RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Bez kategorii’

ROK PÓŹNIEJ

12 mar

Witajcie serdecznie!

Chciałem tylko przeprosić za zupełny brak jakiejkolwiek aktywności na blogu spowodowany całkowitym zajęciem się prowadzenia strony FILM.COM.PL, jak i social-mediów z nim związanych. Pewnie zresztą dobrze o tym wiecie, bo nie raz, nie dwa się tym chwaliłem na Facebooku, czy tutaj.

Ten wpis piszę więc z czysto kronikarskiego punktu widzenia, dla zaznaczenia, że mimo iż dwa wpisy, które widnieją jeden po drugim mają daty 11.03 i 13.03, to tak naprawdę dzieli je aż cały rok. Cały rok wpisów na FILM.COM.PL oraz licznych tekstów, które pojawiły się też na poświęconym mu fanpage’u. Także szczerze i serdecznie zapraszam do odwiedzin tej strony :)

Peace!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

I’m Alive!!

30 paź

Cześć, dzień dobry!

Long time, no see. W końcu wrzucam nowy wpis, mimo, że od poprzedniego minęło już wiele miesięcy. Brak nowych treści na stronie w najmniejszym stopniu nie wynika z zarzucenia blogowania i pisarstwa jako takiego, a z ogromnej okazji, którą udało mi się zdobyć. Otóż w maju 2015 oficjalnie ruszyła nowa odsłona portalu film.com.pl, a ja zyskałem możliwość publikowania tam swoich tekstów. A do tego ogólnego zarządzania stroną i doborem treści, które tam się pojawiają. With great power comes great responsibility, więc ogólnie mój grafik stał się nieco bardziej zajęty, stąd rzadsze patrzenie na bloga, jako takiego.

Niemniej od dzisiaj postaram się podrzucać tutaj co lepsze kąski ze strony filmu, a kto wie – może w którejś wolnej chwili powrócę jeszcze do kilku tradycyjnych elementów bloga, jak Miesięcznej Listy Muzycznej. Wish Me Luck.

W międzyczasie zachęcam i zapraszam do jak najczęstszych odwiedzin FILM.COM.PL. Pierwszym oficjalnym tekstem, który pojawił się tylko i wyłącznie na FILM.COM.PL była recenzja filmu „Chronic” Michela Franco.

Także drodzy moi, nowa działalność rezenzencka na FILM.COM.PL właśnie. Od czasu do czasu będę wrzucał tutaj najlepsze kąski, jednak moja uwaga skupia się głównie tam, bo naprawdę jest dużo roboty. I dobrze :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

System. Child 44

22 kwi

System (Child 44)” Daniela Espinosy, film na podstawie powieści Toma Roba Smitha. Obraz, dotykający problemów systemowych stalinowskiego Związku Radzieckiego.

Oto Lew Demidow (Tom Hardy), przykładny funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego, dostaje zlecenie, z którym personalnie się nie zgadza. Mimo wykonania zadania, jego efekt nie satysfakcjonuje przełożonych, w związku z czym degradują go i wysyłają do małej mieściny, gdzie ma pomagać lokalnemu oddziałowi milicji. Tam rozpoczyna śledztwo na własną rękę w sprawie tajemniczych mordów, które mają miejsce na terenie całego kraju. Władza/System nic z nimi nie robi. W końcu „w raju nie ma morderstw”, jak wielokrotnie słyszy się na ekranie.

Gdyby reżyser skupił się tylko na głównym wątku, ukazując przemianę, która zajdzie w bohaterze Toma Hardy’ego pod wpływem niezgody na polecenia przełożonych, seans należałby do bardzo udanych. Niestety, reżyser próbuje opowiedzieć zbyt wiele historii, przez co żadna nie budzi takiego zainteresowania, jak powinna. Dostajemy więc zarówno wspomnianą walkę Jedynego Porządnego Obywatela przeciwko Systemowi, sprawę tajemniczego mordercy dzieci, bazującą na prawdziwej sprawie Rzeźnika z Rostowa, rodzinny dramat między dwójką głównych bohaterów, jak i próbę opowiedzenia o różnicach między wielkim miastem, a małą mieściną. Przy czasie ekranowym zbliżającym się do dwóch i pół godziny, teoretycznie każdy ze wspomnianych wątków zdąży się rozwinąć. Prawda jest jednak taka, że skacząc od wątku do wątku, rozmywa się gdzieś znaczenie i siła oddziaływania tych opowieści. Ponadto wiele czasu dostają kadry, przedstawiające pędzące pociągi, które łopatologicznie ukazują, że oto nastąpi relokacja bohaterów. Ta tendencyjność stanowi zresztą jeden z elementów całej opowieści, gdyż większość ważniejszych sentencji zostanie powtórzonych na ekranie tyle razy, że zamiast podbić ważność wypowiadanych słów, stworzą one jedynie pustosłowie.

Aktorzy starają się jak mogą, by utrzymać film w ryzach. Nie mają jednak łatwego zadania z powodu scenariuszowego przeładowania treściami. Tom Hardy z udawanym rosyjskim akcentem, wymawia słowa w tempie żółwia, a jego scenom z Noomi Rapace brakuje prawdziwej chemii. Niemniej chwilami bywa wiarygodny. Gary Oldman pojawia się na ekranie w połowie seansu, nie wnosząc niestety do obrazu ani odrobiny świeżości. Najciekawiej z nich wypada chyba Paddy Considine, który posiada najbardziej zaskakującą scenę całego filmu, umiejętnie poprowadzony mylny trop. Polski akcent w postaci epizodycznej roli Agnieszki Grochowskiej wypadł całkiem przyzwoicie. Niestety pozostający w mojej pamięci występ aktorki w „Obcym ciele” zepsuł mi jej odbiór jako poważnej aktorki, a trzykrotny krzyk o śmierci syna brzmiał jak „Lostowe” „They took my son”. Mimo tych mankamentów, rola Polki nawet się broni.

System” jest filmem, który wchodzi na polskie ekrany w aferze skandalu, którym był zakaz pokazywania go na terenie Rosji. Argumentacją tego faktu, jest to, iż obraz powiela obiegową opinię o surowości systemu władzy oraz zapatrzeniu funkcjonariuszy w swojego Jedynego Przywódcę, mijając się tym samym z prawdą. Patrząc jednak na „Child 44” jedynie z perspektywy filmowej, dostrzeżemy, że sceny, które robią duże wrażenie, zalewa sos niepotrzebnych momentów, które niewiele wnoszą do fabuły, niepotrzebnie ją tylko rozwlekając. Mimo ciekawej historii, obraz jest dość toporny. Poprowadzony bez polotu, głębszego zanalizowania pewnych zjawisk, płasko. W skrócie: historia – tak, wykonanie – przeciętne. Trudno orzec na ile taki obraz mógłby zagrozić władzy w Moskwie. Zakazując wyświetlania filmu w Rosji, włodarze zdają się sami tworzyć problem, zwracając uwagę opinii publicznej na to, że władza nie chce oglądać sensacyjnego filmu, osadzonego w przeszłości. Tym samym każąc zastanawiać się ludziom co dokładnie kryje się za taką polityczną decyzją. Czy może film dotyka jednak jakiejś ciemnej karty? Gdyby nie decyzje Kremla, film przeszedłby przez kina bez większego echa. Gdy władza zabrania oglądać produkcji, zwykły człowiek aż z ciekawości obejrzy obraz, by dowiedzieć się o co tyle szumu.

Fakt jest taki, że w zasadzie nie wiadomo o co. „Child 44” to bowiem ten rodzaj filmu, o którym można powiedzieć: „gdzieś w tej rozwleczonej formie, kryje się dobre dzieło. Gdyby tylko poleżało trochę dłużej na stole montażowym, miałoby szansę zaistnieć”. „System (Child 44)” przez swoja długość i nieumiejętne połączenie różnorodnych wątków, jest filmem, który nie pozostanie widzowi w głowie. Za dużo w nim ogranych motywów.

Ocena: 6/10

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rozłączeni

22 kwi

The Search” Michela Hazanaviciusa to kino społecznie zaangażowane, ukazujące konflikt w Czeczenii z kilku perspektyw.

Historia poprowadzona jest kilkutorowo. Za każdym razem w środku opowieści stawia pojedynczą jednostkę, która musi poradzić sobie z nową sytuację, w której się znalazł.

Po pierwsze „Rozłączeni” to historia opowiedziana z perspektywy młodego chłopca, na którego oczach ginie rodzina. Łutem szczęścia ratuje siebie i młodszego brata. A potem ucieka z miejsca zbrodni i tuła się po kraju.

Po drugie – z perspektywy młodej dziewczyny, pracującej dla Unii Europejskiej i próbującej zwrócić uwagę środowiska międzynarodowego tym, co dzieje się w konfliktowym regionie. W tym kontekście bardzo wyrazistą sceną jest przemowa w Komitecie do Spraw Zagranicznych UE. Gdy nikt w zasadzie nie słucha kobiety, próbującej zwrócić uwagę instytucji na konflikt.

Po trzecie i chyba najciekawsze – „The Search” opowiada historię młodego chłopaka, który w wyniku łapanki na ulicy, staje przed wyborem: pójść do więzienia czy do wojska za swoje drobne przewinienie. Ten wątek będzie przedstawiał powoli postępującą desensytyzację chłopaka na otaczające go okropności wojny. Znamiennym fragmentem tego procesu jest scena, w której na linii frontu spotykają się dwaj młodzi mężczyźni, z których jeden znęcał się wcześniej nad drugim. Na pytanie „jak Ci tu jest” (na froncie) pada odpowiedz „jak w raju”. W tle tej sceny widzimy płonące zgliszcza wieżowca. Również pierwsza wojenna sekwencja z udziałem chłopaka potrafi zrobić wrażenie, ukazując moment, w którym zmienił się jego sposób postrzegania świata. Sceny, gdy widz podąża za bohaterem z karabinem, który przemierza rozpadające się miasto, stanowią chyba najciekawszy moment całego obrazu.

Rozłączeni” to kino niepozbawione kilku zbyt długich scen, które niepotrzebnie wydłużają seans do rozmiarów dwuipółgodzinnego spektaklu, jednak ostatecznie starające się dość dokładnie oddać problemy konfliktu z wielu różnych perspektyw. Film niepozbawiony jest wprawdzie pewnych uproszczeń, jednak obraz, mający „otwierać oczy”, sprawdza się całkiem nieźle.

Ocena: 7-/10

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Berlinale: Elixir: Wywiad: Sebastian Pawlak

26 mar

Elixir” w reżyserii australijskiego reżysera Brodiego Higgsa, prezentowany na Berlinale w sekcji „Perspektive Deutsches Kino” to osadzona w dzisiejszym Berlinie opowieść o współczesnych wersjach artystów-surrealistów, którzy zmagają się z wyzwaniami dzisiejszej rzeczywistości, w tym wyzwaniami dotyczącymi dziedziny sztuki. Obraz pokazuje różnice charakterologiczne między członkami ugrupowania, w którego skład wchodzą (m.in) Andre Breton (Swann Arlaud), Tristan Tzara (Sebastian Pawlak), czy Luis Aragon (Mateusz Kościukiewicz). A właściwie ich dzisiejsze, uwspółcześnione wersje.

Australijski reżyser, polska scenarzystka i zdjęcia kręcone w Berlinie. Szczególny miks, który sprawił, że film stanowi interesujący głos w sprawie roli artystów w dzisiejszym świecie.

Miałem szansę porozmawiać z współscenarzystką obrazu Anyą Wątrobą oraz dwójką aktorów: Mateuszem Kościukiewiczem oraz Sebastianem Pawlakiem. Oto co moi rozmówcy mieli do powiedzenia.

Michał Kaczoń: Jesteśmy w Berlinie, gdzie toczy się akcja Twojego filmu. Czy to miasto ma dla Ciebie jakieś szczególne znaczenie?

Sebastian Pawlak: Ma szczególne znaczenie, właśnie przez „Elixir”. Spędziłem tutaj prawie dwa miesiące i no nie ukrywam, że granie po angielsku było dla mnie jakby dodatkowym wyzwaniem. Wypowiadania się w innym języku, jednak z czuciem i z przepływem energii jest bardzo trudne. Musiałem wykonać o wiele większą pracę niż grając we własnym języku.

MK: Dlaczego zainteresowałeś się tym projektem?

SP: Anya (Wątroba) z Broddiem (Higgsem) przyjechali do Polski, aby spotkać się z polskimi twórcami i po prostu zaproponowali mi rolę w  filmie, który kręcili u nas – „Painting and painting”. Przyszedłem na casting, oni mnie wybrali i współpraca potoczyła się dobrze. Broddie zaproponował mi potem rolę w „Elixirze”. Oczywiście się zgodziłem i wszedłem w ten ich świat. To była długa droga. Rozmawiałem z nimi na temat scenariusza, o mojej obecności w filmie i moich różnych obawach. Był moment, kiedy powiedziałem, że nie będę grał. Broddie mnie przekonał. Cały czas jednak język był dla mnie jakąś granicą, którą musiałem w sobie przekroczyć.

MK: Chciałeś zrezygnować właśnie z powodu języka?

SP: Tak. Miałem jakiś głęboki lęk spowodowany językiem. Naciskałem na twórców, aby scenariusz był gotowy i przetłumaczony wcześniej. Żebym mógł pracować z coachem nad językiem i wymową oraz rolą jako taką. I udało się.

MK: No właśnie – jaki był proces przygotowywania się do roli? Czy czytałeś Manifesty Surrealistów?

SP: Tak, oczywiście. Czytałem nie tylko manifesty surrealistów. W Polsce wyszła książka pod tytułem „Manifesty”. Są w niej manifesty dadaistów i manifesty Dogmy, wszystkie manifesty. Czytałem też książkę o performancie, gdyż założyliśmy, że Tristan w naszym filmie jest performerem.

MK: Mówiąc o performancie – co sądzisz o tego rodzaju sztuce?

SP: Jestem blisko tej sztuki, dzięki teatrowi. Teatr ewoluuje w różne strony i mówi się  nawet o performatywnym działaniu aktora. To jest modne. Znam performerów w Polsce. Uczestniczyłem w performance’ach, na przykład w Komunie Warszawa. W cyklu „Re//Mix” brałem udział w reperformancie „Abramovic” w reżyserii Łukasza Chotkowskiego. Uważam, że jest to bardzo fajna forma, jeżeli jest naprawdę osobista i jeżeli w niej rzeczywiście o coś chodzi.

MK: Jak wam się układała praca na planie? Jak się dogadywaliście z reżyserem? Czy dawał Ci dużo uwag czy było większe nastawienie na improwizację ?

SP: Dwa tygodnie spędziłem w tym domy. Bardzo dużo improwizowaliśmy. To było dla mnie interesujące doświadczenie, taka przygoda. Lubię ten sposób pracy, przypominający próby teatralne. Film rządzi się jednak swoimi prawami. Dla mnie próby przed filmem, były ciekawe i momentami magiczne. Broddie pracował klasycznie. Był scenariusz, bo to jednak nie jest film oparty na improwizacji. Ja niestety nie mógłbym na planie improwizować w języku angielskim. Czasami improwizuje się nie używając języka. Są różne formy i tak właśnie pracowaliśmy. Jednak w samym filmie wszystko jest już z góry zaplanowane.

MK: Jak dogadywaliście się z aktorami? Jaki był proces tworzenia konfliktu?

SP: Robiliśmy takie wieczory w Glasshaus i Broddie zadawał nam jakiś temat do przepracowania. Miałem przygotować jakiś performance i grupa go omawiała. Wtedy były różnego rodzaju rozmowy i tworzyły się konflikty. Czasami miałem też prowokować konflikty w grupie i zobaczyć co się stanie.

MK: O czym według Ciebie jest ten film? Jak na przykład rozumiesz tytuł w kontekście całej opowieści?

SP: Właśnie! Wiem, że o tym rozmawialiśmy, ale minęło już tyle czasu i tyle rzeczy się wydarzyło, że teraz nie wiem czy odpowiem jakoś sensownie na to pytanie. Może jest to ten Elixir, ten napój twórczy, który wyczerpał się w tej grupie. Po powrocie Tristana do Glasshaus są próby stworzenia tego cudownego napoju na nowo. Ale czy on powstaje?  Czy to odpowiedni czas i miejsce, aby mógł powstać?

MK: Czyli elixir jako coś, co spaja tę ich grupę?

SP: Dzisiaj tak myślę.

MK: Jaki będzie Twój następny projekt?

SP: Pracuję w teatrze nad sztuką Mayenburga „Męczennicy” w reżyserii Grzegorza Jarzyny. Premiera w marcu. Kilka dni temu dostałem wiadomość, że będę grał w nowym filmie Agnieszki Holland. Jakiś czas temu był casting. To nieduża, ale interesująca rola Listonosza.

MK: Gatuluję. A planujesz jakiś projekt za granicą?

SP: Na razie nie. Pewniej czuję się w języku polskim, ale ten film pokazał mi, że da się. Nie ukrywam, że uczyłem się poszczególnych linijek. Najpierw na pamięć, potem z sensem, a później przychodziła interpretacja. Wszystko można zrobić. Jeśli masz tylko czas i ochotę.

MK: Dzięki.

SP: Dzięki.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Berlinale: Elixir: Wywiad: Mateusz Kościukiewicz

19 mar

Elixir” w reżyserii australijskiego reżysera Brodiego Higgsa, prezentowany na Berlinale w sekcji „Perspektive Deutsches Kino” to osadzona w dzisiejszym Berlinie opowieść o współczesnych wersjach artystów-surrealistów, którzy zmagają się z wyzwaniami dzisiejszej rzeczywistości, w tym wyzwaniami dotyczącymi dziedziny sztuki. Obraz pokazuje różnice charakterologiczne między członkami ugrupowania, w którego skład wchodzą (m.in) Andre Breton (Swann Arlaud), Tristan Tzara (Sebastian Pawlak), czy Luis Aragon (Mateusz Kościukiewicz). A właściwie ich dzisiejsze, uwspółcześnione wersje.

Australijski reżyser, polska scenarzystka i zdjęcia kręcone w Berlinie. Szczególny miks, który sprawił, że film stanowi interesujący głos w sprawie roli artystów w dzisiejszym świecie.

Miałem szansę porozmawiać z współscenarzystką obrazu Anyą Wątrobą oraz dwójką aktorów: Mateuszem Kościukiewiczem oraz Sebastianem Pawlakiem. Oto co moi rozmówcy mieli do powiedzenia.

Michał Kaczoń: Znajdujemy się w Berlinie, gdzie dzieje się akcja Twojego filmu. Czy to miasto ma dla Ciebie jakieś szczególne znaczenie?

Mateusz Kościukiewicz: Na pewno. Film „Eliksir” Brodiego Higgsa jest dość awangardowym dziełem i takim undergroundowym też, więc kręcenie tego filmu w Berlinie na pewno dodało mu dodatkowego sznytu. A jak weszliśmy do squatu, w którym kręciliśmy większą część zdjęć i kiedy zobaczyłem scenografię, autorstwa Sebastiana Soukupa, no to nagle poczułem się w innym świecie. Jakby mnie przetransportowało poza jakiś czas. Nie wiedziałem czy jestem w latach 70., 20, czy współczesnych. Dzięki temu mogłem pójść w to szaleństwo, jakąś improwizację, związaną z tym filmem.

MK: Co sprawiło, że zainteresowałeś się tym projektem? Czy to był temat, miejsce akcji, czy może osoba reżysera? Znałeś jego krótkometrażówki?

Mateusz Kościukiewicz: Współscenarzystą i współautorem tego filmu jest Anya Wątroba. Ona jest Polką, co prawda od wielu wielu lat mieszkającą w Australii, ale postanowiła wraz z reżyserem zrobić ten film z częścią polskiej ekipy. Powiedział mi o tym projekcie Michał Englert, który jest operatorem tego obrazu. Spotkałem się z Brodiem Higgsem i z Sebastianem Pawlakiem. Odbyliśmy dosyć szaloną próbę, wszystko odbywało się po angielsku i to mnie zainteresowało. Dla mnie każdy projekt za granicą jest dystansem do tego, co robię w Polsce. Zawsze dobrze mi służy.

MK: Czy jakoś szczególnie przygotowywałeś się do tej roli? Czy na przykład czytałeś Manifesty Surrealistów?

Mateusz: Czytałem, czytałem. Tego nieszczęśnika, którego miałem niby odgrywać, czy na którym się wzorować. Nie byłem w stanie tego przejść, bo  było tak fatalne. Andre Breton to już jest trochę inna półka. Ale Luis Aragon to jest już nie do przejścia moim zdaniem. Nie wiem czy miałeś okazję czytać.

MK: Nie, jeszcze nie.

Mateusz: No cóż, myślę, że wczytywanie się w te prace w pewnym momencie przestało mieć sens. To przyklejenie się do oryginalnych francuskich postaci było tylko punktem wyjścia, bohaterowie zwyczajnie ewoluowali z tokiem prac. Jedyną postacią, która przetrwała w miarę nienaruszona, to był bohater, którego grał Swann Arlaud, czyli Andre Breton.

MK: No właśnie, chciałem zapytać o pracę na planie – czy dostawałeś dużo uwag od reżysera, czy stawiał bardziej na improwizację?

Mateusz Kościukiewicz: Nie wiem dlaczego, ale reżyserzy nie dają mi zwykle za dużo uwag. Może liczą, że wszystko zrobię za nich (śmieje się). Tak pół żartem, pół serio. Ale w takich projektach,  w których reżyser debiutuje i robi pierwszy film, pewnych rzeczy się nie wie, dopóki się nie spróbuje. Często nie ma też za bardzo o czym gadać. Trzeba po prostu pracować, ustawiać się, kleić wątki ze sobą, próbować na bieżąco pewne rzeczy kontrolować, więc to są zawsze projekty dość ryzykowne. Tym bardziej jestem zaskoczony i bardzo szczęśliwy, że ten film ostatecznie znalazł się tutaj w official selection w sekcji Kina Niemieckiego. Myślę, że jest to wielki sukces dla tego filmu.

MK: A gdybyś miał streścić w dwóch zdaniach o czym jest ten film?

Mateusz: Nie mam pojęcia. (śmieje się)

MK: A tytuł rozumiesz?

Mateusz Kościukiewicz: W dwóch zdaniach? Nie wiem. Jedynie można chwycić się narracji. Grupa jakichś freaków siedzi w squatcie i próbuje tworzyć jakąś swoją undergroundową sztukę.

MK: Co sądzisz sam o sztuce performance’u? O takich rodzajach działań.

Mateusz Kościukiewicz: Dla mnie sztuka performance’u kojarzyła się zawsze z jakąś totalną kompromitacją. Wydaje mi się, że kiedyś miało to znaczenie, z racji pewnego rodzaju prowokacji społecznej  i uruchamiania pewnego fermentu społecznego, ale dzisiaj, w dobie absolutnego ataku wszelkim skandalem i jakimś zagubieniem konserwatyzmu klasy średniej, przestaje mieć rację bytu. Jakby nie spełnia swojej roli, nie porusza, nie szokuje. Zastąpiły ją inne formy sztuki improwizacyjnej.

MK: Jaki jest Twój następny projekt?

Mateusz Kościukiewicz: Teraz właśnie robię development Berlinale (śmieje się). Dlatego cały czas dbamy o Polskę i o nasz film „Body/Ciało”. Bardzo nam zależy, aby ludzie poszli na ten film do kina. Uważam, że jest to ważny film. Taki, który mówi dużo o Polsce i który na pewno nie jest takim filmem, które dotychczas robiła Małgośka. Jest zabawny. Naprawdę można się dobrze bawić oglądając go i uśmiać się po pachy.

MK: Tak. Jest naprawdę dobry.

Mateusz Kościukiewicz: I można też się wzruszyć. Myślę, że jest to film dla ludzi i Ci, którzy zobaczą ten film nie poczują się oszukani, nie poczują się przybici, tylko wręcz przeciwnie. Sueddeutsche Zeitung napisał nawet, że można feel good, tzn. wyjść i się poczuć dobrze po tym filmie. Że daje jakąś nadzieję.

Poza tym zagrałem u Filipa Bajona w „Moralności Pani Dulskiej” – w „Dulskich” („Panie Dulskie” – oficjalny tytuł filmu, którego premiera planowana jest na 2 października 2015). Z Krystyną Jandą, Mają Ostaszewską i Kasią Figurą. Projekt w takiej gwiazdorskiej obsadzie. Dość skromny, ale też dla takiej widowni, która lubi bardziej konserwatywne kino. No i gram też u Janka Kidawy-Błońskiego w filmie o Janku Banasiu – piłkarzu troszkę zapomnianym, zawodniku Górnika Zabrze i jego losach emigranta, ryzykanta, bon vivanta, trochę luzera, trochę wygranego. Bardzo ciekawa postać dramaturgicznie.

Piszę dalej scenariusze. Teraz do kin wchodzi „Disco Polo”. Z Maciejem Bochniakiem napisaliśmy scenariusz. Zagrałem też w epizodzie, bardziej symbolicznie. Liczę, że film osiągnie sukces komercyjny. W natłoku masakrycznej ilości pracy, staram się też wyłączać na chwilę i być troszkę poza tym wszystkim.

MK: Dzięki, miło było porozmawiać.

Mateusz Kościukiewicz: Dzięki.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Berlinale: Elixir: Wywiad: Anya Wątroba

03 mar

Elixir” w reżyserii australijskiego reżysera Brodiego Higgsa, prezentowany na Berlinale w seksji „Perspektive Deutsches Kino” to osadzona w dzisiejszym Berlinie opowieść o współczesnych wersjach artystów-surrealistów, którzy zmagają się z wywzaniami dzisiejszej rzeczywistości, w tym wyzwaniami dotyczącymi dziedziny sztuki. Obraz pokazuje różnice charakterologiczne między członkami ugrupowania, w którego skład wchodzą (m.in) Andre Breton (Swann Arlaud), Tristan Tzara (Sebastian Pawlak), czy Luisa Aragon (Mateusz Kościukiewicz). A właściwie ich dzisiejsze, uwspółcześnione wersje.

Australijski reżyser, polska scenarzystka i zdjęcia kręcone w Berlinie. Szczególny miks, który sprawił, że film stanowi interesujący głos w sprawie roli artystów w dzisiejszym świecie.

Miałem szansę porozmawiać z współscenarzystką obrazu Anyą Wątrobą oraz dwójką aktorów: Mateuszem Kościukiewiczem oraz Sebastianem Pawlakiem. Oto co moi rozmówcy mieli do powiedzenia.

MICHAŁ KACZOŃ: Znajdujemy się w Berlinie, gdzie „Elixir” ma swoją światową premierę. Miasto odgrywa także szczególną rolę w samym dziele, jako miejsce akcji. Skąd się wziął pomysł, aby to był akurat Berlin?

ANYA WĄTROBA: Oryginalnie pierwszy scenariusz napisaliśmy w Australii, ale później zastanowiliśmy się, że teraz tylko w Berlinie w tym klimacie globalnym artyści mogliby mieszkać w ten sposób. Przedtem sama byłam  w Berlinie i sądzę, że to miasto jest teraz jak Nowy York w latach 80., albo Paryż w latach 20. – nie jest drogo, żeby żyć. I co artysta potrzebuje, żeby zrobić sztukę? Czas. To zauważyłam, jak ostatni raz byłam w Berlinie, jeszcze przed pisaniem scenariusza do tego filmu, że właśnie tutaj ludzie mają czas, żeby myśleć o sztuce, żeby ją robić, tworzyć. Więc, żeby to było autentyczne, akcja musiała dziać się właśnie w Berlinie. Tylko w Berlinie byłam koło takiego środowiska. Ludzi, którzy mogli żyć sobie w taki sposób.

MK: Berlin to tak ważne miejsce akcji, że można nawet dokładnie określić, gdzie znajduje się squat, w którym mieszkaą bohaterowie. Wyraźnie widać i słychać nazwę stacji metra Yorckstrasse. Czy to konkretne miejsce miało szczególne znaczenie?

ANYA WĄTROBA: Nie. Po prostu akurat tam udało nam się znaleźć konkretne miejsce, w którym mogliśmy kręcić. Fabryka, w której produkowano kiedyś monety. Teraz to miejsce wyludnione, puste, ale posiadające kilka takich studio-apartaments. Cała fabryka, w której kręciliśmy, była zupełnie pusta. Zaadaptowaliśmy wszystko do naszej wizji. Tak naprawdę wybór tej stacji podyktowany był więc tylko faktem, że tam konkretnie był nasz plan zdjęciowy.

MK: Gdybyś miała streścić w kilku zdaniach o czym według Ciebie jest ten film?

AW: Jest o przyjaźni, miłości i sztuce. Tak konkretnie o tych trzech rzeczach. Ale także o potrzebie odnalezienia swojego głosu, jako artysta albo pisarz. Bo to jest najważniejsza rzecz – żeby autentycznie odnaleźć TWÓJ głos i później mieć odwagę ten głos ogłosić światu. Żeby go odnaleźć i móc o nim mówić. Jednak najbardziej też o przyjaźni, miłości oraz strachu. Te trzy rzeczy. Dlatego bohaterowie, z wyjątkiem Lexii, bazują na postaciach Surrealistów. Chcieliśmy po prostu zadać też pytanie –  jak oni by teraz żyli, jak odnaleźliby się w naszej rzeczywistości, w klimacie 2014/2015 roku. Jaki mieliby dostęp do sztuki. Bo teraz artysta musi walczyć. Z powodu komercjalizacji – sztuka stała się produktem. Chcieliśmy opowiedzieć o tych dwóch głównych wątkach – o sprawach osobistych oraz  o tym, co artysta musi w dzisiejszym świecie przeżyć, aby móc odnaleźć swój artystyczny głos. I nie tylko to – żeby ktoś go w ogóle usłyszał, żeby w ogóle mógł zaistnieć.

MK: Skąd natomiast pomysł na taki konkretnie tytuł? Dlaczego „Elixir”?

AW: Tytuł wybrał Brodie (Higgs), reżyser filmu. Wybrał go, ponieważ to było jak picie nektaru wiedzy, ambrozji, absyntu. Czegoś metafizycznego.

MK: Rozumiem. Czyli sztuka jako taka ambrozja.

AW: Tak, właśnie. Co to jest ten eliksir, który…

MK: … nakręca działanie?

AW: Tak, tak, właśnie. Gdzie znaleźć inspirację.

MK: Teraz pytanie o konkrety. W pewnym momencie pojawia się scena ćwiczenia zbiorowej podświadomości – gdy jedna osoba leży na stole, a Andre (Breton) wprowadza ją jakby w trans. Jaki był konkretny zamysł tej sceny?

AW: Dużo pracowaliśmy nad tą sceną. Myśmy sami mieszkali w podobnym squatcie, w Melbourne. Ja, reżyser i jeszcze troje innych artystów. To też była dawna fabryka. I wtedy zaczęliśmy szukać informacji na temat Surrealistów. W jakie gry grali, aby dostać się do własnej podświadomości. Jedną z takich gier był właśnie ten „rytuał spania” (sleeping ritual), gdzie jedna osoba niby spała, a później Andre Breton chodził i wprowadzał jakby w stan hipnozy. Chcieliśmy ukazać ten proces artystycznej inspiracji. Na przykład Salvador Dali też spał, a potem spisywał swoje sny i wykorzystywał je potem w swoim malarstwie. Wiadomo, że artyści osiągali stan inspiracji także innymi środkami – alkoholem czy narkotykami. Ale my chcieliśmy pokazać bardziej kreatywny sposób, aby dostać się do podświadomości. Ta scena jest więc bezpośrednio oparta na tym, co Surrealiści naprawdę robili w Paryżu w latach 20.

MK: Jak to się stało, że Wasze ścieżki zeszły się z reżyserem? Jak doszło do tego, że zaczęliście razem współpracować?

AW: Spotkaliśmy się w Melbourne pięć lat temu. Rok później zaczęliśmy razem pisać scenariusz. Oboje skończyliśmy Szkołę Filmową. Tylko, że Brodie zajmował się dokumentem, a ja pisałam. Mieliśmy wspólny krąg znajomych i tak się jakoś złożyło, że temat Surrealistów wspólnie nas zainteresował. Zaczęliśmy coś na ten temat pisać. Trzy lata temu przyjechaliśmy do Polski, aby zrobić wspólnie krótki film. Wtedy poznaliśmy Sebastiana Pawlaka. Strasznie nam się podoba klimat, w którym ludzie pracują w Polsce. Dlatego nasz operator też jest z Polski. Chcemy pracować z Polakami, ale też z międzynarodową obsadą w Europie.

MK: To właśnie akurat idealnie wpisuje się w moje następne pytanie. Zdjęcia są doskonałe. Operator Michał Englert naprawdę wykonał kawał świetnej roboty. Te zdjęcia są na wysokim poziomie.

AW: Tak, tak.

MK: W związku z tym chciałem zapytać o samą końcówkę. Jest wtedy moment, gdy kamera podąża za Lexią, a  tuż przed ekranem pojawia się dwóch policjantów, którzy mówią, że nie wolno tutaj filmować. I moje pytanie brzmi: czy to było zamierzone już na poziomie scenariusza czy po prostu wydarzyło się w trakcie kręcenia zdjęć?

AW: To nam się troszeczkę zdarzyło. Jak kręciliśmy w Berlinie, to mieliśmy strasznie dużo problemów: tutaj można kręcić, tutaj nie można kręcić, trzy metry tutaj, trzy metry tam. Później ten moment dodaliśmy, aby pokazać, że ciężko tutaj zrobić sztukę też.

MK: To jest bardzo znaczące i trafne dla całego filmu. Stąd moje pytanie o celowość tego zagrania – i na jakim etapie pojawił się pomysł, by je wykorzystać?

AW: Mieliśmy taki pomysł, żeby na końcu pokazać, że to też jest dokument, że to nie jest prawdziwe życie. Takie breaking technique, złamanie czwartej ściany. Pokazanie, że to jest nasza sztuka, obraz, który myśmy namalowaliśmy. Dzięki takiemu zabiegowi chcieliśmy przypomnieć widzowi, że ten film to też coś, co jest stworzone. Jednak fakt, że ten Niemiec przychodzi, zwyczajnie się zdarzył.

MK: Takie zamknięcie filmu stanowi świetną klamrę.

AW: Tak, potwierdza tezę samego filmu – o trudnościach tworzenia sztuki w dzisiejszych czasach.

MK: Jak długo przygotowywaliście tekst? Rozumiem, że cztery lata.

AW: Tak, cztery lata.

MK: A ile przeróbek przeszedł scenariusz?

AW: Chyba siedem. Nawet, kiedy już spotkaliśmy się z aktorami i zaczęliśmy z nimi pracę, to dokonaliśmy zmian. Lubię pracować z aktorami. Rozmawiać z nimi. Jestem otwarta na zmienię dialogów. Zależy mi tylko, aby prawda sceny i prawda o charakterze postaci zostały zachowane. Dialogi, konkretne słowa trochę się więc zmieniły. Od pierwszego szkicu – wtedy film miał trwać jakieś trzy godziny (śmieje się) – obraz przeszedł jednak około siedmiu znaczących przeróbek.

MK: Pod koniec filmu na wystawie sklepowej pojawia się książka z Twoim nazwiskiem.

AW: O, tak (śmieje się)

MK: Czy planowałaś napisać książkę? Skąd ten pomysł?

AW: Nie, nie. (śmieje się). Nasz scenograf – Sebastian Soukup wie, że ja też piszę książkę. Pewnie jeszcze pięć albo siedem lat będę ją pisać. Dostałam od niego maila: „Czy będzie OK, jeśli Twoją twarz umieścimy na plakacie?”. To był dzień przed zdjęciami, więc powiedziałam: „Aaa, OK”. Ale teraz jak to widzę na ekranie, to tak mi jest głupio. (śmieje się).

MK: To chyba miała być taka zachęta, abyś skończyła ten projekt.

AW: Właśnie. Takie popchnięcie: „Musisz teraz skończyć”. (śmieje się)

MK: Jaki jest Twój następny projekt?

AW: Piszemy czteroczęściowy mini-serial, który będzie rozgrywać się we Francji i w Polsce. Będzie to bardziej komercyjny projekt, dotyczący cyber-terrorystów. Tylko z innej perspektywy. Oni są kapitalistycznymi rewolucjonistami, którzy chcą zinfiltrować firmy i zmienić je na dobre.

MK: Trochę jak projekt „2020”, który był współfinansowany przez Unię Europejską.

AW: Tak. Nasi bohaterowie mają być takimi korporacyjnymi szpiegami, którzy będą infiltrować wielkie firmy, jak chociażby firmy testujące kosmetyki na zwierzętach, czy wykorzystujące dzieci do pracy i będę próbować zmienić je od środka. Na razie mamy wstępny pomysł, ale chcemy iść właśnie w takim kierunku.

MK: Brzmi ciekawie. Dziękuję za rozmowę.

AW: Dziękuję.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii, Movies

 

Miliarderzy z przypadku

23 gru

#BLASTFrom ThePast – ten wpis zalegał w archiwum od… sierpnia. Ups?! Czas, by ujrzała światło dzienne!

#ŚwietnąKsiążkęPrzeczytałem #RychłoWCzas

SocialNetworkBookMovie

Właśnie skończyłem czytać „Milarderów z przypdku” Bena Mezricha, na podstawie której Sorkin napisał scenariusz do „Social Network”. O, Panie, co to jest za książka. Czyta się z prędkością światła, a kiedy się kończy, człowiek zastanawia się: „Ale, ale, ale jak to już koniec?! ANOTHER!!” Maksymalny page-turner, który w intrygujący sposób zarysowuje stosunki między Zuckierbergiem, a jego współpracownikami, w szczególności Saverinem, nakreślając wyjątkowo plastycznie całą otoczkę znajomości oraz okoliczności, w jakich wszystkie wydarzenia miały miejsce, włącznie z małymi detalami kolorów dywanów. Powieść przepełniona jest także niezwykle celnymi zdaniami, które pobudzają wyobraźnię i mogą nawet stanowić intrygujące maksymy życiowe. Język, którym pisana jest książka przykuwa bowiem uwagę i rodzi jeszcze większe zainteresowanie tematem. Przyklaskuje fragmentowi mini-recenzji znajdującej się na obwolucie – „jedna z tych książek, które powstały po to, by ktoś zrobił z nich film”. (News.cnet.com)

Bo i Panie – JAKI to film zrobili przecież.  ”The Social Network” jest filmową perełką, niezwykle umiejętnie podbudowując napięcie i skupiając uwagę widza, a ukazując przecież „tylko” rozprawę sądową i wydarzenia, które do niej doprowadziły. Za to w jak doskonały sposób. Nic dziwnego, że film porywa, bo sama książka przeszła przez moją głową jak tornado. Więcej, więcej, więcej, dajcie mi kolejne akapity tej plastycznej wizji!

Podoba mi się w szczególności inne rozłożenie akcentów między książką, a filmem i mozliwość zobaczenia, jak sprawnym scenarzystą jest Sorkin, który potrafił jeszcze lepiej podbić pokłady napięcia znajdujące się w powieści Mezricha. Książka toczy się bowiem chronologicznie, w zasadzie o sprawie sądowej między Eduardo a Markiem, czy Winklevossami a Zuckerbergiem wspominając jedynie mimochodem, w ostatnich rozdziałach. Film zaś w intrygujący sposób uczynił z tych dwóch procesów całą ramę historii, punkt ciężkości całego dzieła. Ach, jak już nie mogę się doczekać ponownego seansu dzieła Finchera! 

Wyjątkowo fajne jest też filmowe zakończenie, odmienne od równie gorzkiego i ukazującego ciekawe paralele rozwiązania książkowego.

Ach, wspaniałości! <3

Jeśli z jakiegoś powodu jeszcze nie czytaliście „The Accidental Billionaires”, koniecznie szybko nadróbcie tę zaległość!
Kaczy zdecydowanie approves! 

PS. Niezmiernie podoba mi się, że radością z przeczytania tej książki podzieliłem się pierwotnie na omawianym w nim portalu. Ba! Zdjęcie do wpisu też wysyłam sobie z telefonu do komputera za pośrednictwem Facebooka. #Facebookception!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

It’s Alive!

09 gru

Frankenstein” w reżyserii Danny’ego Boyle’a, wystawiany na deskach brytyjskiego teatru National Theatre, z głównymi rolami należącymi do Benedicta Cumberbatcha i Jonny’ego Lee Millera, to spektakl niezwykły, przykuwający uwagę już od pierwszych minut i nie puszczający aż do dramatycznego końca.

Pierwsze chwile są wprawdzie męczące – oglądanie nowonarodzonego Stwora, gdy w konwulsjach przychodzi na świat i uczy się wykonywać pierwsze kroki, dłuży się i zaskakuje bliskością ukazania postaci. Sposób kadrowania jest bowiem niezwykle filmowy – wielorakie zmiany planów, bardzo duże zbliżenie na bohatera. Taka optyka sprawia, że doświadczenie z oglądanie spektaklu na ekranie jest nawet lepsze od teatralnego, a jednak takie do którego trzeba się przyzwyczaić. Z początku męczyły mnie te ciągłe zmiany planów, myślałem, że stateczna kamera z pierwszego rzędu też by mnie zadowoliła. Jednak z kolejnymi minutami coraz bardziej przekonywałem się do tej formuły. Tak mocno nawet, że z końcem sztuki nie wyobrażałem sobie, bym mógł obejrzeć ją w jakikolwiek inny sposób (no, może poza bytnością w samym Teatrze).

Opowieść o Victorze Frankensteinie i jego Stworze, poprowadzona została w niezwykle ciekawy, symetryczny wręcz sposób. Pierwszy akt skupia się na samym Stworze, ukazuje świat z jego perspektywy. Drugi to zaś opowieść widziana oczami Victora. Perspektywa Stworzenia i perspektywa Stwórcy wzajemnie się uzupełniają, wzajemnie przenikają, a najlepsze momenty sztuki to pojedynki słowne obu panów, w których tkwi cała siła tego przedstawienia, tej opowieści. Rozważania nad sensem życia, magii stworzenia, odpowiedzialności za czyny własne i innych. Wszystkie te elementy przykuwają uwagę, intrygują, nie dają widzowi spokoju. Wszystko to sprawia, że opowieść drobnymi krokami wkrada się do naszego serca, przyciąga uwagę, zadaje najbardziej odpowiednie pytania o kondycję ludzką, nie uciekając też od egzystencjalnych pytań. Dzięki początkowym scenom, gdy niewidomy mężczyzna rozmawia ze Stworem, uczy go mówić, czytać i rozmyślać, Stwór staje się bliski widzowi. Zaczynamy go lepiej rozumieć, współczuć mu, a jego losy stają się dla nas czymś ważnym.

Wzajemna zależność Stwórca i jego Kreacji, Ojca i Syna jest siłą napędową tej opowieści i stanowi główne zarzewie konfliktu. Stanowi swoiste starcie charakterów. Daje też widzowi niezwykle celne i trafne dyskusje, dotyczące Spraw Najważniejszych. Za sprawą doborowego aktorstwa obu Brytyjskich aktorów, całe przedstawienie ogląda się z nieustającym zainteresowaniem. Dodatkowym smaczkiem, dzięki któremu siła sztuki jest jeszcze większa, jest fakt, iż obaj aktorzy naprzemiennie grali obie postaci. Jednego wieczora to Cumberbatch był Stworem, a Lee Miller Victorem, by następnego dnia zamienić się rolami i grać „tego drugiego” bohatera. Ta zamienność sprawiła, że więź łącząca Stwórcę i jego Stworzenie stała się jeszcze mocniejsza, jeszcze bardziej namacalna i wyrazista. Właśnie ta symetria i wzajemne (nie)zrozumienie bohaterów sprawia, że sztuka Boyle’a porywa.

Właśnie dzięki temu teatralny „Frankenstein” wciągnął mnie do swojego świata, zaintrygował i nie pozostawił obojętnym. Wspaniała sztuka! Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak czekać na moment, w którym będę mógł zobaczyć Cumberbatcha w roli Stwora, (co, ku mojemu wielkiemu zadowoleniu nastąpi już dziś wieczorem).

Ocena: 9/10

PS. Coraz mocniej mam ochotę przeczytać wreszcie „Raj Utracony” Johna Miltona, dzieło literackie, które pojawia się w co trzecim thrillerze, co trzecim dziele, próbującym postawić jakąkolwiek diagnozę ludzkiej kondycji.

PS2. Głębsza, dosadniejsza analiza dzieła dokonana przez Zwierza Popkulturalnego oraz ciekawe spostrzeżenia Michała Nawrockiego.

PS3. Być może napiszę coś więcej po ponownym seansie dzieła.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

30 Warszawski Festiwal Filmowy, cz. 5

11 lis

Właśnie dobiegł końca 30., jubileuszowy WARSZAWSKI FESTIWAL FILMOWY. Warszawskie, dziesięciodniowe Święto Filmu obfitowało w wiele intrygujących seansów. Mnie udało się wybrać aż na 17 filmów, o których skrzętnie pisałem każdego dnia festiwalu. Teraz przyszedł czas na zbiorczy wpis dotyczący widzianych produkcji.

Tym razem krótkie recenzje Twitterowe. O niektórych z widzianych produkcji po prostu nie potrafiłem się chwilowo rozpisać, więc daję Wam moje szybkie uwagi na chwilę po seansie. :)

FOTOGRAF, reż. Waldemar Krzystek, Polska 2014

W Pół Drogi, reż. Geoffrey Enthoven, Belgia 2014

Brudny Szmal, reż. Michael R. Roskam, USA 2014

13, reż. Hooman Seyadi, Iran 2014

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii, Movies

 
 

  • RSS