RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Bez kategorii’

30 Warszawski Festiwal Filmowy

11 lis

Właśnie dobiegł końca 30., jubileuszowy WARSZAWSKI FESTIWAL FILMOWY. Warszawskie, dziesięciodniowe Święto Filmu obfitowało w wiele intrygujących seansów. Mnie udało się wybrać aż na 17 filmów, o których skrzętnie pisałem każdego dnia festiwalu. Teraz przyszedł czas na zbiorczy wpis dotyczący widzianych produkcji.

BARDZO DOBRE

COLD IN JULY, reż. Jim Mickle, USA 2014

Świetna amerykańska produkcja, trzymająca w napięciu już od pierwszych scen. Jej największym atutem jest wielokrotna zmiana głównej osi fabularnej, całego klimatu filmu, a nawet… gatunku filmowego, który obraz reprezentuje. Rozpoczyna się jak pełnokrwisty thriller, przechodzi w dramat, by później stać się niemalże kinem zemsty. Po drodze dostaniemy też wstawki komediowe, co łącznie daje mieszankę wybuchową, która przykuwa do ekranu i nie pozwala się oderwać.

Ciągła zmiana formuły i głównej osi narracyjnej sprawia, że w historię wdziera się kilka małych mankamentów, czy luk scenariuszowych, jednak w ogólnym rozrachunku są to jedynie małe rysy na wyśmienitym poziomie całej produkcji. Moją ulubioną sceną, na której niemal biłem brawo jest zbliżenie na twarz Michaela C.Halla, z naderwanym uchem, którą możemy oglądać przez czerwony filtr. Wyśmienite!

„Cold in July” to zabawa filmową formą, która jednak nie zapomina o swoich bohaterach, racząc nas aż trzema wyrazistymi charakterami. Michael C.Hall, Sam Shepard oraz Don Johnson stworzyli znakomite trio, których poczynania ogląda się z uśmiechem na ustach!

Polecam serdecznie, wystawiając 8-/10 Koniecznie!

Name Me (Jak się nazywam), reż. Nigina Sayfulleava, Rosja, 2014

Intrygujący obraz pokazujący rodzenie się relacji na linii ojciec – córka. Gdy dwie przyjaciółki przyjeżdżają na prowincję z Moskwy, by poznać ojca jednej z nich, nic nie wskazuje na to, by uczestnicy spotkania mieli się polubić. W wyniku zabiegu zamiany imion między dziewczynami możemy oglądać jak mężczyzna zachowuje się wobec obu z nich, posiadając mylną informację o swoim ojcostwie. Na tym przykładzie reżyserka pokazuje jak kluczowa informacja potrafi zmienić postrzeganie człowieka i jak wpłynąć na budowanie relacji międzyludzkich.

Bohaterki są kontrastowe – jest więc „grzeczna”, jak i „szalona” dziewczyna, obie ubierają się kolorowo i korzystają z życia, chadzając po imprezach. Testują tym samym cierpliwość, jak i instynkt ojcowski mężczyzny, dowiadując się tym samym wielu rzeczy o samych sobie. Jedno jest pewne – ich wzajemne relacje już nigdy nie będą takie same!

Obraz posiada żwawe tempo wydarzeń, na ekranie dzieje się dużo, a bohaterki dają się szybko polubić, dzięki czemu ich przygody ogląda się z zainteresowaniem.

Intrygujący obraz, z którym warto się zapoznać, a który już nieźle poradził sobie w rodzinnej Rosji, gdzie był już pokazywany.

Ocena: 8-/10

How to stop a wedding, reż. Drazen Kuljanin, Szwecja 2014

Nakręcona podczas podróży pociągiem z Malmo do Sztockholmu opowieść o dwójce ludzi, którzy jadą na ślub znajomych, by zapobiec uroczystości. W trakcie podróży otwierają się przed soba i ćwiczą swoje przemowy, mające na celu zmianę zdania państwa młodych.

Urokliwa opowieść, oparta na namacalnej chemii miedzy bohaterami. Rozgrywająca się w jednej przestrzeni pędzącego pociągu, ale przyciągająca i intrygująca powolnym rodzeniem się bliższej relacji między obcymi sobie ludźmi.

Świetna ściżka dźwiękowa i interesujące rozwiązania techniczne, interesująco ogrywające ograniczoną przestrzeń akcji. Na dodatek bardzo zgrabnie ogrywa pewien ciekawy motyw z „Love Actually”. 

Ocena: 8-/10

What We Do In The Shadows”, reż. Jemaine Clement, Taika Waititi, Nowa Zelandia, 2014

Prześmiewcze mockumentary o współlokatorach wampirach, mieszkających w Wellington w Nowej Zelandii. Dużo humoru, nieco satyrycznych wstawek, gier ze schematami serii (pojawia się nawet odniesienie do „Zmierzchu” :D), a całość tak naprawdę opiera się na urokliwych, acz dziwacznych bohaterach. Każdy inny i specyficzny, a jednak udaje im się doskonale dogadać.

Przewrotny pomysł, współfinansowany przez NowoZelandzki Instytut Filmów Dokumentalnych, ogląda się z uśmiechem na ustach i przy radosnej reakcji całej sali. Wyprzedane seanse i wyjątkowo udana zabawa gatunkiem, tak dokumentu, jak i horroru (Petyr, wyglądający jak Nosferatu – Mistrz!).

Mam nadzieję, że film ten trafi do normalnej dystrybucji kinowej, gdyż naprawdę ma szansę dobrze sobie w niej poradzić. Humorystyczna Rozrywkowa Rzecz!

Ocena: 8-/10

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Movies

 

30 Warszawski Festiwal Filmowy, cz. 3

11 lis

Właśnie dobiegł końca 30., jubileuszowy WARSZAWSKI FESTIWAL FILMOWY. Warszawskie, dziesięciodniowe Święto Filmu obfitowało w wiele intrygujących seansów. Mnie udało się wybrać aż na 17 filmów, o których skrzętnie pisałem każdego dnia festiwalu. Teraz przyszedł czas na zbiorczy wpis dotyczący widzianych produkcji.

PRZECIĘTNE

Geronimo, reż. Tony Gatlif, Francja 2014

Francuski komediodramat, stanowiący swoista wariacje na temat „Romea i Julii”. Film rozpoczyna się bowiem ucieczka z własnego ślubu, by być z Prawdziwym Ukochanym. Traf chce, ze pochodzi on ze zwaśnionego z rodzina dziewczyny gangu, co wywołuje niepokoje w lokalnej społeczności. Wzajemne straszenie się członków zwaśnionych gangów eskaluje coraz mocniej, aż dochodzi do starć z bronią w ręku. Zaczyna się jednak od ulicznych i klubowych „dance-offow” – konkursów tańca. Ten zabieg może zaś przywieść na myśl najsłynniejszą współczesną adaptację „Romea i Julii”, czyli „West Side Story”.

Co jednak znamienne i warte wynotowania – w centrum wydarzeń znajduje się Geronimo, młoda dziewczyna, która próbuje utrzymać lad w swojej dzielnicy i stopować krwawe zapędy młodocianych członków gangów, jak i zwyczajnej ludności blokowiska. To ona jest łącznikiem wszystkich wydarzeń, a jednak, paradoksalnie, niewiele o niej wiemy. To sprawia, że jej działania nie wywołują pożądanych emocji, przez co obraz ogląda się bez jakiegoś większego zaangażowania.

Ocena: 6/10

Serce, Serduszko, reż. Jan Jakub Kolski, Polska 2014

Twardy orzech do zgryzienia! Momentami urokliwy, sentymentalny i przyciągający uwagę, chwilami przesadzony, przegięty i tandetny.

Mała Dziewczynka z Domu Dziecka marzy o zostaniu baletnicą, w związku z czym poruszy niebo i ziemię, by przejechać całą Polskę, by wyrobić się na egzamin do Szkoły Baletowej. Po drodze czeka ją sporo przeciwności losu, w tym ojciec pijak o aparycji Marcina Dorocińskiego, ale i pozytywnie zakręceni ludzie, którzy z chęcią jej pomogą. Jak bardzo nowoczesny i zbyt luzacki, wytatuowany ksiądz, grany przez Borysa Szyca.

Film posiada swoje dobre momenty, niestety chwilami z ekranu aż wylewa się tandeta, która aż kłuje w oczy, a zęby zaczynają od niej boleć. Taka jest końcowa sekwencja muzyczna, przyklejona na siłę i nie wnosząca nic ważnego do opowieści. Zresztą najnowszy obraz Kolskiego, choć posiada wiele ładnych obrazków i przykuwających uwagę plenerów, zdaje się być nieco filmem o niczym. W tle przewijają się gdzieś uwagi o zastępczym rodzicielstwie, jednak całość tego wątku poprowadzona jest dość topornie.

Dla paru momentów można film zobaczyć, ale kilka skutecznie od filmu odstrasza. Ostatecznie więc obraz Kolskiego znajduje się gdzieś w środku skali, dlatego też dostaje ode mnie ocenę 6/10.

Viento Aparte (A Separate Wind), reż. Alejandro Gerber Bicecci, Meksyk, 2014

Dwójka nastolatków podróżuje autostopem przez Meksyk z wakacyjnego kurortu do domu, ponieważ podczas urlopu matka nagle dostaje udaru, a ojciec jedzie z nią do szpitala, porzucając dzieci na pastwę losu i „radźcie sobie sami”. Bez wyjaśnień, czy wskazówek każe swoim pociechom przemieścić się przez cały Meksyk, by dotarły do rodziny.

Podróż obfituje oczywiście w spotkania z wieloma niecodziennymi charakterami i otwiera oczy na problemy współczesnego Meksyku. Opowieść jednak niepotrzebnie się wlecze, w zbyt dużym detalu ukazując nudną podróż rodzeństwa. Bohaterowie nie są też na tyle wyraziści, by w pełni przejąć się ich losem, a historię ratuje raczej barwny drugi i trzeci plan. Niesnaski między rodzeństwem nie wypadają już tak ciekawie, za to film robiony komórką przez chłopca, dzięki któremu dowiadujemy się więcej o jego rodzinie wypada już nieźle.

Retrospekcyjne wstawki wyjaśniające całą sytuację, w której znalazły się dzieci, również na plus. Ostatecznie jednak opowieść nie przykuwa uwagi tak mocno, jak powinna stąd ostateczna ocena to: 6-/10

The Boss, Anatomy of a Crime, reż. Sebastian Schnidel, Argentyna, Wenezuela, 2014

Nudne i żmudne jest życie rzeźnika – tak w największym skrócie możnaby skrócić obraz Sebastiana Schnidela opowiadający o Hermogenesie, biednym pracowniku, poszukującym pracy w Buenos Aires, który trafia pod strzechy zakładu rzeźniczego. W wyniku niecodziennych okoliczności mężczyzna zdobywa pracę i dostaje pod swoją pieczę własny sklep mięsny. Oczywiście pod kuratelą tytułowego Patrona, Szefa.

Film pokazuje niecne taktyki stosowane przez mężczyznę, a także dokładnie ukazuje proces obróbki mięsa, gdy to wydaje się już niezdatne do użytku. Większą część seansu zajmują więc dokładne zbliżenia na krojenie i „czyszczenie”/uzdatnianie produktów mięsnych, ukazujące jak wymagające, męczące, jak i śmiertelnie nudne jest to zajęcie. Sceny te przeplatają się z momentami złego traktowania pracownika przez szefa, jak i z fragmentami śledztwa, które toczy się przeciwko głównemu bohaterowi.

Obraz poprowadzony jest całkowicie beznamiętnie, w monotonny sposób ukazując monotonię życia bohatera. A choć końcówka jest całkiem zaskakująca, cały film z trudem rezonuje z widzem, nie potrafiąc go w pełni przekonać do swojej wizji świata. Plus za dokumentalistyczny sposób ukazania obróbki mięsa, minus za zbyt częste powielanie niemal identycznych sekwencji.

Ocena: 5/10

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii, Movies

 

30 Warszawski Festiwal Filmowy, cz. 2

06 lis

Właśnie dobiegł końca 30., jubileuszowy WARSZAWSKI FESTIWAL FILMOWY. Warszawskie, dziesięciodniowe Święto Filmu obfitowało w wiele intrygujących seansów. Mnie udało się wybrać aż na 17 filmów, o których skrzętnie pisałem każdego dnia festiwalu. Teraz przyszedł czas na zbiorczy wpis dotyczący widzianych produkcji.

DOBRE

Carmina Y Amen, reż. Paco Leon, Hiszpania, 2014

Czarna komedia, z wyjątkowo wyrazistą, zadziorną i intrygującą główną bohaterką. Cięty charakter, złote myśli padające z ust oraz twarda ręka, którą prowadzi życie swoje i innych sprawiają, że jej poczynania ogląda się z nieskrywanym zainteresowaniem. Wiele absurdalnych sytuacji, małych scenek perełek (m.in pierwsze ukazanie się męża, pokazane na modłę horroru) i anegdotycznych historii sprawia, że obraz Paco Leona ogląda się z uśmiechem na ustach.  Ciekawe studium przypadku!

Ocena: 7,5/10

Felix i Meira, reż. Maxime Giroux, Kanada, 2014

Bardzo ciekawy obraz małżeństwa ortodoksyjnych Żydów, w którym małżonka czuje się niespełniona. Gdy więc kobieta przypadkiem poznaje Felixa, urokliwego mężczyznę, któremu właśnie zmarł ojciec, wywiązuje się między nimi namacalna nić porozumienia.

Obraz Giroux w interesujący sposób ukazuje żydowskie obrządki, które zdają się ciążyć Meirze i która próbuje oddawać się bardziej zachodnim rozrywkom w czasie, gdy może sobie na to pozwolić.

Delikatna opowieść, pełna specyficznych niuansów (wyśmienita scena z adapterem do płyt winylowych), będąca ciekawym studium przypadku, stanowiąc jednocześnie pewien głos w sprawie roli kobiet w środowiskach ortodoksyjnych. Nie stająca jednak po żadnej ze stron, gdyż ukazująca dwie strony medalu.

Wyśmienita, poruszająca scena rozmowy między mężem Meiry, a jej kochankiem jest najlepszym fragmentem całego obrazu, dla którego warto zapoznać się z tą historią.

Ocena: 7/10

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Movies

 

30 Warszawski Festiwal Filmowy, cz. 4

29 paź

Właśnie dobiegł końca 30., jubileuszowy WARSZAWSKI FESTIWAL FILMOWY. Warszawskie, dziesięciodniowe Święto Filmu obfitowało w wiele intrygujących seansów. Mnie udało się wybrać aż na 17 filmów, o których skrzętnie pisałem każdego dnia festiwalu. Teraz przyszedł czas na zbiorczy wpis dotyczący widzianych produkcji.

SŁABE

Vincent„, reż. Thomas Salvador, Francja 2014

Recenzja, którą da się skrócić do kilku hashtagów: #Vincent powinen nazywać się #VincentIAkwenyWodneFrancji, gdyż większość seansu to ujęcia aktora pływającego w różnorodnych zbiornikach wodnych. #WspółczesnyAquaman, gdyż #SiłęBierzeZWody i dlatego #LubiPływać. Vincent zyskuje nadludzkiej siły dzięki styczności z wodą. Szkoda jednak, że nic z tej siły tak naprawdę nie wynika, a większość seansu upływa na jego ucieczce przed policją. Nuda, panie. Ale ma parę niezłych i niezamierzenie zabawnych sekwencji (pokaz umiejętności wyskoku z basenu), więc ocena niech będzie: 4,5/10

Obce Ciało„, reż. Krzysztof Zanussi, Polska 2014

Toporna i przesadzona opowieść o tym, jak to korpo-świat jest zły i nikczemny!

Włoch Angelo przyjeżdża do Polski za dziewczyną i tam zostaje uwikłany w ciężkie relacje między swoją wybranką serca, która postanowiła wstąpić do klasztoru, a szefową, która za wszelką cenę (i z pomocą pejcza) chce sprowadzić go na złą drogę.

Film osadzony w swoim własnym świecie, nie znajdującym odniesienia w rzeczywistości, przedstawiający wydarzenia w czarno-białych barwach. Przekoloryzowane postacie i drętwe dialogi sprawiają, że film momentami ogląda się jak niezamierzoną komedię. Zwłaszcza w rozpędzonej scenie pościgu po moskiewskich ulicach, która wygląda jak wprawka przed najnowszym odcinkiem Jamesa Bonda, czy scenach niczym z taniego filmu erotycznego z początku lat 90.

Zamysł może i niezły, ale wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia!

Ocena: 4/10

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Movies

 

5 Festiwal Kamera Akcja

19 paź

Łódzki Festiwal Kamera Akcja, odbywający się w dniach 09-12 października 2014 roku, był niezwykle ciekawym wydarzeniem, o którym warto powiedzieć parę słów.

Po pierwsze – panele dyskusyjne i warsztaty wypadły niezwykle ciekawie i dały mi sporo nowej wiedzy na różnorodne tematy. Najciekawszym z nich był panel dotyczący rynku kaset wideo – MAGICZNY VHS. O RYNKU FILMOWYM MINIONEJ EPOKI. Wspominkowy, nostalgiczny, opowiadający o ciekawych zażyłościach z tą technologią, a na dodatek dający moment do zapamiętania na dłużej. Zgromadzeni goście (Krystian Kujda, Grzegorz Fortuna, Piotr Sitarski) wypowiadali się z różnej perspektywy na temat swojego zainteresowania (czasami wręcz miłości) do kaset wideo, jednak dyskusja zastopowała, gdy do sali wszedł Jacek Samojłowicz – w okularach, z psem na rękach i dumnie wypowiadający zdanie „To ja utworzyłem rynek VHS w Polsce”. Świetne wejście, godne zapamiętania i wynotowania w annałach. Od tego momentu panel stał się intrygującym one-man show, gdyż producent sypał jak z rękawa interesującymi anegdotkami z początku lat 90. Dzięki temu panel trwał blisko dwie godziny i przez cały ten czas obfitował w interesujące uwagi dotyczące rynku kaset wideo.

Drugim wartym wynotowania wydarzeniem był panel poświęcony „Małym Stłuczkom” – Małe Stłuczki. Producent – twórca – dystrybutor, podczas którego mogliśmy słuchać o procesie produkcyjnym filmu Ireneusza Grzyba i Aleksandry Gowin, z ust samych reżyserów, jak i teamu produkcyjno-dystrybucyjnego. Opowieść o losach niezależnej produkcji, której udało się dostać finansowanie, obfitowała w anegdotyczne momenty i kilka ciekawych historii z pracy na planie. Dowiedzieliśmy się też nieco o strategiach promocyjnych.

Nieco słabiej wypadł panel dotyczący Międzynarodowego Sukcesu Idy, gdyż ostatecznie dotyczył on trochę innej kwestii niż przewidziano w programie. A choć dobrze się dowiedzieć jak wielostopniowy jest proces pozyskiwania pieniędzy, z warsztatów wyszedłem de facto z taką samą wiedzą, jak wcześniej. Ani nie porozmawialiśmy o sukcesie, ani o pieniądzach. Rozmowa toczyła się gdzieś pomiędzy, zabrakło w niej konkretów.

Interesującymi były za to spotkania w ramach serii: „Krytyk w…”. KRYTYK W MARKECIE oraz KRYTYK W PRODUKCJI miały na celu przybliżyć w jaki sposób odbywa się proces kupna praw do dystrybucji konkretnego tytułu na dany rynek, jak i dać możliwość porozmawiania o różnicach podejścia do dzieła ze strony krytyka i producenta.

Po drugie – spotkania dla blogerów. Szybkie Randki oraz Ogólnopolskie Spotkanie Blogerów Filmowych było miłą okazją do porozmawiania z kolegami po fachu, tak tymi pracującymi w branży zawodowo (goście zaproszeni na Szybkie Randki), jak i tymi, działającymi hobbystycznie. Blogerska brać filmowa poznała się jeszcze lepiej, dzięki tym wydarzeniom, a ogólnodostępny spacer po Łódzkiej Fabryce Filmów tylko przypieczętował te znajomości.

Po trzecie i może najważniejsze - filmy, filmy i jeszcze raz filmy. Podczas czterodniowego święta kina, jakie festiwal zorganizował w Kinie Wytwórnia, miałem możliwość obejrzeć aż osiem filmów, które zrobiły na mnie różnorodne wrażenie. Oto opinie o większości z nich.

Mommy”, reż. Xavier Dolan

Filmem Otwarcia Festiwalu była „Mommy” Xaviera Dolana. Opowieść o trudnych relacjach matki z synem, tematem oraz sposobem ukazania problemu przypomina debiut reżysera, film „Zabiłem moją matkę”. Podobieństwo to jest tym bardziej widoczne, że w rolę rodzicielki w obu produkcjach wciela się Anne Dorval. A choć obie bohaterki różnią się od siebie, jej trudne relacje z synem są już niezmiernie podobne. Love-hate relationship, które zaprezentowane jest na ekranie, potrafi zmęczyć widza w podobny sposób, jak w debiucie reżysera. Tym razem jednak zachowanie bohatera argumentowane jest jego zaburzeniem ADHD, które sprawia, że chłopak bywa nie do zniesienia i zdaje się działać na złość matce.

„Mommy” to film ciekawy od strony technicznej. Zdjęcia w formacie 4:4 oraz kolorystyczna paleta barw przywodzą na myśl estetykę instagramowych zdjęć oraz zdają się „więzić” swoich bohaterów w ograniczonej przestrzeni kadru. Interpretacja ta zyskuje na wadze w chwili, w której ekran rozszerza się do pełnych rozmiarów, w momencie, gdy chłopiec ma „Lepsze Dni” i w rytm żywiołowej muzyki Oasis samodzielnie „poszerza” ekran.

„Mommy” przedstawia więc ciekawą historię trudnych relacji rodzicielskich, jednak sposób prezentacji treści pozostawia nieco do życzenia. Obraz Dolana jest przede wszystkim za długi, przez co zwyczajnie męczy widza. Znajdziemy tu wiele powtarzających się sekwencji, które tracą na oddziaływaniu przy kolejnej ekspozycji. Aktorzy grają w interesujący, przyciągający uwagę sposób (świetny jest przede wszystkim Antoine-Oliver Pilon w roli syna), jednak w pewnym momencie zachowanie bohaterów zwyczajnie zaczyna męczyć. Można powiedzieć, że tak miało być, że aby dobrze oddać problemy z zaburzeniem ADHD, trzeba też zmęczyć widza, by unaocznić mu jak problematyczna jest to sytuacja. Nie mogę się jednak pozbyć wrażenia, że dało się to ukazać lepiej, sprawniej, z większą werwą. Chwilowo wszystko wskazuje na to, że nie dogadam się w pełni z Panem Dolanem i jego specyficzną stylistyką. To drugi obraz reżysera, który oglądam i który nie do końca mnie przekonuje. Aczkolwiek nie poddaję się i już wkrótce spróbuję z jego kolejnymi dziełami.

Ocena: 5,5/10

Turysta”, reż. Ruben Ostlund

Nietypowy dramat rodzinny. Rodzice jadą z dziećmi do kurortu narciarskiego, gdzie miło spędzają czas. Do momentu, gdy będą świadkami lawiny, która przysporzy im porządnego stracha i ukaże skrywane problemy małżonków. Reakcja na lawinę stanie się bowiem kością niezgody między parą i postawi pod znakiem zapytania całą ich relację. Całość przedstawiona jest w stonowany, spokojny sposób, z którego bije jednak spora dawka humoru. Nietypowe reakcje małżonków i ich wzajemne gierki ogląda się dzięki temu z dużym zainteresowaniem, często nawet śmiejąc się z ich przesadzonych reakcji. Ciekawy jest też drugi plan, który we własny sposób reaguje na nietypową sytuację, o której przyjdzie im słyszeć. Interesujący obraz relacji międzyludzkich, ukazujący pewną hipokryzję sposobu myślenia.

Ocena: 7,5/10

Room 237”, reż. Rodney Ascher

„All Work and no play make Jack a dull boy”, czyli film o wielu różnorodnych teoriach dotyczących „prawdziwego” znaczenia „Lśnienia” Stanleya Kubricka. Każda bardziej wydumana od poprzedniej, a jednak posiadająca jakiś zalążek prawdy. A przynajmniej tak święcie wierzą rozmówcy filmowca, którzy przestawiają swoje pomysły przed kamerą. Teoria z nakładaniem filmu lecącego od przodu i od tyłu równocześnie najlepsza, ukazująca wiele ciekawych zbiegów okoliczności, które, być może rzeczywiście, nie są jedynie zbiegami okoliczności. „Room 237” pokazuje co zbyt duża ilość wolnego czasu potrafi zrobić z ludźmi. Szczególnie z tymi, którzy fanatycznie lubią konkretne dzieła filmowe. Przewrotne, zabawne i przede wszystkim – oddające hołd samemu dziełu filmowemu. Po seansie aż ma się ochotę ponownie obejrzeć „Lśnienie”. Rozrywka na poziome dla ludzi lubiących Kino.

Ocena: 7,5/10

VHS HELL: „Deadly Prey”, reż. David A. Prior

Film wyciągnięty z filmoteki obrazów prezentowanych na kasetach wideo. Ze słabym obrazem, średnim lektorem oraz pretekstową fabułą, która od razu przechodzi do sedna, nie przedstawiając nam bohaterów, tylko natychmiast wrzucając ich w wir akcji. Żołnierze ćwiczą się do walki poprzez polowanie na „żywy (ludzki) cel”. Traf jednak chce, że ich następna ofiara doskonale zna się na wojskowych sztuczkach i „odszczekuje” swoim oprawcom. Obraz przesadzony i tandetny, a jednak posiadający swój nieskrywany urok. Niecodziennie bowiem ogląda się filmy, w których bohater będzie mieć szansę zabić swojego przeciwnika za pomocą jego własnej odrąbanej ręki. Mówiąc kolokwialnie – „Deadly Prey” to niezła #heheszka!

Ocena: 6/10

„Ida”, reż. Paweł Pawlikowski

Polski kandydat do Oscara, czyli czarno-biały, kręcony w formacie 4:3 obraz o zakonnicy, która dowiaduje się czegoś, co diametralnie zmienia jej postrzeganie o samej sobie. By odnaleźć grób rodziców, prosi o pomoc swoją nigdy nie widzianą ciotkę. Pięknie nakręcony (niektóre sekwencje aż chciałoby się nagrodzić oklaskami), intymny obraz przemiany, jaka zajdzie w głównej bohaterce pod wpływem znajomości z ciotką i wydarzeń, które przyjdzie im wspólnie przeżyć.

Ocena: 8-/10

Legenda Kaspara Hausera, reż. Davide Manulli

Film tak specyficzny i psychodeliczny, że aż polaryzujący. Albo tę koncepcję kupi się w pełni albo seans stanie się istną męczarnią. Transowe powtarzanie zdań i wyrazów, dynamiczna muzyka techno w tle, specyficzne układy choreograficzne oraz nietypowa, zdająca się nie trzymać kupy fabuła, sprawiają, że obraz Davide Manulli ogląda się jak skomplikowany sen reżysera, a nie dzieło, które posiada wyraźny początek, środek i koniec. Film-eksperyment, który przykuwa uwagę swoją niecodzienną formułą, poprzez silne skupienie na głośnej, elektronicznej muzyce Vitalica chwilami ogląda się jak teledysk.

Ocena: brak

„Lewiatan”, reż. Andriej Zwagnicew

Historia rozgrywająca się na odciętej od świata, małej mieścinie na północy Rosji. Walka ze skorumpowaną władzą, która próbuje odebrać mienie, ukaże skrywane problemy rodzinne głównego bohatera. Surowa stylistyka przybliża surowe i ciężkie warunki, w jakich przychodzi żyć bohaterom, potęgując tym samym dramat, który rozegra się w ich życiu. Kumulacja problemów zapętli się wokół szyi bohatera, stawiając go w sytuacji granicznej. Każde rozwiązanie posiadać będzie słabą stronę, a próba oswobodzenia się z konfliktowej sytuacji, spali na panewce. „Lewiatan” jest filmem nieco za długim, a jednak potrafiącym przykuć uwagę widza.

Ocena: 7-/10

Dzikie Historie„, reż. Damian Szifron

„Dzikie Historie” Damiana Szifrona, czyli antologia anegdotycznych opowieści o różnych sytuacjach, w których doszło do nieporozumienia między ludźmi i które bohaterowie rozwiązują w najbardziej nieoczekiwany, drastyczny i niecodzienny sposób, potrafi przysporzyć wspaniałej zabawy w każdej z sekwencji. Obraz podzielony jest na sześć tematycznie różnych segmentów, w których leitmotivem pozostaje kwestia konfliktu między bohaterami. Konfliktu niecodziennego i mającego wiele wspólnego z zemstą. Czarny Humor, groteskowość, a także efekt szoku napędzają fabułę tego obrazu, przysparzając mnóstwa różnorodnych wrażeń. Poszczególne sekwencje potrafią porządnie rozbawić, a najlepszymi trzema są dla mnie: finałowa sekwencja weselna, pieniężne gierki z adwokatem oraz zemsta kierowcy za odholowanie samochodu. Tak naprawdę jednak każda z nich kryje w sobie coś intrygującego i przyciągającego uwagę, trzymając widza w napięciu co za chwilę może się zdarzyć.

Ocena: 8-/10

Na koniec wpisu powiem jedynie, że niezmiernie cieszę się, że mogłem uczestniczyć w czterodniowym święcie kina, jakim była piąta edycja Festiwalu Krytyków Sztuki Filmowej Kamera Akcja. Do zobaczenia za rok?!

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii, Movies

 

#BlogerzyFilmowiPoznaliSie

04 wrz

Kraków. Stolica Królów. I świetna miejscówka na spotkania blogerów. 22 sierpnia w ciągu dnia z warszawską ekipą udałem się na spotkanie blogerów filmowych z grupy #blogerzyfilmowipoznajmysie, którego największe atrakcje zaplanowane były na następny dzień.

Piątek był dniem rozbiegowym, więc grzecznie umościliśmy się w wynajętym pokoju hostelowym, a potem poszliśmy na miasto. Wieczór upłynął w miłej atmosferze i jedynie zaostrzył apetyt na wydarzenia soboty. Wtedy czekały na nas: poranna kawa z bonusami,  przedpremierowy pokaz w Kinie Pod Baranami oraz wystawa Stanleya Kubricka.

Film, który obejrzeliśmy, dzięki uprzejmości Best Film oraz wspomnianego wcześniej Kina Pod Baranami to obraz irlandzkiego reżysera Kena Loacha – „Klub Jimmy’ego”. To opowieść o małej mieścinie w Irlandii, do której po dziesięciu latach powraca jeden z mieszkańców. Musiał wyjechać, gdy sprawy w jego miejscowości nabrały niekorzystny obrót, a społeczność podzieliła się na dwa fronty, gdyż kraj wzburzyła wojna domowa. Gdy bohater wraca, powracają też dawne animozje i konflikty. Powolna eskalacja problemu staje się głównym tematem obrazu. Mimo plansz informacyjncyh na początku filmu, bez znajomości historii Irlandii i jej wewnętrznych niesnasek, trudno w zasadzie w pełni połapać się w meandrach fabuły i tak naprawdę wczuć w całą sytuację. Akcja toczy się bowiem powoli i niespiesznie, jedynie chwilami ukazując coraz mocniejsze ciosy na głównego bohatera i jego popleczników. Brakuje klimatu osaczenia, budowania napięcia, czy scen, które pomogłyby zżyć się widzom z bohaterami, by prawdziwie przejąć się ich losem. Ot, oglądamy spokojne życie mieszkańców, którzy decydują się odbudować dawny klub dla młodzieży, a w tle przewija się wielka polityka i wewnętrzne spory miasteczka, wynikłe z tego powodu.

Wartą wynotowania na pewno jest ciekawa rola Andrew Scotta, znanego szerokiej publiczności, jako Moriarty z brytyjskiego „Sherlocka”. Aktor zagrał bowiem zupełnie odmienną rolę – księdza, który próbuje (choć bezskutecznie) zażegnać zażewie konfliktu. Scott wypadł chyba najciekawiej z całej obsady, głównie ze względu na kontrastowość ze swoją najsłynniejszą postacią. Pozostałym aktorom brakuje charyzmy, by przekazać dramaty swoich bohaterów widzom nie siedzącym w historii Irlandii. Z powodu pewnej hermetyczności tematu i nieumiejętności pokazania go w uniwersalny sposób, „Klub Jimmy’ego” nie skradł mojego serca. Obejrzałem go z pewnym zainteresowaniem, ale bez większych emocji. Daję mu więc ocenę 5,5/10.

Po seansie i smacznym obiedzie (hint: blogerzy filmowi są pod tym względem jak Wojownicze Żółwie Ninja i najchętniej jedzą pizzę), udaliśmy się na wystawę Stanleya Kubricka, znajdującą się w Muzeum Narodowym w Krakowie (wystawa otwarta jest jeszcze do 14 września bieżącego roku).

Na wystawie, na której mogliśmy oglądać rekwizyty z najsłynniejszych obrazów reżysera, największe wrażenie zrobiła na mnie sekcja poświęcona „Lśnieniu”. Ściany przyozdobione ogromnym fotosem hotelowego hallu, drzwi z napisem Redrum, za którymi krył się telewizor z przerażającymi wizjami Danego, maszyna do pisania, na której ktoś zaczął notować „All work and no play makes Jack a dull boy”, makieta labiryntu, czy wreszcie dwie siekiery, wykorzystane w filmie.

Równie ciekawa była strefa poświęcona „2001 Odysei Kosmicznej”, wypełniona makietami, maskami, a nawet umożliwiająca znalezienie się w filmie poprzez wykorzystanie projekcji przedniej. Dzięki temu mieliśmy wgląd w proces twórczy, który umożliwił stworzenie tej wiekopomnej historii.

Każda sekcja obfitowała jednak w wiele gadżetów i zdjęć z planu, jak i rekwizytów wykorzystanych przy produkcji konkretnych obrazów. To pozwoliło zatopić się w świecie Kubricka i poczuć jak na planie jego filmu. Bardzo interesująca ekspozycja, którą powinni zobaczyć wszyscy wielbiciele Wielkiego Kina, nawet jeśli nie mieli zbyt dużej styczności z dziełami reżysera. Wystawa w Muzeum Narodowym może zachęcić do rozpoczęcia znajomości z amerykańskim twórcą, zwłaszcza, że okraszona jest intrygującymi cytatami z procesu twórczego artysty, rozpisanymi na ścianach. Moim ulubionym został „Nie zawsze wiem czego chcę, ale dobrze wiem, czego nie chcę”, mające być odpowiedzią na pytanie o to jak doszedł do swojego stylu reżyserskiego.

Wieczorem, po wystawie uprawialiśmy zaś ekwilibrystykę słowną, dystukując na wiele różnych tematów i opiewając je przeróżnymi hashtagami. Spotkanie uważam więc za wyjątkowo udane i w tym miejscu pragnę podziękować Organizatorkom: Pauiline oraz Magdzie za sprawne działania oraz naszym sponsorom: Warner Bros Polska, Best Film oraz Kino pod Baranami. Dziękuję, było #przezając! :)

Przepraszam za skrótową formę tej relacji, po więcej szczegółów odsyłam do tekstów pozostałych uczestników wydarzenia (których z tego miejsca też serdecznie pozdrawiam): (m.in) Filmy-według-Agniechy, Po napisach końcowych, Apetyt na film, Okiem Kinomaniaka, FILM Planeta,

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

The Slap

24 cze

A short movie that totally made my day today. So much so that I decided to share it with you here. Brought to you by Max Landis, a writer and director of the movie „Chronicle„, which showed the world Dane DeHaan and left me with dyhotomic feeling (so much so that to this day the review of the movie is left in the development hell, although I gave the movie a note – 4/10. I wonder now if it was a bit too harsh. Nevermind – going back to the topic) – I saw „The Slap” video and hour ago and since that time I cannot stop thinking about it, laughing and watching all the making-ofs of it.

As a basis it used this very popular touching viral video of people kissing for the first time. You know you’ve seen it and liked it, so no introduction necessary I suppose. If you haven’t, just click the link above and enjoy! :)

What was really interesting for me is the fact that „The Slap” video is as touching, moving and heart-felt as the original one. An itriguing reason for this was given in the making-of video. There Max Landis states that „Basically a slap mitigated by permision is a hug” and that sharing the experience of slaping each other may feel like something intimate and bring people together. Interesting point of view, which intrigued me to the point I needed to share this.

But enough talking – here is the original video in its full glory alongside equally nice making-of. ENJOY! :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

300: Początek Imperium

05 cze

300: The Rise of an Empire” Noama Murro, czyli opowieść osadzona w tym samym świecie, co znakomitych „300” Zacka Snydera, to film, który dobrze oddaje klimat „jedynki”, racząc nas wszystkim tym, za co pokochaliśmy oryginał.

Elementem, który najbardziej podobał mi się w najnowszym obrazie o walecznych Grekach, jest fakt iż jego wydarzenia rozgrywają się równolegle z tymi, które oglądaliśmy w „300”. Można więc powiedzieć, że najnowsza odłona jest zarówno prequelem, midquelem, jak i sequelem tamtego dzieła, gdyż ukazuje wydarzenia zarówno sprzed, w trakcie, jak i po działaniach walecznych Spartan. Ten element wywindował moją ocenę w górę, dlatego, że liczba odniesień do oryginału jest przeogromna i stanowi prawdziwą gratkę dla fanów pierwotnego dzieła. Wszystko to było możliwe, dzięki wzajemnemu powiązaniu komiksów Franka Millera, na podstawie których powstał obraz.

Opowieść rozpoczyna się retrospekcją z Bitwy pod Maratonem, w trakcie której dochodzi do dramatycznych wydarzeń, mających wpływ na resztę opowieści. Temistokles niefortunnie przyczynia się bowiem do „stworzenia” swojego największego wroga – Króla Xserxsea, z którym przyjdzie mu walczyć podczas głównej osi fabularnej najnowszego filmu.

Film Murro wizualnie nawiązuje do tego, co Snyder osiągnął w swojej historii sprzed ośmiu lat. Rozwiązania techniczne są niemal identyczne, czasami działając oczywiście na zasadach sequela. Chwilami jest więc szybciej, więcej i sprawniej. Również krew leje się częściej, a jej wygląd również osiągnął bardziej szkarłatny kolor, przez co wydaje się ona „cięższa”, gęstsza i bardziej realna(?) niż w pierwowzorze. Bitwy są zaś jeszcze dziwnej schoreografowane. Dość powiedzieć, że w kulminacyjnych scenach filmu dzielny Temistokles ujeżdża konia, który przeskakuje między… płonącymi statkami. Tak, dobrze przeczytaliście! Koń przeskakujący między płonącymi statkami. Co jednak znamienne – radość z oglądania poczynań dzielnych Greków jest tak duża, że nawet tak przesadzone momenty daje się przełknąć bez większego zgrzytu zębów, a raczej przy gromkim śmiechu. Zasady sequela widoczne są nie tylko w większym rozlewie krwii, ale także bardziej dosadnych scenach aktów seksualnych. Scena seksu na statku jest tyleż brutalna, co zaskakująca, gdyż rozgrywająca się między zwaśnionymi stronami. (Well, you know what they say – angry sex is the best sex).

Warto wspomnieć o kilku zmianach względem pierwowzoru. Najważniejszą z nich jest fakt, iż czerwień szat Spartan prezentowałą się zdecydowanie lepiej niż jasny błękit dzierżony przez Temistoklesa i jego ekipę. Głównemu bohaterowi, granemu przez Sullivana Stapletona, brakuje zaś charyzmy Geralda Butlera, a choć aktor stara się być równie męski i zdecydowany, ogólnemu efektowi brakuje kropki nad „i”. Nieźle prezentuje się zaś Eva Green, której Artemizja jest kobietą waleczną i zdeterminowaną, na dodatek najwyraźniej podążającą za modą – w niemal każdej sekwencji, w której się pojawia, dzierży inny strój. Rodrigo Santoro, czyli Xserxses prezentuje się tak samo, jak w „300”, choć miłym bonusem jest zobaczyć go z okresu przed przemianą w króla-Boga.

Muzyka, choć dynamiczna, nie może jednak w najmniejszym stopniu równać się ze świetną ścieźką dźwiękową stworzoną przez Bryana Tylera na potrzeby pierwszego obrazu. Kawałki stworzone przez Junkiego XL nie posiadają bowiem tej epickiej, walecznej nuty, która zagrzewała do walki. nie tylko Spartan, ale i samych widzów. Utwory wykorzystane w filmie Murro, choć są niezłe, nie posiadają jednak tego poziomu wzniosłości, który powinien charakteryzować epickie bitwy Greków.

Z kina wychodziłem jednak z ogromnym uśmiechem na ustach, krzycząc w głowie: „Ja chcę jeszcze raz!”. Świetna, niezobowiązująca rozrywka, która nie bezsześci dobrego imienia „jedynki”, a ładnie jej komplementuje.

Ocena: 8=/10

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Tim Burton Exhibition

16 maj

While in Prague, I had experienced many various atractions, which made this stay one of the funnest visits of the year. One of the attractions I want to talk to you about is the Tim Burton Exhibiton, held in the House of the Stone Bell (Dům U Kamenného zvonu).

The exhibition, which started traveling the world in 2009 is a collection of Tim Burton’s artifacts – sketchings, drawings, painintgs, photography, sculptures and video, which show the fantastic world of director’s imagination.

The most interesting part for me was the collection of napkins from different restaurants and hotels on which the director drew sketches of people sitting around and some general ideas for future characters. What is impressive about this collection is the fact that it took up a whole wall of space and showcased many different themes. I liked it especially, because some of the drawings really made it into the future movies Burton made. For example that Turtle Godzilla-like monster from „Frankenweenie”? It’s there!

Equally impressive is the collection of holiday and get well cards, which shows the dark humour, which is visible in all of Burton’s work.

Really impressive were also the paintngs made by director himself. Oil on canvas as well as chalk drawings presented themselves in a really good manner and shown big artistic skill of Tim. Really interesting thing happened also with one of the movie showings. „Hansel and Gretel”, a movie made for Disney Channel in 1982, is a retelling of famous Grimm Brother’s tale with Japanese actors. With over 40 minutes long, only half of the movie is okayish, the rest is just simply, well, boring. And the reason for choosing Japanese actors is never explained, nor makes any actual sense story-wise. The world seen in „Hansel and Gretel” seems to be europocentric, rather than embedded in japanese culture. So all in all it’s a really weird mixture. A good point of the movie is the fact that some toy designs are really cool, the intro made by Vincent Price is alright too, but the movie itself? Not really worth seeing. No wonder Disney Channel showed it only once. It might be a nice experience for die-hard Burton fans, but even them will probably see that something has failed here.

If „Hansel and Gretel” won’t match your expectations, you can also lay back and watch some of the well-known Burton’s movies in the cinema room at the lower level of the museum. There are several movie showings every day included in the price of admition. And if you have already seen most of the famous work of the director, there is also a special showing of a cartoon TV-show, made under Burton’s supervision as well.

As for the exhibition itelf, it was well worth the visit and I enjoyed every minute of it. If you are going to be in Prague in the next few months (the exhibit is held in the Czech capitol until 3rd of August), do yourself a favour and visit it. :)

For more info on the exhibition you can check the offical website.

PS. TFD Filip for company and lending me some photos :)


My favourite! The painting of Pinguin is something
I would definitely to have in my house one day! ;)

The ghost dog are nice too :)


Figurines from „Frankenweenie” and „Nightmare Before Christmas”

Little Dead Riding Hood :D


1. The boy with nails in his eyes put up his aluminium tree.
It looked pretty strange, because he couldn’t really see.
2. Trick or Treat                                                        3. Ta-Da

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Christmas Present :)

24 gru

Z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia, chciałbym życzyć Wam wszystkiego najwpanialszego. Aby Wasze życie było jak najlepszy film. Aby wybranka/wybranek Waszego serca miał tyle uroku charyzmy, wdzięku i czaru co Jennifer Lawrence, aby najlepszy przyjaciel bawił Was i wspierał niczym Loki (no z tym wspieraniem to debatable), aby choć raz do roku ktoś zagrał dla Was na fortepianie, jak bohaterowie Stokera, abyście umieli patrzeć na świat w tak optymistyczych barwach jak bohaterowie Imagine, no i żeby każdy dzień był pełen niezapomnianych wrażeń, jak semestr na Erasmusie. 

Najlepszego Wszystkiego! :)

Dodatkowo odkryłem, że w tym roku, z powodu długiego wojażu nieco zaniedbałem grudniowe tradycje – notki urodzinowej oraz nowej porcji The Confession, czyli spisu oglądanych na bieżąco seriali. Notki urodzinowej jednak nie będzie (aczkolwiek WooHoo, 11 lat, dzieciaki), ale The Confession postaram się w którymś momencie ukończyć. (Jako i może wreszcie staną do zadania pisania o koncerciwach, ale to wszystko in the works). Na pewno natomiast przed końcem roku pojawi się zestawienie Najlepszych Obrazów 2013 roku. :)

W ramach tegorocznego prezentu Gwiazdkowego chciałem natomiast sprezentować Wam mini-epizod „Sherlocka”, czyli jednego z najlepszych seriali telewizyjnych, jakie kiedykolwiek powstały. O tym fakcie pisałem wielokrotnie, chociazby tutaj i tutaj , dlatego teraz ograniczę się jedynie do świetnego mini-epizodu, rozgrywającego się między sezonem drugim, a trzecim (premiera nadchodzi wielkimi krokami). xD

ENJOY! & thanks for being with me :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS