki, przyszedł czas na pełnoprawną kontynuację sukcesu „Iron”. Utwór oraz wideo do „Run Boy Run” nie dość, że zaczyna się tam, gdzie skończył się teledysk „Iron”, to dodatkowo podbił stopień „epickiego” rozmachu, znany z pierwszego utworu. Myśl przyświecająca kompozycji: „chciałbym, by moi słuchacze czuli się jak Bohaterowie”, została w pełni spełniona. Utwór uderza w patetyczne nuty, czyniąc to z niezwykłym wyczuciem, które sprawia, że odbiorcę przepełnia nowo zrodzona energia!

Po singlach przyszedł czas na pełnoprawną płytę. Debiut budził jednak pewne obawy. „Z sensacjami, nagłymi odkryciami często bywa tak, że zachwycają odbiorców jednym, dwoma genialnymi utworami i… na tym się kończy. Obawiałem się, że w przypadku Woodkida może być podobnie.  Że muzykowi  nie uda się przebić wysublimowanych utworów z początku kariery i że jego płyta okaże się nie tylko jednostajna, ale i nudna (tak jak to się stało w przypadku chociażby Purity Ring, które zachwyciło mnie piosenką „Lofticries”, a płytą znudziło okrutnie)”, przed premierą mówił Milczący Krytyk.

Krążek „The Golden Age” ukazał się w marcu tego roku w kilku wersjach. Wersja Deluxe zaopatrzona była w książeczkę, przypominającą modlitewnik (ciemna obwoluta, pozłacane strony oraz  dwa złote klucze skrzyżowane na okładce), zawierającą opowieść o dorastaniu, napisaną przez samego artystę we współpracy z kuzynką artysty, pochodzącą z Polski. Książka stanowi bezpośrednie uzupełnienie treści albumu, składając się z opowieści, zawierających w sobie fragmenty samych piosenek, układające się w spójną całość.

Na szczęście już pierwsze odsłuchanie albumu rozwiało wątpliwości. “The Golden Age” jest bowiem bardzo spójne stylistycznie. „Po pierwszym przesłuchaniu odetchnąłem z ulgą. Choć nie padłem na kolana, choć płyta mnie nie powaliła, to jednak też niczym nie podpadła, a wszystkie utwory z radością wysłuchałem do samego końca.” Ja natomiast uświadomiłem sobie, że choć cały krążek jest mniej „epicki” i „rozbuchany” niż dwa pierwsze utwory, które impetem otworzyły artyście drzwi do (własnej) muzycznej kariery, to „z każdym kolejnym przesłuchaniem przekonywałem się do niej coraz bardziej. Aż do momentu, gdy podoba mi się w całości, od pierwszych do ostatnich sekund. Teraz mam wrażenie, że brak zachwytu już na samym początku wynikał z faktu doskonałego zapoznania się z utworami wypuszczonymi przed albumem. Tak się do nich przyzwyczaiłem, znałem je wręcz na pamięć, że pozostałe utwory już z samego założenia nie miały z nimi szans. Dopiero gdy poznałem je bliżej mogły się wybić w mojej świadomości”. Pozostałe utwory na płycie utrzymane są bowiem w bardziej lirycznym, nawet nieco melancholijnym klimacie. Jest mniej ‘rozbuchanie’, bardziej ‘intymnie’, jednak dźwiękowy minimalizm Woodkida, który leży u podstaw jego sukcesu, wciąż jest w nich doskonale wyczuwalny. Niektóre z nowych kompozycji przywodzą na myśl niektóre ze spokojniejszych dokonań Snow Patrol (m.in pierwszą część „The Lightning Stike”, czy mojego faworyta w dorobku Irlandczyków, czyli niezwykle emocjonalne, rozdzierające „Set The Fire to the Third Bar”, gdzie muzykom towarzyszy Martha Wainwright).

Album przeplata żwawsze, bardziej energetyczne utwory, ze spokojniejszymi, wyciszającymi, skupiającymi uwagę na głosie wokalisty oraz przygrywających w tle klasycznych instrumentach: pianino, skrzypce, wiolonczela, altówka, często w akompaniamencie dźwięków trąbek, rogów, puzonów i tub. Różnorodny sposób, w jaki wykorzystano tę instrumentalizację sprawia, że „każdy utwór to oddzielna bajka”:

1) „The Golden Age”, które przy pomocy zmian z powolnego intro fortepianowego, przeradza się w rozpędzone, „szalone” trąbki i skrzypki, opowiada poniekąd o beztroskim czasie dzieciństwa, które za niedługo będzie musiało się skończyć.

2) Najbardziej rozbuchane, rytmiczne, „biegnące” i dające energetycznego kopa „Run Boy Run”, które mówi o tym, by biec bez tchu ku nowemu życiu.

3) Rozpoczynające się niczym utwór z klasycznego, kostiumowego melodramatu „The Great Escape”,  czyli metaforyczna ucieczka z rodzinnego gniazda.

4) Odpływające w nieznane niespieszne dźwięki „The Boat Song”, czyli przeprawa łodzią w stronę wielkiego świata…

5) … gdzie chłopiec poznaje czym jest miłość w przepełnionym emocjami, zapierającym dech w piersiach i melancholijnym „I love You”, które stanowi przekrój stylu artysty.

6) Następujące po nim spokojne, rozbujane „The Shore”, w którym artysta jakby dopływa do dorosłości, przygotowuje się na nową drogę życia.

7) Towarzyszą mu jednak nadal wspomnienia dawnych lat, duchy przeszłości, które pojawiają się w „Ghost Light”, którego klimat przywodzi na myśl jakąś morską, zadymioną karczmę.

http://youtu.be/kG4Jml00rPM

8) W tym momencie, mniej więcej w połowie albumu, następuje instrumentalna przerwa, moment oddechu, być może zwiastun tego, co ma nastąpić – wznoszące się do nieba dźwięki „Shadows”.

9) Po nim następuje katedralne, gotyckie, chóralne i rozbuchane „Stabat Mater”, które Milczącemu Krytykowi kojarzy się ze wspominaniem czasów dzieciństwa, przypominaniem gry w wojnę oraz niedzisiejszych zapachów, które choć już niedostępne, wciąż rezonują w umyśle. Ja słyszę natomiast historię matki, która zdała sobie sprawę z pełnego opuszczenia gniazda przez dziecko. Opłakuje więc, że musi się z tym pogodzić, że musi w pełni oddać go jego nowej miłości.

10) Kosmiczne „Conquest of Spaces”, jeden z najciekawszych utworów na całej płycie, opowiada natomiast o końcu miłości, rozchodzeniu się bliskich osób, a jednocześnie o gotowości jednej z nich do rozpoczęcia nowego rozdziału, podbijaniu nowych przestrzeni życia.

11) Poprzedni utwór łączy się bezpośrednio z króciuteńkim, niepokojącym „Falling”, które brzmi niczym odgłosy z jakiejś otchłani. Mówić może natomiast o upadkach, które kształtują charakter, są niezbędnymi elementami progresu, związanego z ‘podbojem’ nowych sfer życia.

12) Przejmująca liryczna prostota utworu „Where I Live”, cechująca się niezwykłym skupieniem na wibrującym, pełnym melancholii wokalu z towarzystwem spokojnej gry instrumentów, zdradza nowe otoczenie, w którym żyje chłopiec.

13) Najbardziej znane „Iron”, w którym bohater samotnie podróżuje przez życie, czując się jak żołnierz po stoczeniu wielu bitew.

14) Pożegnalne „The Other Side”, „brzmiące niczym wymarsz wojsk”, gdzie można usłyszeć wojskowe bębny i werble, a nawet coś na dźwięk kościelnego dzwonu, które sprawiają wrażenie muzyki wygrywanej na pogrzebie. Na pogrzebie żołnierza, wojownika, chłopca, który dorósł.

http://youtu.be/LWSmBRwwpYE

„Z nich wszystkich najbardziej podoba mi się „I love You”. Niezmiennie od momentu, gdy tylko pojawił się pierwszy teledysk (moim zdaniem najciekawszy ze wszystkich dotychczasowych) Za każdym razem gdy go słyszę, mam ciarki. Za każdym razem wzruszam się na nim potwornie i przeżywam niesamowicie.  Przejście od chłopięcości do męskości, przemiana drzewna w kamień. Zdobycie, a później także utrata miłości, dorastanie. Między innymi o tym jest ten utwór. O tym też jest cała płyta – o dorastaniu, o żegnaniu się ze Złotym Wiekiem, krainą dzieciństwa i wyruszaniu w podróż ku dorosłości.” (Milczący Krytyk)

Dla mnie najciekawszymi utworami są zaś „Conquest of Spaces”, które urzeka mnie swoją prostotą, skupieniem na spokojnym wokalu oraz niespiesznej muzyce, a także „Run Boy Run”, które stanowi najbardziej energetyczny utwór całego krążka, piosenkę, która rzeczywiście sprawia, że czuję się jak Bohater. ;)

Jednak również pozostałe, te które nie stały się (jeszcze?) singlami, uwielbiam(y) ogromnie: „The Golden Age”, „Stabat Mater”, „Where I live”, „The Other Side”, czy „Conquest of Spaces”.  Każdy na swój sposób jest wyjątkowy i warty stania się numerem jeden.

Na zakończenie wpisu chcieliśmy jeszcze dodać ciekawostkę o polskich korzeniach Yoanna, zaproponować Wam intrygujący wywiad z muzykiem, w którym opowiada o koncepcji artystycznej stojącej za płytą, skąd wzięła się nazwa Woodkid oraz czemu byłby zainteresowany… wyreżyserowaniem filmu porno.

Warto ponadto wspomnieć, że już jutro, 11 maja, Woodkid zawita do Warszawy w ramach tegorocznej edycji Free Form Festival. Już zacieram(y) ręce i nie mogę się doczekać. Zwłaszcza, że sam artysta tak mówi o swoich występach: „Nigdy nie wiesz jak publiczność słucha Twojej muzyki poza miejscem koncertu, ale gdy już się na nim znajdują, są Twoi. Możesz kontrolować ich emocjami jak bardzo to tylko możliwe”.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Music

 

Zbuntowana

27 mar

„Zbuntowana” – druga część trylogii „Niezgodna” jest kolejnym z serii filmów „środkowych”, które wrzucają widza w akcję, tuż po zakończeniu poprzedniej części. Na początku przypomina się wprawdzie zasady działania świata przedstawionego – społeczeństwo, żyjące w zgliszczach Chicago podzielone jest na pięć frakcji. Podział ten ma zapewnić o pokoju społeczeństwa. Każdy zna swoje miejsce w szeregu, więc to powinno zapewnić spokój rządzącym. Do czasu. Nikt w końcu nie lubi, by mówiono mu co ma robić.

Po krótkim wstępie, „Zbuntowana” zaczyna się bezpośrednio po finale „Niezgodnej”, gdy Tris (Shailene Woodley), Cztery (Theo James), Caleb (Ansel Elgort) oraz Peter (Miles Teller) wyskoczywszy z rozpędzonego pociągu, biegną przez las, by dostać się do siedziby Serdeczności. Tam rozpoczynają się pierwsze negocjacje z władzami frakcji o udzielenie pomocy grupce uciekinierów. Motyw ten będzie się zresztą przewijać kilkakrotnie w filmie, gdy bohaterowie będą napotykać kolejnych członków różnych frakcji. Protagoniści będą więc uciekać przed oprawcami, bądź stawiać im czoła z bronią w ręku. Dużą rolę odegrają znów specyficzne symulacje, przez które będzie przechodzić Tris, tym razem przedstawione z większą dawką interesujących efektów specjalnych. Całości będzie brakować jednak serca, by w pełni przejąć widza wydarzeniami.

Zbuntowana” jest zwyczajnie słabszym filmem od swojej poprzedniczki, gdyż obrazowi brakuje prawdziwego poczucia zagrożenia. Mimo, że wszyscy latają wkoło mierząc do siebie z broni, a kilkoro bohaterów nawet ginie, większość wydarzeń powoduje jedynie wzruszenie ramion. Film ucierpiał też z powodu braku beztroski, która charakteryzowała pierwszą część, ukazującą uroki nowej frakcji, w której znalazła się główna bohaterka. Tak naprawdę największym błędem nowej części jest fakt, iż w obrazie brakuje interesujących interakcji bohaterów, a ich problemy, które były niezwykle rozwinięte w książce, zostały spłaszczone do jednej, czy dwóch scen.

Zbuntowana” skupia się bowiem w zasadzie na samej Tris i jej problemach. Pozostałych bohaterów spycha na trzeci plan. Mimo skupienia się na głównej bohatece, jej rozterki pokazane są w większości w beznamiętny, nie budzący emocji sposób. Koronnym przykładem scena seksu. W poprzedniej części, gdy Tris się go obawiała i nie chciała, twórcy uraczyli nas całą sekwencją gry wstępnej. Teraz, gdy do zbliżenia rzeczywiście dochodzi, ekran przechodzi w czerń. Nie mówię o tym, by seks od razu musiał być ukazany w detalu. Zastanawia jednak fakt, iż pokazując moment, w którym bohaterka podejmuje ważną dla siebie decyzję, nie próbuje się go głębiej zanalizować. Tak dzieje się kilkakrotnie, również w wątkach poczucia bycia odpowiedzialnym za śmierć najbliższych osób.

Shailene Woodley najlepiej wypada w płaczliwych scenach, w których musi ukazać wewnętrzny ból Tris. Sęk tkwi w tym, że jej postać jako całość stała się już mniej wiarygodna niż poprzednio. Jest nieco zbyt mocno roztrzepana. Niby rozumiemy, że taka właśnie ma prawo być, po wydarzeniach, które były jej udziałem, jednak w jej charakterystyce wyraźnie czegoś brakuje, już na poziomie samego scenariusza. Jej rozterki nie przenoszą się bowiem na rozterki widzów, trudno im wczuć się w sytuację dziewczyny.

Miles Teller natomiast wyraźnie bawi się swoją rolą, racząc ją dużą dawką niewymuszonego luzu i swobody. Najwyraźniej dystans do dzieła, w którym przyszło mu grać, umożliwił lepszy sposób gry, wybijając aktora do najlepiej zarysowanych postaci „Zbuntowanej”. Pozostali aktorzy jedynie „są” na ekranie, trudno cokolwiek o nich powiedzieć, poza tym, że dobrze wyglądają. W szczególności dotyczy to Naomi Watts jako Evelyn oraz Kate Winslet jako Janine,  czyli „Głównej Złej”, stojącej na straży Złego Systemu.

Problemem filmu względem poprzednika może być też nieumiejętne wykorzystanie muzyki. „Niezgodną” oglądało się tak dobrze, dzięki intrygującemu soundtrackowi, wypełnionemu skocznymi, wpadającymi w ucho i zapadającymi w pamięci utworami uznanych artystów, z Woodkidem i Snow Patrol na czele. W „Zbuntowanej” w zasadzie brak jest „radiowej” muzyki, która ustąpiła miejsca typowym ilustracyjnym dźwiękom ścieżki dźwiękowej, które w ogóle nie wybijają się z tła.

Piękne jest za to nawiązanie do fandomu „Gwiezdnych Wojen”. Być może niezamierzone, jednak wyjątkowo wyraźne. Tris, pod mocą działania serum prawdy, musi przyznać się, że „I shot first” / „Ja strzeliłam pierwsza”, co jest niemal idealną kalką powiedzenia „Han shot first”. Charakteryzuje ono prawdziwych fanów „Star Wars”, którzy respektują tylko pierwotną wersję oryginalnej Trylogii, bez zmian wprowadzanych przez lata przez George’a Lucasa. (W jednej ze zremasterowanych wersji filmu Han oddaje bowiem jedynie strzał napastnika, a nie, jak w oryginale, ubiega atak, atakując pierwszy. Ofensywa jest najlepszą defensywą, jak to mawiają).

Mimo, że film się nie dłuży i dobrze się go ogląda, trudno w zasadzie stwierdzić o co konkretnie w nim chodzi, poza tym, że stanowił pomost między kolejnymi częściami opowieści. Jako, że pierwsza część potrafiła wciągnąć do swojego świata i zaciekawić prezentowanymi wątkami, pozostaje mieć nadzieję, że ostatni rozdział, (czy też ostatnie rozdziały, gdyż dzielenie ostatniej książki na dwie ekranizacje stało się już plagą adaptacji filmowych), będzie równie dobry, co akt otwierający Trylogię „Niezgodnej”.

Ocena: 5/10

 
Komentarze (15)

Napisane w kategorii Movies

 

Ladies and Gentlemen, I present to you: the band: MONT OLIVER

10 lis

Finally, another post in the „I present to you” music series. It’s been a long time since I’ve dedicated one post for a band*, fosucing mostly on showing you the recent hits from different genres. But now I have made a nice discovery, which could actually work under #HipsterAlert title, as they are still mostly recognizible in their motherland. And we should definitely change that by spreading their sound all around. So now, without any further ado, I give you:

MONT OLIVER is a Danish band I have discovered while at Roskilde Festival. They made a nice impression on me live and were the first band during the Intro-Days that deserved my loud clapping and whistling, as they showcased an amazing rock energy I really like and admire. In other words: they bought me completely with their amazing show. I even wrote about them that first day: „Either way Mont Oliver is my choice of the day – very good, very catchy electro-pop, the first band at Roskilde Festival worthy of my whistling. Also (for now) the most crowded one!”.

I rediscovered them again in September and listened to them extensively. Their style is so eclectic, combining pop, alt-rock, rap and electronic music that I couldn’t do anything else, but to fall head over heels for it. And those vocals? A bit Woodkid-like I would say, which is another compliment for the artists. I also like the Timbaland-like parts, which add an additional layer of awesome to the music.

Problem with writing/showing anything about the band is the fact that they’ve only published one EP record – „19„, containing six songs and only half of them are available online. Fortunately it’s not impossible to get a hold of this amazing EP and even more fortunately the best one’s of the disc, are the three that you can find on YouTube. Each track showcases the band’s unique style and sinks in your brain for longer time. Truly amazing! I am really waiting for them to finally drop their debut album, which is still being recorded.

So now, finally time to listen to some gems. „19” is my absolute favourite, mixing such different elements with an amazing effect. My second favourite „Golden Glow” isn’t available online, but both „Give Me Nothing” and „White Sheets” also sound spectacular. So without more words – just give it a listen and love it as much as I do. :)

19

Give Me Nothing

White Sheets

That would be it, I guess! I hope you’ll enjoy their music as much as I do! :)

Useful links: Facebook, Twitter, YouTube

TUSIND TAK & TAK SKAL I HAV** MONT OLIVER! :)

PS. * (although Walk The Moon so deserves this spot and I should finally look into that)

** [TASKI HEJ]? I still don’t know how to write it in Danish, the greeting that everyone ended their concerts with.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Music

 

Niezgodna

07 sie

Divergent” Neila Burgera to kolejna antyutopijna opowieść osadzona na bazie młodzieżowego bestselleru. Tym razem za podstawę do opowiedzenia historii posłużyła książka „Niezgodna” Veronici Roth.

Opowieść rozpoczyna się w momencie, gdy młodzi członkowie amerykańskiego społeczeństwa dokonują wyboru do której z pięciu frakcji chcą należeć. System frakcyjny to sposób na kontrolowanie zachowania społeczeństwa i „zachowanie spokoju dla dobra wszystkich”. Każdy ma znać swoje miejsce w szeregu, wiedzieć co ma robić i zachowywać się tak, jak zostało to określone w zasadach rządzących każdą z frakcji. W końcu przewidywalność zachowania oznacza spokój dla rządzących. Główna bohaterka (grana przez Shailene Woodley) nie potrafi jednak podporządkować się żadnemu konkretnemu sposobowi myślenia, a to oznacza, że jest „Niezgodna”. Jej umysł „potrafi myśleć na milion różnych sposobów”, co sprawia, że jej zachowanie trudno jest przewidzieć. Tym samym staje się zagrożeniem dla sprawujących władzę.

Film Burgera (jak i książka Roth) przedstawia zatem pierwszy etap przygód Tris Prior – jej transfer z jednej frakcji do drugiej oraz trening siłowo-umysłowy, któremu poddani zostają wszyscy nowi rekruci. Opowieść toczy się żwawo, oferując wiele interesujących momentów. Stanowi jednak także jedynie wprowadzenie do historii, pierwszy rozdział w trzytomowej opowieści. Wartym wynotowanie jest fakt, iż film dość wiernie odzwierciedla wizję pierwowzoru. Wszystkie najważniejsze wątki z powieści pojawiają się w filmie. Czasami lekko zmieniają się okoliczności poszczególnych wydarzeń, ale ogólny wydźwięk płynący z filmu jest taki sam jak ten w książce.

Obraz jest bardzo ciekawy wizualnie. Prawie postapokaliptyczne Chicago, porośnięte bujną roślinnością i otoczone wielkim bagnem, będącym niegdyś jeziorem Michigan, a także niecodziennym murem, chroniącym przed, w zasadzie nie wiadomo czym, stanowią niezwykle ciekawą scenerię dla całej opowieści. W pamięć w szczególności zapada sekwencja gry wojennej oraz zwieńczająca ją jazda na linie nad dachami miasta. Nakręcona z rozmachem, ukazująca nam wydarzenia z perspektywy bohaterki, kusi wizualną wirtuozerią. Przyzwoita jest także muzyka. Niejako leitmotivem filmu staje się utwór „Run Boy Run” Woodkida, którego słowa bardzo ładnie uzupełniają warstwę fabularną obrazu. Po seansie w głowie zostaje jednak pojawiający się na napisach końcowych kawałek „I Won’t Let You Go” grupy Snow Patrol. Muzyka w filmie to także umiejętne operowanie ciszą, a ten wyczyn udaje się filmowcom znakomicie. W momentach bez muzyki, cisza potrafi wyjątkowo głośno rezonować, ukazując nam tym samym wewnętrzne rozterki bohaterów. Bardzo ciekawe zagranie, które świetnie sprawdziło się na ekranie.

Niezgodna” nie jest wprawdzie filmem na miarę doskonałych „Igrzysk Śmierci”, a Shailene Woodley nie tworzy tak silnej bohaterki jak Jennifer Lawrence, jednak cała opowieść posiada w sobie odpowiednie dawki skrajnych emocji, by przykuć uwagę widza na dłużej. Pierwszy rozdział stanowi jednak jedynie rozdanie kart i choć już pojawił się w niej zalążek poważnej rewolucji, wszystko wskazuje na to, że prawdziwa jazda bez trzymanki rozpocznie się dopiero później.

Film podobał mi się na tyle, że kiedy nadarzyła się ku temu okazja, sięgnąłem po książkowy pierwowzór. W trakcie czytania szybko odkryłem jak bliską adaptacją jest dzieło Burgera, więc z zadowoleniem zasiadłem do ponownego seansu, racząc się sfilmowaną wersją przyzwoitej wakacyjnej książki. Jestem ciekawy jak ta opowieść potoczy się dalej i mam nadzieję, że filmowcy planują kontynuować historię Tris Prior. W końcu, cholera, chcę się dowiedzieć po co im w ogóle cały ten mur otaczający miasto.

Ocena: 7/10

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Movies

 

Best of 2013 – Music Edition

08 lut

I actually wonder if it really is the best of the best music of 2013, but for sure the one I have been playing the most last year. (Of course with a special addition of Erasmus Music, which I posted some time ago).

And now, without further ado, my choices, ladies and gentlemen. ENJOY!

Counting Stars OneRepublic

I guess this song is my this years „Breath of Life” – the song I played the most times this year. So much so that now I am happily holding a ticket to OneRepublic’s concert. :)

Conquest of Spaces Woodkid

This year gave us a full album debut of Woodkid, the French artist that stole my heart in 2012 with Iron and Run Boy Run. Now, with the album in my hands, another song that captivated my attention is the „Conquest of Spaces”. My new favourite in the artists collection. Sounds perfect on the album and sounded awesome live on concert.

Arabella Arctic Monkeys

Arctic Monkeys’s album „AM” is one of the best things that happened to 2013 in music and this song is one of the best examples why it is so. The musical hook in Arabella combined with it’s so funny, yet so awesome lyrics (with my favourite line „The horizon tries, but it’s not just kind on the eyes”) is so amazing that every time I hear this song I just smile immensely. Of course almost EVERY song from this album could find it’s place on the list, but this one is my absolute favourite.

Love Illumination Franz Ferdinand

For the energy, fun, upbeat message and great sound live :)

Anywaican WALK THE MOON

Walk the Moon was one of my biggest discoveries of 2012 and now they gave us a new EP album, filled only with few songs, all of which made me smile immensely almost of the time. This song is a prime example of Walk The Moon’s power to lighten up a day.

True Blood Justin Timberlake

Timberlake gave us not one, but two albums last year, both of them filled with really catchy, dancy music. Although hit-wise the „20/20 Experience part 1″ is better thant „part 2″, the song that stayed with me the longest is the nice long tune „True Blood”, which just evokes the perfect atmosphere and musical magic that captivates my attention. #GoodJobJustin.

Evil Eye Franz Ferdinand

For all the craziness this song brings out, for the awesome scream at the beginning, and also, for the most gruesome music video of last year. :)

Let It Go The Neighberhoud

Just an awesome song, no explanation needed there. I got to thank Milczący Krytyk for showing me this band, with their cool song „Sweather Weather”, because this enabled me to listen to them even more.

Just One Yesterday Fall Out Boy

I guess Fall Out Boy’s album „Save Rock and Roll” was one of the few albums on which I adored almost every song this year (the other two being „AM” by Arctic Monkeys and „The Golden Age” by Woodkid). It’s mostly because the guys play around with their music style, combining rock with pop elements, giving us a cheerful and powerful mix. This song is a perfect example of this and my favourite from the whole album….

Where Did the Party Go Fall Out Boy

… accompanied by this one, which actually is a lead in to „Just One Yesterday” on the album. Those two fit together perfectly and gave me a lot of energy this year. :)

(Oh yeah – and I guess I should finally watch those music videos accompanying the album, cause they are shot like one big movie) xD

Can’t Hold Us Macklemore

Raw energy and shitload of fun! Sounds awesome live too. :) (No wonder I told you about this song already in February) ;)

Big Bad Wolves Walk The Moon

The shortest Walk the Moon song, a bit different in style, but that’s exactly why it’s so awesome! :D

Inhaler FOALS

My Number FOALS

I kind of run out of things to say, so let me just write – I like them very much. :) So much actually that I even went to their concert and had shitload of fun. And the songs sounded nice live too (proof)

+ Sounds Like Balloons Biffy Clyro

Known thanks to the Coke Live Music Festival, pretty awesome, just so! :) (+ „Black Chandelier” is awesome too. My two favourites! :) )

Let It Go I am Giant

Same title, different emotions. This song comes roughly from the beginning of the year and although I didn’t listen to it this much as the others, I still really like it. Not „the best”, nor „the most listened to”, but as a bonus to this list it will suit perfectly. ;)

 

Disclaimer: Yeah, I guess this list isn’t actually the longest and showcasing every major musical discovery I’ve made during the last few months. I just tried to put into use the songs that really stood out in my mind (and ears) this year. Maybe I should really steal the idea of putting my music discoveries online every month, so then I (and by proxy you, my dear reader), would be better informed of my musical journey and could nicely reflect on it in the future? :) #Iguessyoureontosomethingtheremate ;)

Disclaimer 2: Yeah, this list really isn’t full. I even kinda look at it and think that it even is a bit random with choices sometimes.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Music

 

Krótka relacja z Free Form Festival

12 maj

W piątek i sobotę byłem na Free Form Festival, więc zgodnie ze świecką tradycją tego bloga, postanowiłem podzielić się kilkoma wrażeniami z koncertów. ;) (Postaram się krótko, bo czas goni, a ja powinienem pisać już coś zupełnie innego). ;)

#1 Woodkid

Zaczęło się od instumentalnego intro i wyznania „Jestem w połowie Polakiem“, by potem zwalić rozentuzjazmowaną publiczność z nóg perfekcjonizmem, znanym z płyty oraz rozszerzonymi, bardziej skocznymi i tanecznymi wersjami najsłynniejszych utworów, które rozsławiły Lemoine’a i zyskały mu rzeszę wyznawców. Woodkid potrafi śpiewać na żywo z równą gracją i przejęciem, co w studiu, a jego niewymuszony kontakt z publicznością godny jest pozazdroszczenia. Przeżycie muzyki artysty na żywo – bezcenne, a  usłyszenie wyśmienitego „Conquest of Spaces“, które z całej płyty urzekło mnie chyba najbardziej – cudowne. Mały Wielki Koncert, który chce się od razu powtórzyć. A jako, że artysta (za)powiedział „Do zobaczenia“ to i okazja może się jeszcze nadarzyć. Trzymam kciuki!

[Oczami/słowami Milczącego Krytyka (of reviews.blox.pl)

„Kilka miesięcy oczekiwania, kciuki trzymane by koncert odbył się w sobotę, a nie piątek, bilety kupione na samym początku i wreszcie nadszedł ten dzień – Woodkid na żywo w Warszawie. Szkoda tylko trochę, że jedynie przez godzinę, bez bisów – mógłby śpiewać jeszcze długo, długo. Koncert jednym słowem – boski. Potężny, monumentalny, ale jednocześnie kameralny i bliski w wolniejszych kawałkach. Wzbogacony o ciekawe czarno-białe wizualizacje, obrazy wnętrz katedr, niesamowitych islandzkich krajobrazów. Woodkid zagrał prawie wszystkie utwory ze swojej pierwszej płyty, oraz dwie piosenki z EPki. Mam wrażenie, że był nawet trochę zaskoczony niesamowicie żywiołową reakcją publiki oraz tym, że spora jej część znała słowa piosenek i refreny śpiewała razem z nim. Genialny koncert, długo będę go wspominać. Zryczałem się na „Where I live”, zdarłem sobie gardło śpiewając „I love You” oraz finałowe „Run Boy Run” i do teraz nie czuje rąk od klaskania. Dzięki wielkie Kaczy za info o festiwalu i za towarzystwo, bo znając siebie, sam bym się pewnie na ten koncert nie wybrał. A teraz bym żałował ogromnie.”]

 
Fot. Marcin Bąkiewicz/WP

#Bonusowe koncerty

Polskie Fair Weather Friends, które poznałem podczas zeszłorocznego Coke’a znów zaprezentowało się z dobrej strony, przykuwając ciekawym wokalem i niezłymi aranżacjami muzycznymi, mieszając rock z popem, stawiając również na lżejsze brzmienia, jak w kawałkach „Indecision“, czy „Cloud“, które poza sławetnym już „Fortune Player“ (gdzie brzmią niczym odrzut z płyty Kings of Leon), kupiły mnie najbardziej.

Kate Boy i jej show pełne dźwięków wygrywanych na bębnach było całkiem przyzwoite i dynamiczne, oferując interesujące rozwiązania, które potrafiły rozbudzić publiczność i sprawić, że zacznie podrygiwać w takt muzyki. Niezła zabawa, aczkolwiek nie pozostająca ze słuchaczem (a przynajmniej ze mną) na dłużej.

Duet Parachute Youth był pełen energii, którą zaraził zgromadzoną pod sceną publiczność. Ich styl nazwałbym muzyką dyskotekowę, która potrafi zapewnić chwilowe uniesienia odbiorcy, a najbardziej zapadającym w pamięć utworem było finałowe „It can’t get better than this“. Pomijając fakt, że sądzę, że jednak z łatwością mogło być lepiej, artyści zapunktowali u mnie także tym, że wyszli przybić piąteczki z publicznością, co sprawiło, że wychodząc z hali, słyszałem głosy, że to „najlepszy koncert, na jakim byłam“.

Grupa Apparat zaserwowała natomiast najdziwniejszy koncert całego festiwalu, stanowiący eksperymentalno-industrialny miszmasz dźwiękowy, który od kakofonii dzieliła jedynie rytmiczność powtarzanych fraz. Przez połowę występu wynudziłem się niemiłosiernie, jednak druga zaskakująco się rozkręciła, stanowiąc przeżycie niemal transowe. Sytuacji dopełniały nietypowe wizualizacje, czynione na żywo z rzutnika, na którym dwóch członków zespołu rzucało węglem, czy drewnem, tworząc mieszankę dziwnych kształtów. Przedziwny koncert, który trudno mi nawet ubrać w słowa.

[EDIT Dźwiękowa dziwność oraz zastanowienie: Kto słucha w domu takiej muzyki? zyskały odpowiedź, gdy zorientowałem się, że jest to ścieźka dźwiękowa do nietypowej  teatralnej adaptacji "Wojny i Pokoju", do której prezentowany materiał był soundtrackiem.]

Równie transowy, choć nieco z innych powodów był występ DJa Hudsona Mohawke’a, który zaserwował elektroniczny miks dźwięków podszytych „tłustym bitem“ i mocnym bassem, które potrafiły jednak rozruszać widownię do dzikich podrygów, będąc swoistym „mózgotrzepem“, kompletnie zerującym mózg. Innymi slowy – muzyka idealnie wpisująca się w klimat „Spring Breakers“.

Finałowy koncert Tricky’ego zaskakująco wypadł blado w porównaniu z elektronicznymi zagrywkami poprzedników i poza niezwykłym i niespotykanym faktem zaproszenia ogromnej rzeszy ludzi na scenę podczas dwóch utworów oraz serdecznymi uściskami złożonymi tejże grupie szczęśliwców, nie zapisał się w mojej pamięci na dłużej. Jak na tę porę i długie oczekiwania był dla mnie zbyt spokojny i mało różnorodny.


Fot. Marcin Bąkiewicz/WP

Drugi dzień umilił mi natomiast koncert Foxa wraz z gośćmi, który miał meandrujący poziom, gdyż obok kawałków wyjątkowo udanych (jak wyśmienite „Mind goes blank“ feat. Organek, które nuciłem jeszcze po przebudzeniu), posiadał również te, które nie grzeszyły oryginalnością (dwa kawałki z Pauliną Przybysz i Tomkiem Organkiem brzmiały identycznie. Myśłałem nawet, że replay po prostu zrobili czy coś). Bardzo zabawna była też „ballada“ w wykonaniu Natalii …, która od razu skojarzyła mi się z tym kawałkiem z niezłej komedii „Forgetting Sarah Marshall“.

Na całej linii zawiodła (mnie) natomiast Novika, która zaserwowała jeden z najnudniejszych koncertów, na jakich dane było mi być. Powtarzalność dźwięków w każdym utworze, brak głosu i słaby kontakt z publiką sprawiły, że zdarzylo mi się kilka razy ziewnąć podczas występu. Nie wiem czy to kwestia słabej formy artystki tego dnia czy nieoryginalności jej utworów, ale zupełnie mnie to nie kupiło.

Podobnie było zresztą z koncertem Azealii Banks, który zmęczył mnie już po 15 minutach, stanowiąc zbyt dużą dawkę za głośnej, „in your face“ „chamskiej łupanki“, w którą nie mogłem się wciągnąć, nawet po przejściach dnia poprzedniego. Także jestem na nie, aczkolwiek tłum szalał z radości, więc nie skreślam tej artystki zupełnie. To chyba po prostu nie za bardzo moje klimaty albo nie mój dzień na wkręcanie się w taką stylówę.

I to by było na tyle. Szybka przebieżka po koncertowych wrażeniach w ramach spełnienia tradycji, stworzenia pamiątki oraz wpisu „dla potomności“. :P

Dziękuję za uwagę! ;)

PS. Fotki pochodzą stąd, gdyż moje prywatne dość ostro niewyraźne są, więc postanowiłem skorzystać z bieżącej bazy profesjonalnych. ;) 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Music

 

The Discovery #9

02 lut

Dawno nie było żadnego wpisu z cyklu The Discovery, a tak się akurat złożyło, że styczeń oraz kilka ostatnich dni przyniosło mi kilka ciekawych odkryć muzycznych, którymi bardzo chętnie się z Wami podzielę, gdyż te kilka kawałków bardzo umila mi czas.

Także bez zbędnych słów wstępu – przed Państwem nowa porcja przyzwoitej muzyki! :) (Idealnej na oczekiwanie na poniedziałkową premierę nowego teledysku i piosenki Woodkida).

ENJOY!

Thrift Shop” - Macklemore & Ryan Lewis feat.Wanz

Piosenka zasłyszana w radiu -> szybko zSoundHoundowana -> wideo wyszukane -> szeroki uśmiech przylepiony do twarzy. Fajny bit, niezłe głosy, no i ta zabawna treść, podbita dodatkowo przez komiczne wideo. #Joy! :) (Aha – a kawałek wylądował jako #1 sprzedaży iTunesa) :)

Can’t Hold Us” - Macklemore

Utwór wyszukany po nagimmnym oddtwarzaniu piosenki nr. 1 tego zestawienia. Kawałek równie dynamiczny, skoczny i nastrajający optymistycznie. Zdecydowanie coś, co tygrysy lubią najbardziej. Także moja znajomość z Macklemorem na pewno będzie trwać i na dniach zacznę szukać kolejnych jego utworów. (Na razie po prostu nie umiem odkleić się od tych dwóch). ;)

Yeah Yeah” - Willy Moon

Odkrycie poczynione dzięki któremuś z nowych kanałów muzycznych (które naprawdę puszczają teledyski!) po jednej ze styczniowych imprez ze znajomymi. Swietny utwór na dobry początek dnia – rozbudzający i nastrajający pozytywnie.

Cough Cough” - Everything Everything

Odkrycie poczynione już spory czas temu, ale jakoś nie było okazji, by się nim wcześniej podzielić. Teraz nadrabiam, w dzień po tym, jak okazało się, że również Edgar Wright też jest fanem piosenki (Tweet). Everything Everything pozytywnie zaskoczyli mnie na Coke’u w 2011 roku, choć chwilę zajęło mi, żeby przestawić się na specyficzny tembr głosu wokalisty. Teraz zaskakują ponownie tym wpadającym w ucho i wciągającym kawałkiem.

That would be all! A Wy czego ostatnio nagminnie słuchacie?! :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Music

 

The Best of 2012: Music Edition

31 gru

Pomysł na zrobienie dotatkowego podsumowania odkryć muzycznych naszedł mnie po przeczytaniu tego zestawienia. Pomyślałem sobie wtedy – ja też poznałem kilka fajnych zespołów i kawałków, chętnie się z nimi (ponownie) podzielę, zwłaszcza, że dzięki temu będę mieć dodatkową muzyczną pamiątkę. :)

Także taka krótka przebieżka po utworach, które wyraźnie zaznaczyły swoją obecność w moim muzycznym grafiku w ostatnim roku.

Breath of Life – Florence + The Machine

Dynamiczny, pełen energii utwór, najlepszy aspekt „Królewny Śnieżki i Łowcy”, który zapoczątkował moją fascynację Florence. Cały czerwiec należał do tej piosenki, tak mocno weszła mi do głowy.

Champion Sound – Crystal Fighters

Odkrycie tegorocznej edycji Coke Live Music Festival, gdzie zespół zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Szybko zaopatrzyłem się w płytę zespołu, gdzie właśnie ten kawałek najmocniej przykuł moją uwagę.

Radioactive – Imagine Dragons

Interesujący wokal i nieco mroczny klimat, który zepsuli niestety przesadzonym i przesłodzonym oficjalnym wideo. Wyśmienicie zabrzmiał na koncercie, na który udałem się właśnie z powodu fascynacji zespołem, zapoczątkowanej tym utworem.

Tightrope & Jenny – Walk the Moon

Pytając Was o typy muzyczne lata, ta propozycja najmocniej przykuła moją uwagę. Skoczność, optymizm i dynamizm oraz podobieństwo do innych zepołów (w tym duże zbliżenie do stylu Imagine Dragons) sprawiły, że szybko zacząłem nagminnie pochłaniać debiutancki album.

True Love – Friendly Fires

Przygotowując się do Opener’a zacząłem słuchać piosenek tegorocznych artystów. Friendly Fires najszybciej przykuli moją uwagę, właśnie za sprawą tej pozytywnej, dynamicznej piosenki.

You Fckn Did It – Jason Mraz

Miłość do Mraza wzrosła jeszcze bardziej po usłyszeniu tego kawałka, który szybko stał się moim nr.2 wśród całej dyskografii artysty, (zaraz po równie wspaniałym „The Dynamo of Volition”). Na koncercie zabrzmiał z jeszcze większą energią niż na nagraniu, pokazując, że głos sam w sobie jest wyśmienitym instrumentem muzycznym.

Blind will lead the blind & Addicted to Progress The Coronas

Dwa kawałki odkryte podczas koncertu zespołu, na który poszedłem w ciemno, dzięki zaproszeniu. Występ na żywo porwał mnie tak mocno, że tuż po zaopatrzyłem się w płytę, dostałem nawet autograf wokalisty, a potem ochoczo zacząłem słuchać na instant-repeatcie. A wszystko dzięki tym dwóm kawałkom.

 

Komplikacje – StraightMinds

Kolejny utwór poznany dzięki koncertom. Energia panująca podczas występów na żywo sprawiła, że z chęcią opisałem swoje wrażenia w osobnym wpisie i rzuciłem się do ściągania wszystkich piosenek zespołu, gdy pojawiła się taka możliwość.

Iron & Run Boy RunWoodkid

Słowa są zbędne. Po prostu obejrzyjcie i posłuchajcie! Warto! :)


To chyba tyle! :) A Wy od jakich piosenek długo nie mogliście się uwolnić?! :)

PS. Jako, że Rok Apokalipsy właśnie dobiega końca, warto Wam życzyć kilku rzeczy w Nowej Erze, w którą niedawno wkroczyliśmy i na przełomie lat, który nastąpi już jutro. Także życzę Wam uśmiechu, dobrego humoru, czasu na realizację wszelkich planów, świetnej muzyki lecącej z słuchawek, samych wyśmienitych filmów, które zostaną w głowie na dłużej i spełnią wszelkie oczekiwania w nie pokładane. No i ogólnie Wszystkiego Najwspanialszego!
Do usłyszenia w Nowym Roku!  :)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Music

 

Ladies and Gentlemen, I present to you: the band StraightMinds

28 lis

Nowy wpis w serii, tak szybko po poprzednim, bo i okazja jest wyjątkowa! Tym razem chciałem zaprezentować Wam młody polski zespół, poznany przypadkiem w zeszłym roku. StraightMindsi urzekli mnie już od pierwszego koncertu, na który wybrałem się ze znajomymi, idąc zupełnie w ciemno. Przed wydarzeniem nie wiedziałem o nich zupełnie nic. Wystarczyło jednak tylko kilka utworów, by mnie w pełni do siebie przekonali. Teraz, po trzech występach na żywo i wyczekiwaniu na kolejny, urodzinowy, uznałem, że najwyższy czas podzielić się z Wami radością z ich słuchania.

StraightMinds to bowiem rockowy zespół najwyższej próby. Dynamiczne utwory, ciekawe teksty i dobre aranżacje szybko wpadają w ucho, a sceniczny zapał grupy silnie udziela się widowni. Ich koncerty są jak eksplozje małych wulkanów energii. Podładowują akumulatory i umieszczają szeroki uśmiech na usta.

Zespół wypracował własny styl, opierając się jednak na klasykach gatunku. Na swoim profilu piszą, że „starają się odświeżyć klasyczne i legendarne, choć lekko przykurzone brzmienia zespołów z lat ’70, ’80, ’90, tworząc gatunek, który został przez nich nazwany „Odświeżony Oldschool”.” Wśród swoich inspiratorów wymieniają (m.in) grupy The White Stripes, Wolfmother, Queens of the Stone Age, czy Foo Fighters. Nie stanowią jednak kalki żadnego z tych zespołów, a raczej intrygującą ich mieszankę, uzupełnioną własnymi, świeżymi pomysłami. Mimo wszystko, pojawiają się również kawałki, w których mocno wyczuwalne są muzyczne inspiracje. Które silnie przywodzą na myśl dokonania konkretnych zespołów. W ogromnej mierze mowa tu o utworze „People“, który mocno przypomina mi styl gry Pearl Jam.

Tym razem do pomocy przy wpisie zwerbowałem także przyjaciół, którzy od jakiegoś czasu znają zespół i mają o nim wyjątkowo dobre zdanie. Oto, co mieli do powiedzenia:

Ula: Świetna muzyka muzyką. Jednak nawet sama atmosfera na koncertach SM jest wyjątkowa i niepowtarzalna. Czuję się wyraźnie związana z każdym z fanów od pierwszego brzmienia po ostatnie oklaski. Kiedy tylko zaczyna się koncert mam wrażenie, że z każdym kolejnym wystukanym przeze mnie rytmem wypełnia mnie jakaś niesamowicie pozytywna, pobudzająca energia. Dlatego też jestem na prawie każdym kocercie. Z czystym sercem i pewna sukcesu zarażałam i zarażam sympatią do SM swoich znajomych :)

Alik: SM autentycznie nie da się nie lubić! Od pierwszych chwil każdego swojego koncertu roztaczają niesamowitą atmosferę zarażając tym samym widzów masą pozytywnej energii.  Stanowią zgraną grupę znakomicie radzącą sobie na scenie, a ich piosenki wpadają w ucho w rekordowo szybkim tempie, co sprawia że fantastycznie bawią się na ich koncertach także osoby słyszące ich twórczość po raz pierwszy. Wszystko to razem powoduje, że wychodząc z koncertu SM natychmiast myśli się o tym, kiedy kolejny raz będzie można ich usłyszeć na żywo, oraz których znajomych trzeba jeszcze z ich muzyką zapoznać :)

Żeby nie być gołosłownym w zachwytach, podrzucam próbkę możliwości grupy, z zaznaczeniem, że podczas występów live dają jeszcze większego kopa.

ENJOY!

Komplikacje/People

Nevermind

Więcej informacji o zespole, utwory do ściągnięcia za darmoszkę oraz rozpiska kolejnych koncertów do odnalezienia w social media: Facebook, SoundCloud oraz Last.fm.

Warto dodać, że na dniach (a dokładniej w piątek 30 listopada) chłopaki obchodzą drugie urodziny. Z tej okazji grają specjalny koncert w warszawskim klubie Chwila. Jeśli macie akurat ‘chwilę’ wolnego czasu – wpadajcie! Dajcie się porwać energii, tak jak ja podczas ich pierwszych urodzin oraz na każdym z ich koncertów, który udało mi się zobaczyć. Macie szansę polubić ich zanim zyskają wielką sławę. Wykorzystajcie ją! :) Szczerze zachęcam, wystawiając najwyższy znak jakości! :)
(Innymi słowy: Kaczy approves! (Chyba muszę zainwestować w taką pieczątkę!)) ;)

PS. Bonusowo wspomnę, że to dzięki StraightMindsom poznałem „Iron“ Woodkida, za co już zawsze będę wdzięczny. ;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Music

 

Teen Wolf

11 wrz

Zachęcony pozytywnymi opiniami na Hataku oraz pochlebnymi komentarzami znajomych, sięgnąłem po serial „Teen Wolf“. Zrobiłem to też trochę w ramach wyrobienia tegorocznej normy guilty-pleaserowych letnich produkcji.

Muszę przyznać, że serial pozytywnie mnie zaskoczył. Okazało się bowiem, że jest całkiem przyzwoity. To, co rzuciło mi się w oczy od razu, to bardzo dobre tempo wydarzeń. Kolejne zdarzenia następują po sobie w żwawy, dynamiczny sposób, podkreślany dodatkowo przez dobrze dobraną muzykę. Na dodatek – od razu zostajemy wrzuceni w wir wydarzeń, bez zbędnych rozwlekłych wstępów, czy udawania, że nie wiadomo o co chodzi. Główny bohater i jego najlepszy kumpel bardzo szybko wpadają na to, co dzieje się ze Scottem, dzięki czemu unikamy długiego wątku poszukiwań i niepewności. Od razu przechodzimy do problemów, jakie wiążą się z nową „umiejętnością“, nabytą przez bohatera. A tych jest całkiem sporo; na dodatek z każdym odcinkiem się mnożą. Dość powiedzieć, że bohaterom przyjdzie zmierzyć się z nieobliczalnym wilkiem alfa, czy ugrupowaniem łowców.

Teledyskowe tempo zdarzeń nie powinno dziwić w serialu stacji, która zasłynęła z puszczania teledysków. „Teen Wolf“ wyprodukowało bowiem MTV. Zrobiło to jednak na tyle dobrze, iż sądzę, że serial spokojnie mółgłby sobie znaleźć miejsce w jakiejś innej stacji telewizyjnej, (chociażby w takim ABC Family, czy The CW), gdyż poziomem nie odstaje od innych młodzieżowych produkcji, pokroju „Vampire Diaries“.

„Teen Wolf“ stanowi bowiem wyjątkowo udaną mieszankę serialu dla nastolatków oraz opowieści o istotach nadprzyrodzonych. Oferuje zarówno przykuwające uwagę wątki romansowe, dużo momentów komediowych (głównie dzięki niezawodnemu przyjacielowi Stilesowi, chłopakowi o polskich korzeniach), jak i fragmenty stricte horrorowe, czy podbijające napięcie. Do tego serial ma tak żwawe tempo akcji, że czas spędzony na oglądaniu kolejnych odcinków zlatuje w mgnieniu oka.

Można się wprawdzie przyczepić do wyraźnych efektów komputerowych, czy samej stylizacji Scotta jako wilkołaka. Jest tu też trochę taniego i przesadzonego efekciarstwa. Jednak seans jest na tyle angażujący, że spokojnie można przymknąć oko na te techniczne mankamenty. Zwłaszcza, że z kolejnymi odcinkami zaczyna to wyglądać coraz  lepiej.

Pozytywnie zaskoczyła mnie muzyka. Sprawdza się wyjątkowo dobrze. Nadaje nastroju scenom, podbija emocje i uwypukla tempo zdarzeń. Na dodatek w wielu momentach tak silnie przykuwa uwagę, że aż chce się od razu sprawdzić co to za utwór. W drugim sezonie dostajemy zresztą taką informację wprost na ekranie. Muszę przyznać, że to świetne posunięcie. Zwłaszcza, że na ścieżce dźwiękowej* można znaleźć takie perełki, jak moje niedawne odkrycia: „Iron“ i „Run Boy Run” Woodkida, „At Home“ Crystal Fighters(!), kilka kawałków DeadMau5a, czy przebojowe „Just A Little Bit“ Kids of 88.

Muszę przyznać, że sam jestem zaskoczony, jak dobrze oglądało mi się tę produkcję. Najwyraźniej pasują mi takie seriale. Być może nie jest to rozrywka wysokich lotów, ale ogląda się to naprawdę przyjemie. Zwłaszcza, że klimatem i stylem serial przypomina „Vampire Diaries“. Oba są produkcjami młodzieżowymi, rozgrywającymi się w małym miasteczku, o zbliżonej paranormalnej tematyce. Oba umieją przykuć uwagę i intrygować zagadkami oraz cliffhengerowymi zakończeniami odcinków. Kupuję to i chętnie sięgam po nowe epizody. Z tego powodu jestem gotowy wystawić „Teen Wolfowi“ mocne 7/10. W wolnej chwili spokojnie można obejrzeć! Powinno się spodobać w szczególności fanom „True Blood“ i wspomnianych już „Pamiętników Wampirów“.

O sukcesie serialu niech świadczy również fakt, że MTV zamówiło już trzecią serię, która ma mieć 24 odcinki. Mam nadzieję, że mimo podwojenia liczby epizodów, serial zachowa swój największy atut – dynamiczne tempo wydarzeń. Bardzo chętnie sprawdzę bowiem w przyszłym roku co nowego u Scotta i jego ekipy.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii TV Shows

 
 

  • RSS