Strona Główna




 


Bizzarre.



No i poszedłem za ciosem. Obejrzałem najnowszą część "Zmierzchu", czyli "Przed Świtem (część I)".

Wyszedłem z założenia, że skoro powiedziało się A, trzeba też powiedzieć B. (A, że w zasadzie powiedziałem już A, B i C, to wypadałoby dodać D). Zresztą każda kolejna część Sagi na podstawie powieści pani Meyer, podobała mi się bardziej od poprzedniej. (Choć to chyba kwestia zaniżonych oczekiwań). Liczyłem więc, że ta passa się utrzyma.

No i cóż – przeliczyłem się! Czwarta część sagi o miłości dziewczyny i wampira wypada zdecydowanie najsłabiej. Już w momencie ogłoszenia, że ostatni tom bestsellerowej powieści zostanie podzielony na dwa filmy, było wiadomo że jest to decyzja czysto ekonomiczna. Seans filmu tylko to potwierdził.

Tempo akcji jest niezmiernie powolne. Wydarzenia tej części możnaby spokojnie zawrzeć w (maksymalnie) połowie czasu trwania produkcji, a nie rozwlekać je na prawie dwugodzinny spektakl.
Oto Bella poślubia Edwarda. Wyjeżdża z nim na miesiąc miodowy, w czasie którego para konsumuje swój związek. Okazuje się jednak, że seks z wampirem może doprowadzić do ciąży. Na dodatek takiej, która wysysa z człowieka życie, czyniąc go niemiłosiernie anorektycznym. Bella zostaje więc pod nadzorem rodziny Cullenów, którzy sami nie wiedzą ani jak do ciąży mogło dojść, ani "co" rośnie w brzuchu dziewczyny. Wszystko zostanie rozwiązane, gdy dojdzie do bolesnego i męczącego dla widza odebrania porodu, który postawi Bellę w całkiem nowej sytuacji.
Dostajemy jeszcze wątek Jacoba, ale ten jest już tak bezsensowny i nie wnoszący nic do opowieści, że aż szkoda o nim pisać.

Po seansie, wraz z moją współtowarzyszką, zastanawiałem się czy przez takie ukazanie ciąży i problemów z nią związanych, autorka nie chciała przypadkiem rozpopagować koncepcji wstrzemiężliwości seksualnej, nawet po ślubie. W końcu przebieg stanu błogosławionego Belli oraz poród, są tu tak przedstawione, że człowiekowi aż włos się jeży na głowie. Przedziwna koncepcja, szczerze mówiąc.

Nie będę rozwodzić się nad poziomem aktorstwa, gdyż to w Sadze zawsze stało na niskim poziomie. Ewidentnym zadaniem aktorów było dobrze prezentować się na ekranie. W najnowszej części bywają jednak momenty, kiedy nawet to nie wychodzi im najlepiej.

Tym razem nawet muzyka wypadła słabo. Ciągle wałkuje się tu jeden powolny i jednostajny motyw, który podkreśla rozwleczone tempo wydarzeń. Jedynie w pojedynczej scenie tempo nabiera jako takich rumieńców, właśnie dzięki muzyce. Gdy Bella przygotowuje się do swojej nocy poślubnej, a w tle leci "Sister Rosetta" The Noisettes, od razu film wypada lepiej. Gdyby twórcy postawili na bardziej dynamiczną ścieżkę dźwiękową, produkcja by na tym zyskała. A tak – po prostu się dłuży.

Co tu dużo mówić – "Breaking Dawn" to najsłabsza część sagi. Nie ratują jej nawet wstawki humorystyczne. Choć kilka pojawia się na początku, potem zupełnie zanikają, oddając miejsce... nie wiem nawet czemu. Ten film był po prostu tak niedobry, że nawet nie mogę sobie przypomnieć "wydarzeń" z połowy seansu, mimo że minęło dopiero kilka godzin, odkąd opuściłem salę kinową.
Ogólnie rzecz biorąc – czwarta część to zupełny niewypał! Być może dlatego, że pod koniec procesu pisania, wyobraźnia pani Meyer weszła na dziwne tory rozwiązań, które są nieco "sick and twisted" i nie do końca współgrają z wcześniejszymi pomysłami. Także chyba można już zacząć się bać o pomysły, jakie zostaną zrealizowane w "part II".
O ile przy poprzednich odsłonach pisałem, że seans daje się przeżyć, tym razem nie jestem tego pewien. Także oglądacie na własną odpowiedzialność! ;)


Tagi: twilight, movie guide
Kaczy 2011-11-26 16:17:18 skomentuj (0)


 
stat4u